piątek, 13 sierpnia 2010

The Mars Volta - Amputechture

Postanowiłem zrecenzować jeden z najważniejszych (dla mnie) zespołów, a to będzie zadanie dość trudne. Przede wszystkim chodzi o fakt, że wtedy człowiek jest strasznie subiektywny. Z drugiej strony recenzje nigdy obiektywne nie będą, więc można zacząć.
A mowa tu o Mars Volcie i trzecim (w sumie dość starym –  z 2006) krążku zatytułowanym „Amputechture”. Piszę akurat o tej płycie z dwóch względów. Po pierwsze: jest to płyta dla mnie najtrudniejsza, więc niełatwo jest zmierzyć się mi z pisaniem o niej, po drugie: akurat wyczaiłem we wrocławskim Saturnie dość tanie wydanie i musiałem się pokusić o kupno.

Ale teraz coś o płycie. Właściwie nie wiem, jak mam tą recenzję zacząć. Chyba najlepiej od kalendarium.
2003 – zostaje wydany debiut, De-loused In the Comatorium. Płyta robi dużo szumu w rockowym świecie, bo wcześniej główny człon Mars Volty (Bixler-Zavala i Rodriguez-Lopez) byli znani jako szaleńczy członkowie hardcore’owego/Emo (starej fali, a nie tego nowego, pop-punkowego gówna z grzywkami ubierającymi się to najciaśniej, jak można) At The Drive-In, a tu psikus jest, bo płyta zaskakuje dojrzałym, choć ostrym brzmieniem. Wyróżnić też dają się specyficzne, naładowane efektami gitary grające w dość dziwnych, jak na tamte dzieje skalach. Poza tym szumu narobił fakt, że zespół w tworzeniu wsparli członkowie Red Hot Chilli Peppers – John Frusciante i Flea. No, napomknąć można też o tym, że przed premierą płyty zmarł inżynier dźwiękowy – Jeremy Ward.
2005 – zostaje wydany drugi album grupy, Frances The Mute. Rodriguez-Lopez trochę się rozbestwił, bo o ile na pierwszej płycie kompozycje są jeszcze jako tako ukierunkowane, o tyle tutaj sprawa ma się zupełnie inaczej. Częste zmiany metrum, sporo jazgotliwych, przesterowanych gitar, przez to granie zostaje przeniesione na zupełnie inny poziom. Nie wiem, czy lepszy, czy gorszy, na pewno inny. Wszystko zdaje się tutaj bardziej pokręcone, tworzone na zupełnie innych zasadach. Utwory coraz to bardziej się wydłużają, mutują w coraz trudniejsze w odbiorze. Gdzieś tam siedzi ta przebojowość z poprzedniej płyty, ale głęboko schowana pod warstwą wszystkiego, co udało się wpakować na tą płytę.

W przypadku „Amputechture” sprawa jest jeszcze gorsza, bo Omar Rodriguez-Lopez daje sobie coraz większe pole do popisu zmniejszając ograniczenia. Utwory są jeszcze dłuższe, bardziej pokręcone niż wcześniej i choć na trackliście mamy zaledwie 8 kawałków, to okazuje się, że daje nam to 76 minut muzyki.
Rozpoczynamy od „Vicarious Atonement”, dość koślawego rozpoczęcia, gdzie gitara brzmi z gigantyczną pompą w stylu „ten riff rozsadzi wam mordy”. Na ogół tego kawałka nawet nie słucham, bo tu wszystko brzmi tak samo. Te same gitary, te same motywy, do tego trochę efekciarstwa w postaci rozbudowanego tła. Piski, świsty itp. towarzyszą nam już od pierwszej sekundy. Całość brzmi jak kiepski western na kwasie, która wraz z hałaśliwym saksofonem przenosi nas do 17-minutowej parady dźwięku w postaci „Tetragrammaton”, naszego numeru 2.   

Tutaj jest już inaczej, bo jednak na jedną modłę przez siedemnaście minut się nie da, więc zespół zastosował taktykę znaną z pierwszego albumu, czyli motyw w intro, zwolnienie, kilka zmian często się przeplatających, by na końcu wybuchnąć znów głównym motywem.  Akurat tutaj sprawa się sprawdza, bo jest to jeden z ulubionych utworów Mars Volty, właśnie tutaj słychać ich pełny kunszt. Omar Rodriguez-Lopez ryzykuje i skacze z jednej konwencji na inną ,ale to jest chyba urok tego zespołu. Do tego oryginalne riffy sprawiają , że „Tetragrammaton” to mocna rzecz. Nie dla każdego, ale jeśli ktoś się do tej grupy przekona, to tutaj znajdzie coś dla siebie.

Szumny koniec przenosi nas do „Vermicide” – czterominutowej (wtf?) pseudo-ballady, która równie dobrze mogłaby być zaadoptowana do poprzedniego dokonania zespołu. Przynajmniej jest to lekki oddech od ciągłego skakania po skalach, pisku gitar i ogólnego chaosu, do którego Mars Volta nas przyzwyczaiła. Niestety, nie tak prędko. Zespół znów przyspiesza przy „Meccamputechture”. 11 minut, które mogłoby trwać 6 minut i by nic nie straciło ze swojego uroku. Nie jest tutaj to tak rozregulowane, widać jakąś strukturę typu zwrotka-refren-zwrotka-refren-most (dłuuuuuuuuugi most) i powrót do refrenu czy coś w ten deseń, bo trudno tu tak naprawdę te rzeczy od siebie oddzielić. 

Znowu jazgot prowadzi nas do kolejnego, tym razem akustycznego „Asilos Magdalena”. Osobiście uwielbiam, gdy Cedric Bixler-Zavala śpiewa po hiszpańsku, a tutaj jest to wyjątkowo klimatyczne. Tylko musiało coś pójść nie tak, bo utwór był zbyt idealny. Mianowicie pod koniec utworu wtrącają się nieszczęsne gitary elektryczne, które psują wszystko swoim pogłosowym, hiper-rockowym brzmieniem, przez co z przepięknej ballady na koniec zostaje sieczka.
Jednak kiedyś miałem okazję znaleźć nagranie z pewnego programu, gdzie Asilos Magdalena została wykonana tylko na dwie gitary akustyczne i to jest jedna z piosenek życia na półce „wolne, acz zajebiste”.

Wracając do płyty, mamy singlowe „Viscera Eyes” trwające 9 minut (wersja radiowa – 4 z kawałkiem), które jest wynikiem ewolucji pewnego starego utworu At The Drive-In, przez co mamy tutaj ten rockowy zacier. Konkretny riff, który przebija się jako podstawa wokół której krążą psychodeliczne gitary i trąbki. Czasami brzmi to dość kuriozalnie i dziwię się, dlaczego w ogóle dopuścili coś takiego, ale widocznie nie zrozumiem, co kieruje Rodriguez-Lopezem przy tworzeniu utworów. Szkoda, że Viscera Eyes nie kończy się trochę wcześniej, bo od szóstej minuty rytm się zmienia, a tym samym specyfika utworu. Bas wychodzi naprzód i gra swoje, gitara coś plumka i końca nie widać, niestety.. Rozpęd bierze dopiero na ostatnią minutę, gdzie mamy rozwiązanie. Gdyby zakończyć energicznie ciut wcześniej, dobre wrażenie by pozostało, a tak mamy za dużo kombinowania.

Ogólnie słowo „przekombinowanie” stanowi integralną i najważniejszą część tego albumu. Wszystko do tego zmierza. To tak jak iść do pizzerii i poprosić o pizzę z ananasem, bananem, tuńczykiem i oliwkami, bo nie możemy się zdecydować, którą wziąć. Tak samo Mars Volta momentami nie wie, dokąd zmierza. Kawałki zdają się być zbyt zapędzone, zaplanowane może i są, ale ciągle idą do przodu, nikt nie wie, dlaczego. Jest wiele momentów, gdzie album można skończyć, ale chyba do głowy wpadł kolejny pomysł i nie mogli się powstrzymać od jego realizacji.

Przedostatni utwór na płycie, „Day of the Baphomets” jest tego idealnym przykładem. Kolejny z serii „mega długie” (trwa ok. 12 minut), który brzmi, jak zlepek kilku utworów przystosowanych tylko do siebie tonacyjnie. I wszystko byłoby dobrze, gdyby to rozbić na kilka mniejszych elementów i je odpowiednio rozwinąć. Tutaj wszystko trzyma się kupy tylko dlatego, że mamy kilka wzajemnie krzyżujących się motywów, przez co utrzymują nas we wrażeniu „ach, słyszałem główny motyw, to ciągle ten numer”. Chociaż z drugiej strony tutaj bardzo chwalę sobie koniec, szczególnie solówkę na Etno-bębnach, która pasuje tutaj do egzotyki utworu. Jednak kilka małych przebłysków nie zmieni oceny ogólnej „Day of the Baphomets”, a brzmi ona – fajnie, ale nie.

Album wieńczy „El Ciervo Vulnerado”, które przez kolejne 8 minut katuje nas rozbudowanym tłem w postaci gitar i trąbek grających, co im dusza tylko przyniesie. Słychać też nawiązania do openera albumowego za sprawą podobnie użytych efektów i swawolnego napieprzania, jak wlezie gitarą.
Brak odpowiedniego wykończenia zostawia jednak niesmak po tym, jak album nagle się urywa i pf. Koniec.

„Amputechture” to moim zdaniem najgorszy album Mars Volty. Najbardziej przekombinowany, napompowany niepotrzebnymi riffami-zapychaczami, stąd też mamy prawie 80 minut za pomocą zaledwie ośmiu utworów. Gdyby wyciąć jakieś 30 minut i zamienić je na inne, krótsze kawałki, wtedy płyta byłaby bardziej strawna.
Paradoksalnie jednak na niej znajdują się ulubione dla mnie momenty w twórczości Amerykanów, jak „Tetragrammaton” czy „Viscera Eyes”. Jednak tylko te dwa wybijają się na tle słabej, jak na Mars Voltę reszty. Przez to cały album byłem w stanie przesłuchać jakieś 2-3 razy i nie obyło się bez przewijania. A to źle świadczy, bardzo źle. Dobrze, że chociaż później się opamiętali, ale o tym przy innej okazji.

4 komentarze:

  1. a nie pomyślałeś, że może o to właśnie chodzi w muzyce Mars Volty, by nie była lekka łatwa i przyjemna? żeby zmusiła do kilku przesłuchań ale nie jako tło dla innego zajęcia ale by przykuć nas do głośników? pomyśleć? zastanowić się? mówisz że ta płyta jest przekombinowana, a "the bedlam in goliath"?,

    pierwsza płyta jest najbardziej piosenkowa z wszystkich głównie dlatego że producentem był Rick Rubin. producentem był już Omar, dlatego chłopaki wreszcie mogli wylać z siebie to im w duszy grało.

    i jeszcze jedno... jak dla mnie zbrodnią trochę jest słuchanie pojedynczych utworów Mars Volty. to są spójne albumy, które należy słuchać w całości. zwłaszcza amputechture.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mars Volta to nie jest muzyka dla mas i jestem tego świadom. Jestem wielkim fanem od paru lat i z każdą płytą mnie zaskakują w różnym stopniu. Z ich muzyką rzeczywiście jest tak, że trzeba się nad nią zastanowić, szczególnie nad Amputechture, co nie zmienia faktu, że w moim odczuciu jest najgorsza jako album, ale ma w sobie kilka wspaniałych momentów, jak wspomniany przeze "Tetragrammaton".
    Bedlam In Goliath to chyba mój ulubiony album Mars Volty, tam przekombinowanie przenosi się na generowanie spójnej i ciekawej całości. Do tego zmiana perkusisty na Pridgena była wspaniałym posunięciem, bo zespół zyskał świeżość i albumu słucha się jeszcze intensywniej.

    Zgodzę się, producent miał spory wpływ, ale przynajmniej czasem ich trzymał w ryzach, żeby nie wymknęli się spod kontroli. Na żywo to była zupełnie inna bajka. Rozciąganie Cicatriz ESP na pół godziny i takie tam. Właściwie to nawet lepiej, że Rubin ich pilnował, bo wtedy te utwory byłyby jeszcze bardziej rozciągnięte, bardziej psychodeliczne i mniej piosenkowe. A tak przynajmniej mamy różnicę w odbiorze albumu i odsłuchiwaniu utworów z płyty na koncertach.

    Zbrodnia słuchając pojedynczych utworów? Dla mnie nie, skoro mam momenty lepsze i gorsze na całym albumie i nie zawsze chce mi się słuchać niektórych utworów, to czemu nie? Wolę przeskoczyć do kawałka, który lubię, a nie katować się rzeczami, które mało mnie obchodzą.
    Amputechture słuchamy w całości, ale ile można? W końcu coś spodoba się bardziej, jakiś mały wycinek.

    OdpowiedzUsuń
  3. Siema, chciałem napisać ze nie zgadzam się z Twoją oceną płyty, myślę że nie rozumiesz Mars Volty. Tu nie chodzi o piosenkowość, skracanie kawałków żeby mogły polecieć w radiu obok Kasi Kowalskiej i Myslovitz. Na ten zespół trzeba patrzeć pod kątem kompozycji i konceptu. Zderzenie spokoju z chaosem, dysonanse i nieprzewidywalność. Mars Volta to nie System of a Down. Posłuchaj np King Crimson to zrozumiesz, pozdro!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie rozumiem Mars Volty, a jednocześnie stawiam ten zespół na moim osobistym piedestale. Nielubienie "Amputechture" nie jest oznaka braku zrozumienia idei tego zespołu, czy też całej progresywy. Po prostu to moje, subiektywne odczucie nt. tej płyty. Wróciłem ostatnio do "Amputechture" i moje obawy troszkę zelżały, znalazlem trochę więcej smaczków, ale dalej uznaję ten album jako najsłabszy z całej dyskografii. Ja uwielbiam dysonanse, sam grając często używam połamanych skali. Chaos, noise, głośne przestery i ta "nieprzewidywalność" to rzeczy wspaniale, które uwielbiam w muzyce. Stad też zamiłowania do jazzu czy post-rocka. Wiec raczej potrafię zrozumieć, na czym polega idea progresywy ;) King Crimson jest spoko, ale generalnie nie słucham klasyków, tylko rzeczy bardziej nowoczesnych. Kasia Kowalska też ujdzie. A nowe Myslovitz daje radę.

    OdpowiedzUsuń

Te, pogadajmy!