czwartek, 19 sierpnia 2010

Tides From Nebula - Aura


W ramach OFFowego przypomnienia postanowiłem zrecenzować jeden z ważniejszych polskich debiutów w roku 2009, przynajmniej w moim mniemaniu, czyli Tides From Nebula. 

Warszawski kwartet w zeszłym roku narobił sporo szumu na polskim rynku, głównie za sprawą tego, że brali udział w licznych konkursach, które wygrywali, jak chociażby wrocławski Asymmetry. Niezły wynik, jak na zespół, który gra post-rock/metal.

Ale moim głównym tematem jest album, który wydali rok temu, czyli „Aura” złożony z zaledwie(?) dziewięciu, ale za to niesamowicie porywających utworów. Bo przecież liczy się jakość, a nie ilość, c’nie? 

Recenzje typu „track-by-track” to dość ciężka i nudna rzecz do opisania, więc się wstrzymam, chociaż bardzo bym chciał. Wyszłoby tak, że pisałbym, ile by mi tylko do głowy przyszło, a skończyłoby się na tym, że jedyną osobą, która przeczytałaby to w całości, byłbym ja, więc ogólnie spróbuję przybliżyć, na czym „Aura” stoi.

Trzeba przyznać, że Tides from Nebula ma niesamowity dryg do pisania chwytliwych melodii. Wiedzą, jak używać gitar i to się sprawdza bardzo dobrze. Strasznie w ich muzyce imponuje mi fakt, że potrafią uderzyć z wielką werwą, by nagle się zatrzymać i zrobić wspaniałe przejście na dwóch, pięknie współgrających gitarach. Tu nadmienić można utwór „Higgs boson”, który kocham przede wszystkim za wspaniały początek, który wybucha z post-rockową pasją. Utwór ma liczne zmiany tempa, więc pomimo trwania podobnych riffów przez 6 minut, po prostu nie nudzi.

I choć wspomniany wcześniej „Higgs boson” czy inne z płyty to utwory dobre, to na albumie jest jedna perełka, która swoim brzmieniem przyćmiła i zmiażdżyła konkurencję. Mowa tu o utworze „Purr”. Ta ledwie czterominutowa kompozycja mieści w sobie to, co w muzyce post-rockowej najlepsze. Pierwsza połowa to powolne kumulowanie energii w postaci lekkiego, wolnego tempa utworu, gitar, które grają wręcz idealnie. Jedna wybrzmiewa, delikatną, quasi-akustyczną formą, druga lekkim pogłosem roznosi się po całej przestrzeni muzyki, by nagle w jednym momencie wybuchnąć całą swoją mocą i potęgą. Słuchając „Purr” widzę wybuchające słońca tworzące nowe wszechświaty. I, o ile pierwsza część może być tytułowym „mruczeniem”, tak druga to potężny ryk dojrzałego zwierzęcia.

Reasumując, „Aura” to wspaniały album. Chyba najlepszy debiut, jaki można sobie wymarzyć. I muzycy o tym wiedzą, skoro supportowali już takie gwiazdy jak Caspian czy God is an Astronaut. Muzyka, którą tworzą jest wielka i czuję, że ich kolejny album, który ma premierę tego roku rozniesie człowieka jeszcze bardziej. A po nowych utworach, które usłyszałem na OFFie, wierzę, że tak będzie.

P.S. (ale już nie związany z recenzją). Dzięki wam za udział w ankiecie nt. działania Dźwięku Ściany w swoich pierwszych dniach. Ku mojemu zdziwieniu większości się podoba, więc to oznacza, że będę próbował jeszcze mocniej i pisał dalej, aby więcej osób usłyszało o tym blogu. Jeśli to w ogóle jest możliwe.
W każdym razie, wielkie dzięki ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Te, pogadajmy!