środa, 18 sierpnia 2010

Ariel Pink's Haunted Graffiti - Before Today


Ostatnio przeglądając recenzje Uchem w Nutę (Szymon, pozdrawiam!), oko me zatrzymało się przy najnowszym albumie pana Ariela Pinka. Niezwykle zaintrygowany treścią owej recenzji postanowiłem sam przesłuchać płyty „Before Today”.

Cóż, po pierwsze musiałem zrobić małe sprawdzenie, kim ten owy pan jest, bo tak naprawdę o nim wcześniej nie słyszałem. Jak się okazało, pewnie jakieś mega alternatywne media by mnie za to rozszarpały, bo a) jest dość znany, b) ma spory pogłos, c) no, proszę pana, jak pan nie może znać Ariela Pinka? I pan się uważa za kogoś, kto słucha muzyki?!
Nie mogłem pozwolić, by dalej mnie tak znieważano, więc postanowiłem odpalić „Before Today”.

I muszę przyznać, że bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zawsze omijałem scenę freak folk dość szerokim łukiem, a to za sprawą nazwy „folk” właśnie, gdyż obawiałem się tego akustycznego pitolenia. Ale niepotrzebnie, bo Ariel Pink’s Haunted Graffiti to niesamowicie intrygujący projekt.
Płyta jest dziwaczna, to trzeba przyznać. Proces nagrywania niczym w latach 60-70-tych jest dość dużym plusem, bo wszystko brzmi tak nie-cyfrowo. Nie brzmi, jak przerobiona papka posklejana z udanych sampli. Ten album żyje własnym, kolorowym i cudownym życiem, przez co aż chce się jej słuchać. Słuchając „Before Today” cofnąłem się o kilkadziesiąt wstecz i tańczyłem razem z „dziećmi-kwiatami”. Przynajmniej tak się czułem. I było to wspaniałe. 

Strasznie przypadły mi do gustu syntezatory na „Beverly Kills”, które rozbujały moje serce, energia i gitary psychodelicznego rocka lat 70-tych na „Butt-House Blondies” czy szalone tempo „Revolution’s A Lie” pełne cudownie brzmiących partii basu i delikatnie przewijających się klawiszy. Ogólnie na albumie kompozycje są dopracowane, inteligentnie zrobione. Czasem brzmiące nieco zbyt eklektycznie, ale najważniejszy jest fakt, że ciągle utrzymują ten sam klimat. Tę inspiracje, te czerpanie najlepszych tradycji popu sprzed czterdziestu lat. I chyba przez to czasem miałem też uczucie, jakbym gdzieś to słyszał. Czasami gdzieś w tle przebrzmiewa coś około The Flaming Lips, bas w „Menopause Man” czy „Round and Round” zalatuje mi naszym zmarłym, biało-czarnym królem Jacksonem, a pewien fragment w "L'estat (Acc. to the Widow's Maid)" kojarzy mi się z naszym wspaniałym, polskim Kombii i ich „Słodkiego, miłego życia”. Chociaż wątpię w to, że Ariel Pink akurat nimi się inspirował.

I dobrze, bo „Before Today” to wspaniały powrót do dobrych, starych lat za pomocą uniwersalnego sposobu w postaci muzyki. Jest tu mieszanka gatunku: funk, pop, folk, rock. Wszystko okraszone wspaniałymi synth-popowymi wstawkami i otrzymujemy specyficzny, dziwnie wyprodukowany, jak na freak folk przystało, ale koniec konców, cudowny album, do którego chce się wracać.

2 komentarze:

  1. Lo-fi w pełnej krasie, chociaż teraz już nie jest tak hardkorowo, jak na poprzednich płytach. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem, na razie próbowałem tylko tego. Ale baaaaardzo mi się spodobało i sięgnę po poprzednie albumy.

    OdpowiedzUsuń

Te, pogadajmy!