Jest poniedziałkowy wieczór, do pisania tej recenzji zabieram się od rana i ciągle coś mi nie wychodziło. W sumie nie wiedziałem, co mogę o tej grupie napisać. To będzie dziwna recenzja (pisałem po raz pierwszy na papierze), będzie też trochę niepoważnie, bo sam zespół nie jest taki. Mowa tutaj o duecie zwanym Niwea.
Ta dwójka, która nazwę przypisuje sobie na pewno znanej marce kremów, która koi i nawilża moją twarz, gdy jest to niezbędne, to szalenie dziwne zjawisko, które niedawno wykwitło na naszym rynku. Mam dziwne wrażenie, że poszli śladem Stachursky’ego, który rok temu stał się królem dyskotek za sprawą swojej „2009” z hitami „Dosko” czy „Chłosta”, które dobrym beatem i idiotycznym tekstem utorowały mu drogę do Złotej czy tam Platynowej Płyty.
Niwea działa trochę podobnie. Tworzą fajną, zgrabną, minimalistyczną muzykę, za którą odpowiada Dawid Szczęsny (polecam odsłuchanie jego solowych nagrań na mySpace)i dołączają do tego, jakby na to nie patrzeć, mega chore teksty Wojciecha Bąkowskiego i otrzymujemy przepis na bycie największym odkryciem/skandalem polskiej sceny alternatywnej Anno domini 2010.
Bo jakim cudem teksty pokroju „ja mu tu ten/dałam jeść/placek/on czekał i czekał na Ciebie/no/muszę powiedzieć/że takich tych/kolegów/jak ten/to ja lubię/jak nie wiem” zdobywają taki pogłos?
Ano, powiem wam. Jedni traktują to jako interesujące zjawisko z zabawnymi (choć nie zawsze, jak np. „Generał Hermaszewski”). Oni nazywają Niweę tak: „najgorszy zespół, najlepszy koncert”, bo to wszystko jest tak głupie, że aż wspaniałe i czuje się, że zespół ma wielką zabawę wraz z tłumem, gdy Bąkowski recytuje swoje teksty, niczym „patrzący na świat pięciolatek”. Jest też druga grupa – Ci, który widzą w nich wybawców polskiej muzyki i będą bawić się w wiwisekcję ich twórczości i wieczną analizę każdego tekstu, wyszukiwanie „głębi”. To mi przypomina trochę starą sytuację, gdzie pewien artysta na sprzedaż wystawił swoje dzieło – niepościelone łóżko, a egzaltowani i natchnieni widzieli w tym metaforę walki o pokój i motyw powrotu do ojczyzny.
I Niwea będzie się nimi żywić, z nich szydzić, wykorzystywać ich słodką naiwność. Ja bym tak zrobił. Bo płyta „01” to taka mała, artystyczna kupka, ale za to wielki happening muzyczny ciągnący za sobą tłumy. Niwea to zjawisko, obok którego nie można przejść obojętnie. To grupa, której album trzeba przepuścić przez neurony i pozwolić im dobrze się bawić. Bo słuchając „01” słyszę w głowie cichy, mruczący głos mówiący „bawmy się! No!” I ja mam zamiar cieszyć się z zespołem czując ten wspaniały dystans do siebie. A Ty w jakiej grupie się znajdziesz?
sytuacja z niwea jest jak z maria peszek troche, chodzi mi tu wlasnie o sfere tekstowa... ona tez kreowala sie na wielka artystke ale na szczescie ostatnio sluch o niej troche zaginal.... tacy muzycy nie stana sie wybawieniem polskiej sceny, a raczej jej posmiewiskiem.. wybawieniem moze byc np taki Jacaszek http://www.youtube.com/watch?v=HnsO9tcz-lU
OdpowiedzUsuńNiwea to bardziej jednorazowy wybryk, aniżeli pełnoprawny wykonawca, który utrzyma się na scenie, tak cały czas uważałem. Co nie zmienia faktu, że i tak się dość dobrze wybili.
OdpowiedzUsuńzespół naprawde git.już nie długo wydadzą nową płyte...fajnie, posłucham sobie. Teksty Niwei są wciągające, muzyka ciekawa. Nie są obojętni, a to najważniejsze.
OdpowiedzUsuń