wtorek, 31 sierpnia 2010

God Is An Astronaut - Age Of The Fifth Sun

Jest koniec lata, a czuję się, jak w listopadzie przez cholerną pogodę na zewnątrz. Ale to może na dobre wyszło, bo po pewnej przerwie z powrotem zapuściłem sobie na odtwarzaczu bogów europejskiego post-rocka, czyli God Is An Astronaut i ich ostatni album, „Age of the Fifth Sun”.

Tegoroczne osiągnięcie Irlandczyków to w dużej mierze powrót do brzmień starych, przypominających bardziej pierwsze albumy, jak „All Is Violent, All Is Bright”. Utwory takie, jak singlowe „In The Distance Fading” brzmią, jak rasowy, starszy post-rock w wykonaniu GIAA, więc jest to też powrót do swoich korzeni.

Oczywiście, zespół dalej nie poprzestaje na eksperymentach z muzyką elektroniczną i sporo utworów jest nią nasyconych. Na szczęście nie jest tego za dużo, forma została odpowiednio wyważona, w przeciwieństwie do tego, co działo się na poprzednim albumie, „God Is An Astronaut”.
Muzyka na nowej płycie przeplata się na całej swojej szerokości z leniwie brzmiącej, spokojnej melodii z przewodnim, gitarowym riffem aż do potężnie brzmiących ścian dźwięku przed wielopogłosowe gitary i głośną, intensywną perkusję. Ale cóż, tak brzmi ten gatunek, przynajmniej tak powinien w moim odczuciu.

God Is An Astronaut udowodniło, że wydając już swoją piątą płytę może dalej brzmieć na naprawdę wysokim poziomie. Jest to nawet album lepszy, niż poprzedni, co pokazuje klasę zespołu. Muzyka jest naprawdę dobrze wyważona. Pełna pasji i energii. Raz Cię uspokoi, a drugi rozniesie swoją mocą. Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że „Age of the Fifth Sun” to wspaniała płyta na nadchodzące, mroźne wieczory. Wystarczy więc zapuścić i zniknąć w muzycznej otchłani.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Omar Rodriguez-Lopez & John Frusciante - Omar Rodriguez-Lopez & John Frusciante


Omar Rodriguez-Lopez to obecnie jeden z najbardziej zapracowanych muzyków w obrębie około-rockowym. Oprócz swojej macierzystej Mars Volty nagrywa kilka albumów rocznie w ramach swojej solowej działalności, do tego jest mocno zaangażowany w nagrywanie różnorakich filmów. A do tego wszystkiego w tym roku pojawia się z albumem powstałym w wyniku współpracy z wieloletnim przyjacielem, byłym gitarzystą Red Hot Chilli Peppers, Johnem Frusciante.

Mówi się, że co za dużo, to niezdrowo i w wypadku albumu „Omar Rodriguez-Lopez & John Frusciante” sprawa się niestety tak ma. Dwa wspaniałe talenty, jakimi niewątpliwie są obaj gitarzyści to troszkę za mało, aby przyciągnąć słuchacza. Płyta niestety musi posiadać w sobie coś wyjątkowego, bo inaczej to będzie tylko krótki, nic nie znaczący przerywnik.

Są ciekawe pomysły, kilka naprawdę sprawnych aranżacji, ale to czasami po prostu nie wystarcza. Brakuje energii, jaką panowie dają z siebie w swoich oryginalnych zespołach. Jest kilka niesamowitych utworów, jak „LOE” z ciekawym połączeniem efektów Rodriguez-Lopeza z melodycznym graniem Frusciante w połączeniu z lekkim, elektronicznym beatem, czy „0” – akustyczna ballada z miłą dla ucha harmonią. 

Minusem dla całości jest też fakt, że panowie grają tylko we dwóch, przez co jedynie słyszymy gitary, a rytmicznych instrumentów brak (poza wspomnianym wcześniej beatem), więc muzyka aż się prosi o wzmocnienie poprzez dodanie jakichś wspaniałych partii bębnów. 

“Omar Rodriguez-Lopez & John Frusciante” nie jest wybitnym dziełem, tylko gitarowym spotkaniem dwóch wspaniałych muzyków. Jest to zarejestrowane jam session, tylko lekko podrasowane. Krótkie, bo trwa tylko 26 minut, ale w ciągu tego czasu można wysłuchać kunszt obu panów i ze spokojem mogę stwierdzić, że są to wyjątkowo interesujące postaci w wielkim, muzycznym świecie.
Chociaż wolę poczekać, aż wydadzą coś lepszego.

P.S. Jeśli ktoś chce posłuchać, zapraszam na oficjalną stronę Rodriguez-Lopez Productions, skąd można pobrać za darmo cały album z możliwością wpłacenia dowolnej kwoty. Pieniądze będą przeznaczone na akcję "Keep Music In Schools". A to akurat ciekawa propozycja.
Pobrać również można solowe albumy Omara Rodriguez-Lopeza.
One wszystkie naprawdę nie brzmią tak samo, polecam!

sobota, 28 sierpnia 2010

Chrome Hoof - Crush Depth


W tym roku był sobie taki festiwal zwany Era Nowe Horyzonty. Oprócz tradycyjnych filmów jest też kącik muzyczny. Co roku pan Roman Gutek zaprasza różne, wydziwnione zespoły nieznane przeciętnemu Kowalskiemu. Jednym z nich, którym szczególnie się zainteresowałem, był brytyjski Chrome Hoof.

Pomysł połączenia disco i metalu w awangardowy sposób wydawał mi się tak piękny i nierealny zarazem, że musiałem sprawdzić ich najnowsze dzieło, „Crush Depth”, które jest dość dziwne, to trzeba przyznać.
Mamy sobie oto taki kolektyw złożony z kilkunastu osób, w tym tancerzy. Wszyscy w obcisłych, błyszczących uniformach. Do tego odpalają swoje instrumenty i robią coś podchodzącego pod kosmiczny kicz, mieszankę odpadków z różnych gatunków muzycznych i wyrabiają coś nieprawdopodobnego – bo nagle otrzymujemy znakomity materiał, którego ze świecą szukać na rynku.

Rzeczywiście muzyka disco przewija się jako główny motyw na albumie, tylko żyje ona swoim własnym życiem i mutuje ciągle na naszych oczach. Liczne, połamane rytmy, które na chwilę zwalniają w charakterystyczny beat lat 70-tych to tylko gra pozorów, bo za nimi kryje się coś więcej.
Disco miesza się tu z metalem bez użycia tej muzyki w klasycznym kontekście „hałasu i rzeźni”. Nie ma ostrych, typowych riffów, jest tylko moc i agresja, ale to w zupełności wystarcza, by zatrząsnąć światem słuchacza. 

Dorzucić trzeba jeszcze do tego sporą ilość delikatnie przechadzającej się elektroniki, która czasem wychodzi na pierwszy plan („Anorexic Cyclops”), liczne partie skrzypiec, które stanowią tło praktycznie każdego utworu Chrome Hoof, trochę jazzu, a na domiar tego wszystkiego szalony, skrzekliwy głos wokalistki, Loli Olafisoye, który wyrasta ponad ten muzyczny kocioł i dokłada wszelkich starań, aby jeszcze bardziej zaskoczyć każdego, kto odważy się włączyć „Crush Depth”. Mamy tu wszystko: delikatne, przeciągane jęczenia, skandowanie, krzyki, piski i wszystko w wymieszanych idealnie proporcjach.

Chrome Hoof to wspaniała propozycja dla ludzi, którzy nie boją spróbować czegoś niezwykłego w muzyce. Trochę psychodelicznie, dość eklektycznie, mocno futurystycznie, ale za to miło i dynamicznie. Taki eksperyment jak najbardziej polecam, bo za sprawą swojej dziwności płyta jest nieobliczalna, a przez to wyjątkowa w swoim rodzaju.

czwartek, 26 sierpnia 2010

!!! - Strange Weather, Isn't It?


Gdzieś wyczytałem,  że to jeden z fajniejszych zespołów grający muzykę typu dance-punk. Zachęcony tym opisem sięgnąłem po ostatni album grupy !!! (czytamy jako „chk chk chk” – swoją drogą, ciekaw jestem, jak ich wywołują na koncertach) o nazwie „Strange Weather, Isn’t It?”

I tu niespodzianka, bo ani muzyki dance (w tym klasycznym kontekście), ani tym bardziej punka nie usłyszałem w żadnym z utworów na tym albumie, więc wnioskować mogę jedynie, że zmienili swój styl w porównaniu do zeszłych dokonań. Słychać natomiast strasznie dużo wpływów muzyki lat 70-tych. Typowo funkowy bas czy specyficzna, bujająca perkusja przewijają się przez całą płytę, co niestety dla !!! dobre nie jest, bo przez to wszystko odbieram album jako przeraźliwie nudny i monotonny.

Pomimo tego, że najnowsze osiągnięcie Amerykanów nie jest zbyt odkrywczą rzeczą i na pewno nie jednym z ciekawszych płyt tego roku, to i tak trzeba przyznać, że wszystko brzmi, jak spójna i interesująca całość. Ciekawym eksperymentem był np. „Hollow”, czyli niecałe trzy minuty porządnego hip-hopowego beatu z lekkim pseudo-rapowym wokalem, akcentowanym basem dając w rezultacie rasowy old school. Do niektórych utworów, jak „Wannagain Wannagain” byłbym nawet skłonny pokręcić tyłkiem, szczególnie do jego saksofonowych wstawek, które przypominają mi czasy big beatu i szaleństwa z nim związanego.  Ewentualnie też„Jamie, My Intensions Are Bass”, który pełny nawiązań do disco daje wrażenie zwiewności i wywołuje lekkie nawiązanie do „Gorączki Sobotniej Nocy”.

 Przy zjawisku monotonii w muzyce, tego samego nie można powiedzieć o wokalu Nica Offera, który rozbrzmiewa w różnych dostępnych formach. Przechodząc od recytacji w „Jump Back”, przez lekkie podśpiewki w dochodząc do wspaniale brzmiących refrenów w „The Most Certain Sure”. Przez to cały album dostaje specyficznego kolorytu, do którego nie można się przyczepić.

!!! wydało dość porządny album, który nadaje się do przesłuchania, przynajmniej kilka razy. Chociaż po to, by wyciągnąć ciekawe smaczki poukrywane na całej płycie. Nie jest to rzecz najwyższych lotów i trzecim przesłuchaniu właściwie wydawała mi się już nudna, ale dla tych dwóch razy „Strange Weather, Isn’t It?” to rzecz jak najbardziej odpowiednia.

środa, 25 sierpnia 2010

Flying Lotus - Cosmogramma


Przy okazji tegorocznej edycji festiwalu Tauron Nowa Muzyka postanowiłem się zagłębić w ten temat nieco bardziej. Wtedy to natrafiłem na jednego z zeszłorocznych wykonawców, czyli Flying Lotus.
Ten intrygujący twórca amerykański jest ciekawym przykładem na to, jak muzyka elektroniczna potrafi być inteligentną formą rozrywki i dobrą alternatywą dla klasycznej, dance-popowej komercyjności. I robi to we wspaniały, wciągający sposób.

W jego muzyce można odnaleźć szerokie wpływy najróżniejszych stylów. Mamy tutaj ogrom eksperymentów, jak np. otwierający album „Clock Catcher”, który brzmi, jak wyjęty z jakiegoś albumu typu idm. Do tego wiele nawiązań do muzyki jazzowej, którą jest zafascynowany, a efekty tego możemy usłyszeć na takich utworach, jak „Mmmhmm” czy „German Haircut”. Warto też nadmienić, że Lotus pochodzi z jazzowej rodziny (jest siostrzeńcem Alice Coltraine, żony sławnego Johna Coltraine), więc mam wrażenie, że to było duże podłoże dla rozwoju jego twórczości.

Strasznie w jego muzyce zaimponował mi fakt, że nie boi się korzystać z żywych instrumentów, które nieraz rozciąga do granic rzeczywistości, często zahaczając o rejony kosmicznej awangardy i psycho-jazzu, który jednak przyciąga do siebie, a nie odstrasza swoim pozornym chaosem. Znajdziemy więc tutaj różnorakie trąbki, harfy, smyczki i saksofony (do współpracy zaprosił np. Raviego Coltraine, syna sławnych jazzmanów, a zarazem kuzyn Flying Lotusa), on sam zasiada za swoim laptopem i czuwa nad całością za pomocą przeróżnych programowanych beatów i efektów.

Małym smaczkiem na albumie jest też kilka utworów powstałych w wyniku współpracy między wykonawcami, gdzie pośród nich wybija się na pierwszy plan „…And The World Laughs With You” z gościnnym udziałem bożyszcze muzyki alternatywnej, Thoma Yorke, która swoją hipnotyzującą linią basu i sporą dozą elektronicznych wstawek sprawia, że jest to jedna z najmocniejszych pozycji na płycie, która wciąga do szaleńczego tańca w transie.

Flying Lotus zna się na rzeczy. Swoją trzecią płytą udowodnił, że inteligentna muzyka elektroniczna ma się na naprawdę wysokim poziomie. Pełna eksperymentów, wysublimowanych smaczków, z dużą dawką kontrolowanego chaosu – wszystko to sprawia, że „Cosmogramma” jest idealną płytą na coraz chłodniejsze wieczory. A więc słuchawki na uszy i odkryjmy razem kosmos.

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Muse na CLMF 2010

Coke Live Music Festival w tym roku święcił triumf, to trzeba przyznać na pewno. 45 tysięcy festiwalowiczów może być tego najlepszym przykładem. I oto ja, pełen werwy i energii (i dużej ilości kofeiny we krwi), z ciekawością wyczekuję koncertu, na który czekałem całe pięć lat.

To właściwie nie będzie recenzja całego festiwalu. Ba, nie będzie to recenzja jednego dnia, bo dla mnie inne zespoły były niczym przerywniki puszczane po zejściu zespołu ze sceny. Mógłbym co prawda napisać na temat tego, że natrafiłem na The Big Pink i zagrali „nawet spoko, dwie piosenki potupałem”. Mógłbym też coś powiedzieć o Panic! At The Disco, ich niesamowitej monotonności i pajacowatej konferansjerce. Właściwie już powiedziałem. A niech to. Następnego akapitu nie zmarnuję, bo jedynym powodem, dla którego przyjechałem do miasta Kraka było Muse i o tym będzie ta recenzja, moi mili.

Szałowo, kolorowo - tak się ma nowe Muse
Psioczyłem na nich, bardzo długo to robiłem. Właściwie od wydania nowego albumu, a później całej europejskiej trasy. Obrażałem się na nich za słabą płytę, kiepski i napompowany design sceny i wiele innych drobnostek, ale to wszystko zniknęło w pierwszej chwili, gdy ze sceny wypłynęły początkowe dźwięki „New Born”. Ze mnie natomiast wypłynęła łza radości. I bądź tu facetem.

Koncert od pierwszej chwili był zagrany z niebywałą mocą i potęgą. Chociaż miałem takie wrażenie, że Bellamy i spółka w pierwszych momentach byli dość poważni i spokojni. W końcu nie na takich festiwalach się grało. Ale z czasem rozwoju kolejnych utworów i coraz żywszej reakcji ekstatycznej publiczności, zespół wciągnął się w to całkowicie.
Wirtuozerski Matt Bellamy i jego magiczna gitara

Na setlistę nie będę właściwie narzekał, gdyż zagrali set festiwalowy. Trochę okrojony, pełen przebojów z prawie wszystkich albumów (brakowało czegoś z Showbiz, ale kto wierzył w coś takiego?), ale za to na pewno bardzo wciągający (oprócz „Guiding Light”, bo nawet na żywo ten utwór jest dla mnie kompletnie nie do zniesienia). I przekonałem się do nowej płyty. Ponieważ słysząc „Resistance” w wykonaniu na żywo, z całym tym blichtrem, tą wspaniałą kondensacją emocji, jaka zrodziła się przy tym utworze, przyznaję – nowe rzeczy mają potencjał i są właściwie stworzone dla wielkich koncertów. Single też sprawdziły się dobrze. Intensywne reakcje publiczności na Orwellowskim „Uprising”, Zmierzchowym „Supermassive Black Hole” czy popularnym „Time Is Running Out” dowiodły, że widzowie tego show będą się dobrze bawić, cokolwiek by nie zagrali. 

Właśnie, show. Oglądając wcześniej liczne koncerty z całej trasy, miałem dziwne wrażenie, że wszystkie światła, lampki i inne pierdółki przysłonią mi to, co dzieje się na scenie. Na szczęście okazało się, że wszystkie świecidełka stanowiły tak naprawdę przynajmniej drugi plan, gdyż byłem zaabsorbowany tym, co działo się nie na scenie. To był dodatek. Momentami istotny, ale będąc tak wielkim zespołem też trzeba coś zrobić z pompą, bo inaczej jak mogą się nazwać „wielkim”?

Telebimowe plastry miodu nie przeszkadzały - one urozmaicały.
Muse anno domini 2010 to nowa, trochę naładowana kiczem konstrukcja, która jest aktualnie jednym z filarów rockowego świata. Zespół udowodnił, że nie na darmo są jednym z czołowych koncertowych zespołów na Ziemi. Załadowali wszechświat do swojej muzyki i wystrzelili, powodując, że niejednemu opadła szczęka, niejednemu łza poleciała z oczu. Zachłystnąłem się nimi i chcę więcej. 

Znacznie więcej.

I mały P.S. I jeśli po tym, co działo się w Krakowie, Muse nie trafi do Polski w ramach kolejnej trasy po Europie na jakiś nie-festiwalowy koncert, to nie wiem, co trzeba będzie zrobić. Proponuję pomnik dla zasług, ewentualnie tytuł honoris causa w dziedzinie muzyki. Albo wiem, krzyż!

(zdjęcia: Joanna Combik/onet.pl)
(recenzja pochodzi z uwolnijmuzyke.pl)

czwartek, 19 sierpnia 2010

Filmowa Przelotka 2

W drugiej odsłonie Filmowej Przelotki o Stalowym Człowieku, głupocie Adama Sandlera i o tym, że sequele nie zawsze wychodzą na dobre. Lecimy!


Step Up 3D – co tu dużo mówić. Dupy w 3D, nierealnie wyglądające układy, dość przewidywalna historia, ale za to wszystko było dość wciągające. Aż sam się zdziwiłem, że film o tańcu może tak wytańczyć moje uczucia. I plus za układ na ulicy, bo był słodki!
5/10

Dzwoneczek i Uczynne Wróżki – w końcu to Dzwoneczek gra pierwsze skrzypce w filmie. Ta ciekawska wróżka lata sobie po swojej krainie i przypadkowo wpada w pułapkę pewnej dziewczynki (a warto nadmienić, że jest przykazanie, które nie pozwala wróżkom pokazać się ludziom). Inna wróżka chce jej pomóc i robią misję ratunkową. W tym czasie dwa światy się poznają.
Przez pierwsze pół godziny siedziałem w stylu: co ja tu robię? Ale potem dość mi się spodobało. Wzruszający koniec, ale nie tak bardzo, jak na Toy Story 3.
5/10

Toy Story 3 – Chudy i spółka trafiają do przedszkola, bo Andy idzie do college’u (stary chłop, co się będzie lalkami bawił, tam się imprezuje!), a tam nie jest tak różowo, jak się wydaje.
Historia była cudowna! Film oglądałem z wypiekami na twarzy, w końcu czekałem lata na tę kontynuację. To ja jestem tym pokoleniem, które widziało pierwszą część brzdącem rozumiejącym już będąc. A trzecia część na szczęście utrzymała klimat poprzednich dwóch. Są jakieś tam zmiany, ale dość niewidoczne. Znów jest zabawnie, znów wspaniałe.
A na koniec niejedna łza poleciała.
9/10

Iron Man – właściciel potężnej firmy zbrojeniowej, Tony Stark, zostaje porwany i ze sprzętu, który dali mu terroryści tworzy zbroję, dzięki której ucieka. W sensie, kazali mu zbudować coś zupełnie innego, a tu psikus. Wraca, włącza mu się sumienie i postanawia walczyć ze złem.
Muszę przyznać, że to jedna z lepszych adaptacji komiksowych, jakie udało mi się obejrzeć. Szczególnie brawa dla Roberta Downey Jr. za to, jaką dobrą robotę odwalił. I podziwiam animacje interaktywnej sztucznej inteligencji. Naprawdę kawał dobrej roboty.
7/10

Heartbreaker – zawodowy rozbijacz związków dostaje zlecenie na rozbicie kolejnego. Tym razem jest miliarder i jego dziewczyna, znawczyni win. Na zlecenie ma 10 dni. A w dodatku na karku siedzi mu człek, któremu wisi sporo kasy. I w ogóle jest akcja.
Film oglądało mi się naprawdę przyjemnie, aż sam się zdziwiłem. Fabuła nie jest typowa, jak na romansidło. Do tego fajnie poprowadzone postacie. I gra Vanessa Paradis i jej centymetrowa szpara między zębami.
Lecz mimo wszystko, dobra rzecz.
7/10

Projekt dziecko, czyli ojciec potrzebny od zaraz – no, ja nie mogę, dlaczego na to poszedłem. Polska komedia o tym, jak para chce mieć dziecko, a nie może, więc proszą przyjaciół o spermę, bo od obcego nie wezmą. Miało być śmiesznie, a wyszło żałośnie. Nawet młody Koterski nie ratuje sytuacji. A Shrek-Zamachowski gra tak, jakby czytał tekst z promptera. Ogólnie słaaaaaabo.
I ciekawostka. Natknąłem się w Empiku na soundtrack z filmu. Liczył 21 kawałków, ale na filmie słyszałem ciągle jeden i ten sam, tylko w różnych  wariacjach. Ja jebię.
2/10

Psy i Koty: Odwet Kitty – sequel starego filmu „Psy i Koty”. Tym razem te wrogie dla siebie gatunki muszą współpracować, bo zła kocica, Kitty, chce wysłać w eter sygnał słyszalny dla psów, który zrobi z ich małych mózgów papkę i ludzie zaczną masowo się ich pozbywać. Film nawet przyjemny, jak się okazało! Były olbrzymie suchary, ale taka jest kinematografia dla młodszych widzów.
I po obejrzeniu filmu ciągle w głowie mi siedzi jedno pytanie: jakim cudem psy i koty potrafiły zbudować takie bajeranckie gadżety i centra dowodzenia swoimi łapami?
6/10

Zejście 2 – sequel tego, że w jaskini straszy. Pierwszej części nie słyszałem, ale nawet nie musiałem, bo i tak wszystkiego dowiedziałem się dość szybko. Film był dość zabawny, trzeba przyznać. W dobie filmów gore i hektolitrów krwi trochę narastającej muzyki i stwory wyglądające jak wielkie płody to za mało, żeby porządnie przestraszyć.
3/10

Grown Ups – dawni przyjaciele, którzy stanowili drużynę koszykarską w jakiejś szkole spotyka się ponownie z powodu śmierci ich dawnego trenera. A jak już się widzą, to postanawiają pobyć ze sobą chwilę. Poznają swoje rodziny, dzieci i robią masę głupot. Wiele się nie spodziewałem po filmie, gdzie producentem, scenarzystą i głównym aktorem był Adam Sandler. I nie zdziwiłem się, bo film to same klasyczne wpadki. Co chwilę upadają, uderzają w drzewa, machają jajami i robią różne inne, dziwne rzeczy. Ale, o dziwo, film dobrze się ogląda i mnie takie głupoty dość bawiły.
6+1(od mojego kolegi, bo się uparł)/10

Return of Captain Invincible – film Philippe’a Mora z roku 1983, który w skrócie jest musicalem o upadłym superbohaterze, który wraca do pełni chwały, bo musi zwalczyć swojego największego wroga. To było cudowne 100 minut, na których szczerze się uśmiałem. Poza tym pomysł, by z takiego filmu utworzyć musical, był naprawdę błyskotliwy. Salwy śmiechu gwarantowane! I polecam szczerze!
8,5/10

Tides From Nebula - Aura


W ramach OFFowego przypomnienia postanowiłem zrecenzować jeden z ważniejszych polskich debiutów w roku 2009, przynajmniej w moim mniemaniu, czyli Tides From Nebula. 

Warszawski kwartet w zeszłym roku narobił sporo szumu na polskim rynku, głównie za sprawą tego, że brali udział w licznych konkursach, które wygrywali, jak chociażby wrocławski Asymmetry. Niezły wynik, jak na zespół, który gra post-rock/metal.

Ale moim głównym tematem jest album, który wydali rok temu, czyli „Aura” złożony z zaledwie(?) dziewięciu, ale za to niesamowicie porywających utworów. Bo przecież liczy się jakość, a nie ilość, c’nie? 

Recenzje typu „track-by-track” to dość ciężka i nudna rzecz do opisania, więc się wstrzymam, chociaż bardzo bym chciał. Wyszłoby tak, że pisałbym, ile by mi tylko do głowy przyszło, a skończyłoby się na tym, że jedyną osobą, która przeczytałaby to w całości, byłbym ja, więc ogólnie spróbuję przybliżyć, na czym „Aura” stoi.

Trzeba przyznać, że Tides from Nebula ma niesamowity dryg do pisania chwytliwych melodii. Wiedzą, jak używać gitar i to się sprawdza bardzo dobrze. Strasznie w ich muzyce imponuje mi fakt, że potrafią uderzyć z wielką werwą, by nagle się zatrzymać i zrobić wspaniałe przejście na dwóch, pięknie współgrających gitarach. Tu nadmienić można utwór „Higgs boson”, który kocham przede wszystkim za wspaniały początek, który wybucha z post-rockową pasją. Utwór ma liczne zmiany tempa, więc pomimo trwania podobnych riffów przez 6 minut, po prostu nie nudzi.

I choć wspomniany wcześniej „Higgs boson” czy inne z płyty to utwory dobre, to na albumie jest jedna perełka, która swoim brzmieniem przyćmiła i zmiażdżyła konkurencję. Mowa tu o utworze „Purr”. Ta ledwie czterominutowa kompozycja mieści w sobie to, co w muzyce post-rockowej najlepsze. Pierwsza połowa to powolne kumulowanie energii w postaci lekkiego, wolnego tempa utworu, gitar, które grają wręcz idealnie. Jedna wybrzmiewa, delikatną, quasi-akustyczną formą, druga lekkim pogłosem roznosi się po całej przestrzeni muzyki, by nagle w jednym momencie wybuchnąć całą swoją mocą i potęgą. Słuchając „Purr” widzę wybuchające słońca tworzące nowe wszechświaty. I, o ile pierwsza część może być tytułowym „mruczeniem”, tak druga to potężny ryk dojrzałego zwierzęcia.

Reasumując, „Aura” to wspaniały album. Chyba najlepszy debiut, jaki można sobie wymarzyć. I muzycy o tym wiedzą, skoro supportowali już takie gwiazdy jak Caspian czy God is an Astronaut. Muzyka, którą tworzą jest wielka i czuję, że ich kolejny album, który ma premierę tego roku rozniesie człowieka jeszcze bardziej. A po nowych utworach, które usłyszałem na OFFie, wierzę, że tak będzie.

P.S. (ale już nie związany z recenzją). Dzięki wam za udział w ankiecie nt. działania Dźwięku Ściany w swoich pierwszych dniach. Ku mojemu zdziwieniu większości się podoba, więc to oznacza, że będę próbował jeszcze mocniej i pisał dalej, aby więcej osób usłyszało o tym blogu. Jeśli to w ogóle jest możliwe.
W każdym razie, wielkie dzięki ;)

Klaxons - Surfing the Void


Cztery dni przed premierą, ale zawsze. Prezentuję państwu najnowszy album Klaxons„Surfing the Void”!

Miałem ogromne oczekiwania wobec zespołu. Ich poprzedni album był czymś potężnym, zniewalającym. Klaxonsi byli jednymi z prekursorów gatunku znanego obecnie jako new rave, który w intrygujący sposób łączył elementy muzyki disco z potężnym rockowym zacięciem. Ale z całej tej fali właśnie Klaxonsów ceniłem najbardziej. Potrafili z prostej melodyjki, jaką był np. „Golden Skans” zrobić wielki hit, który przez długi czas reklamował szampony. Do tego oszczędni w treści, czasem minimalistyczni, ale zawsze uderzający z przytupem.

Na „Surfing The Void” kazano nam czekać przez trzy lata, przez które kwartet musiał dojrzeć i zmienić trochę swoje podejście do muzyki, przynajmniej w to bardzo wierzyłem. Nagle mamy połowę 2010 i zespół prezentował przed premierą singiel „Echoes”, pełen przeładowanych klawiszy, chórków i… jakoś nie podobał mi się przy pierwszym odsłuchaniu. Trochę odrzucała mnie ta zmiana formy. Ale z każdym kolejnym utwór troszkę zyskiwał w moich oczach. Wiedziałem jednak, że nadszedł etap ewolucji w zespole.

I nie pomyliłem się, bo „Surfing the Void” to coś, czego właściwie się obawiałem przy słuchaniu „Echoes”. W zespół wkradło się lekko gwiazdorstwo i megalomania, przez co cała płyta wydaje się być przerostem formy nad treścią.  Nie jest już tak przebojowo, jak na „Myths of the Near Future”, wręcz przeciwnie. Zespół położył bardzo duży nacisk na rozbudowę instrumentarium, przez co mamy wszechobecne nasilone pogłosem klawisze, które nieraz grają pierwsze skrzypce, naładowane efektami gitary, nieustanne chórki, a wszystko to brzmi jak utarte schematy. Są tu utwory rodem z lat 80-tych („Venusia”), nowe Arctic Monkeys na sterydach (tytułowy „Surfing  the Void”), delikatne wstawki w rodzaju Muse („Valley of the Calm Trees”) i niezrozumiałe dla mnie kierunki w progresywę („Cypherspeed”). 

Ale pomimo tego wszystkiego płyty słucha się naprawdę dobrze. Mało w tym wszystkim energii, jaką znamy z „Myths of the Near Future”, ale Klaxons ver. 2.0 to miła, przyjemna muzyka w słuchaniu. Ma swoje wzloty i upadki, jednak koniec końców to album, który wyszedł zespołowi na plus i pokaże ich jako ludzi, którzy próbują i szukają swojego brzmienia. Liczyłem co prawda na więcej, ale wszystkiego mieć nie można. Oceńcie sami, bo warto.

środa, 18 sierpnia 2010

Ariel Pink's Haunted Graffiti - Before Today


Ostatnio przeglądając recenzje Uchem w Nutę (Szymon, pozdrawiam!), oko me zatrzymało się przy najnowszym albumie pana Ariela Pinka. Niezwykle zaintrygowany treścią owej recenzji postanowiłem sam przesłuchać płyty „Before Today”.

Cóż, po pierwsze musiałem zrobić małe sprawdzenie, kim ten owy pan jest, bo tak naprawdę o nim wcześniej nie słyszałem. Jak się okazało, pewnie jakieś mega alternatywne media by mnie za to rozszarpały, bo a) jest dość znany, b) ma spory pogłos, c) no, proszę pana, jak pan nie może znać Ariela Pinka? I pan się uważa za kogoś, kto słucha muzyki?!
Nie mogłem pozwolić, by dalej mnie tak znieważano, więc postanowiłem odpalić „Before Today”.

I muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zawsze omijałem scenę freak folk dość szerokim łukiem, a to za sprawą nazwy „folk” właśnie, gdyż obawiałem się tego akustycznego pitolenia. Ale niepotrzebnie, bo Ariel Pink’s Haunted Graffiti to niesamowicie intrygujący projekt.
Płyta jest dziwaczna, to trzeba przyznać. Proces nagrywania niczym w latach 60-70-tych jest dość dużym plusem, bo wszystko brzmi tak nie-cyfrowo. Nie brzmi, jak przerobiona papka posklejana z udanych sampli. Ten album żyje własnym, kolorowym i cudownym życiem, przez co aż chce się jej słuchać. Słuchając „Before Today” cofnąłem się o kilkadziesiąt wstecz i tańczyłem razem z „dziećmi-kwiatami”. Przynajmniej tak się czułem. I było to wspaniałe. 

Strasznie przypadły mi do gustu syntezatory na „Beverly Kills”, które rozbujały moje serce, energia i gitary psychodelicznego rocka lat 70-tych na „Butt-House Blondies” czy szalone tempo „Revolution’s A Lie” pełne cudownie brzmiących partii basu i delikatnie przewijających się klawiszy. Ogólnie na albumie kompozycje są dopracowane, inteligentnie zrobione. Czasem brzmiące nieco zbyt eklektycznie, ale najważniejszy jest fakt, że ciągle utrzymują ten sam klimat. Tę inspiracje, te czerpanie najlepszych tradycji popu sprzed czterdziestu lat. I chyba przez to czasem miałem też uczucie, jakbym gdzieś to słyszał. Czasami gdzieś w tle przebrzmiewa coś około The Flaming Lips, bas w „Menopause Man” czy „Round and Round” zalatuje mi naszym zmarłym, biało-czarnym królem Jacksonem, a pewien fragment w "L'estat (Acc. to the Widow's Maid)" kojarzy mi się z naszym wspaniałym, polskim Kombii i ich „Słodkiego, miłego życia”. Chociaż wątpię w to, że Ariel Pink akurat nimi się inspirował.

I dobrze, bo „Before Today” to wspaniały powrót do dobrych, starych lat za pomocą uniwersalnego sposobu w postaci muzyki. Jest tu mieszanka gatunku: funk, pop, folk, rock. Wszystko okraszone wspaniałymi synth-popowymi wstawkami i otrzymujemy specyficzny, dziwnie wyprodukowany, jak na freak folk przystało, ale koniec konców, cudowny album, do którego chce się wracać.