Postem nr 1 została okraszona recenzja festiwalu, z którego niedawno wróciłem, a był to...
OFF! czyli Oryginalny, Fantastyczny Festiwal! – krótka recenzja w trzech aktach, prozą pisana.
Prolog
Brzydko i ponuro – tak niestety wygląda majestatyczny dworzec katowicki, z którego dość szybko się zmyłem. Miłym akcentem na dzień dobry było kilku panów, którzy dali nam „zaczerpnąć informacji” dotyczących festiwalu. Podali autobus, z którego mieliśmy ruszyć w okolice Muchowca. Magiczny bus 910 został specjalnie uintensywniony na potrzeby OFFu, gdyż jeździł co 15 minut, a nie 1,5 godziny, co bardzo ułatwiło drogę.
Po niemałych problemach z dojazdem, zakwaterowaniem się, rozbiciem namiotu, wybraniu się do Reala w celu zakupienia rzeczy, z których połowy się nie zjadło i wrócenia z tobołami na pole zacząłem koncertowanie.
Akt I – dzień dobry, Katowice!
Jeśli mogę zaliczyć koncert, który słyszałem rozbijając swój niemiłosiernie krzywy i dziwny namiot w szczęśliwym sektorze 13, to chyba słyszałem The Horrors. Przynajmniej jakiś ich element. Ale nie zwróciłem uwagi. Coś leciało w każdym razie. Spojrzałem w stronę sceny i mogę powiedzieć „widziałem The Horrors”. Małe plamki, ale zawsze.
Idąc w deszczu słyszałem też trochę Art Brut. Dźwięki przypadły do gustu, więc szkoda było, że dopiero tak późno się zjawiłem.
Pierwszym pełnoprawnym koncertem był duński Efterklang. Oryginalny kwartet (na potrzeby występu zwiększony do dziewięciu osób) był jednym z bardziej wyczekiwanych wykonawców na tegorocznej edycji OFFa. Bałem się jednak, że po albumach wymuskanych, „wypopowionych” słodkich, pięknie rozpisanych harmoniach uzyskam na żywo lekki niewypał.
Na szczęście, zawiodłem się. Zagrali przepięknie. Utwory, jak "I Was Playing Drums" wprawiły mnie i wszystkich w trójkowym namiocie w pozytywne emocje. Lekką niespodzianką dla mnie był Czesław, który Śpiewa występujący wraz z zespołem. Ale tylko grał (w wypadku Efterklang całe szczęście).
Euforii nie było końca, ludzie skakali, śpiewali, brakowało tylko wspólnego trzymania się za ręce i cukierkowości do rana! Ale jednak chwycili mnie za serce. I to mocno.
Pewną cechą festiwali jest fakt, że możesz nie znać wszystkich wokalistów, więc możesz iść na nieznanego wykonawcę i pozytywnie się zaskoczyć. Może tak też być w drugą stronę i tak było z zespołem The Fall, niby legenda post-punka. I rzeczywiście, mogą się wpisać w legendę, chociaż dla mnie bardziej to było coś pokroju „Baśni Tysiąca i Jednego Utworu” w wersji „inkantuj to sam”. Wokalista zawodził, męczył. Nie śpiewał, on opowiadał. Snuł swoje baśnie, z których nie rozumiałem ani słowa. Do tego był opryskliwym cwaniakiem. I to wzbudziło moje współczucie dla niego. I on coś żuł. Gumę albo sztuczną szczękę, jak się potem zastanawialiśmy. W każdym razie nie dla mnie te baśnie były, więc po czterech identycznych utworach uciekłem z Leśnej Sceny.
Po powrocie z Loży Gastronomicznej, jakim to tytułem zostało ochrzczone naczelne miejsce spotkań w postaci ogródka piwnego ruszyłem na A Place To Bury Strangers. Znowu nie znałem niczego. Usłyszałem tylko jedną rzecz – „ściana dźwięku”. I muszę przyznać, był to solidny mur decybeli, który rozsadził moje bębenki. Ciężko było ich dobrze ustawić akustykom, co ujawniało się faktem, że wokal - dość niski, zlewający się z muzyką głos lekko narzucający Joy Division był praktycznie niesłyszalny wśród szumów i innych takich. Chociaż muszę przyznać, koncert był mocny. Nie był świetny, raczej przeciętny, ale mocny. Panowie robili dobre show i wypełnili tym samym namiot Sceny Offensywnej.
Jednak ostatnie 15 minut troszkę mnie zniesmaczyło, ale i przyciągnęło tym samym. Dwa ostatnie utwory były głośniejsze od wszystkich innych, doszło jeszcze więcej gitar z nasilonym pogłosem i przesterem, do tego doprowadzające do epilepsji stroboskopy. W dodatku nie było między utworami przerwy, a różnicę poznałem przez fakt, iż wokalisto-gitarzysta wziął na koniec gitarę i zaczął robić z nią dziwne rzeczy, jak rzucanie nią za pomocą kabla czy wężowe, bujane ruchy przez całą scenę. Przerwa trwała jakieś pięć minut, czemu towarzyszyły huki dogorywającej pierwszej gitary, intensywnie piszczący bas i perkusista czyniący sobie radość uderzając bez ładu i składu. Po czym lider podpiął kolejnego elektryka i zagrał drugi utwór z zespołem. Tutaj na końcu zaskoczył mnie basista, który złapał leżący na ziemi stroboskop, przyłożył go do basu i skoczył w tłum. Trochę mu zajął powrót, gdyż dziko szalejąca i euforyczna publiczność nie chciała go oddać, przez co pan od czterech strun został mocno wymacany. Rock n’ roll, bitch.
Skończyło się z hukiem i z trójkowej sceny dostałem się na piwo, podczas którego słuchałem występów około folkowych Tindersticks (właściwie końcówki koncertu) oraz pana 100% Raekwon związanego ze sceną hip-hopową. Pan z Wu-Tang Clan zagrał ładnie, składnie. Old School. Jednak nie zobaczyłem całego występu, gdyż postanowiłem się wybrać na eksperymentalną scenę, gdzie królował amerykański zespół awangardowy o nazwie Trans AM. Połączenie mocnego pazura jazz-rockowego z dużą domieszką elektroniki sprawiła, że koncert był dla mnie największą niespodzianką dnia pierwszego. Szczególnie dobre wrażenie zrobił basisto-klawiszowiec, który ubrany w obcisłą, przezroczystą koszulkę, brokatowe spodnie i bezbłędną minę „rozdziawiony miś” grał utwór o Anglii jedną ręką, a drugą wcinał batony. Wolałem u nich więcej elektroniki, w której był pewien dystans i świadomy powrót do lat 80-tych, które niezmiennie bawią, ponieważ końcówka była o wiele bardziej brudna, jazzowa, za bardzo improwizacyjna, przez co poziom nieznacznie spadł, co nie zmienia faktu, że Trans AM był prześwietnym koncertem. Z bananem na twarzy kładłem się spać z zadowoleniem słuchając odległego dubstepu w wykonaniu Jokera, radując się z pełnego sukcesu pierwszego dnia OFF Festu.
Akt II – Skandynawia rządzi!
Drugi dzień OFFu zacząłem znów lekko za późno, gdyż przegapiłem występy 3moonboys i Manescape, które były (ponoć) świetne, jednak szybko to sobie nadrobiłem. Pierwszym koncertem, na który trafiłem był islandzki FM Belfast, który był moim strzałem w dziesiątkę na rozpoczęcie dnia. Przesympatyczny kwartet umilił nam czas swoimi pięknymi, tanecznymi hitami wprawiając w ekstazę uczestników w Trójkowym namiocie. Było żywo, intensywnie i wesoło. Wszyscy bawili się w rytm ich prostych, melodyjnych kawałków! Największe wrażenie zrobili na mnie grając swoją wersję znanego przeboju amerykańskich rapcore’owców – Rage Against The Machine, którym był „Killing In The Name”. Skoki i środkowe palce cały utwór! Do tego dodajmy Bee Geesowe falsetowe zaciągi, zapędy do striptizu i mamy gigantyczną niespodziankę tego festiwalu.
W dobrym nastroju udałem się na Scenę Eksperymentalną, gdzie grać mieli stołeczni post-rock/metalowi wymiatacze – Tides From Nebula. Znając ich album „Aura” czekałem oczywiście na szlagier w postaci „Purr”, ale na tym się nie skończyło. Panowie zaprezentowali także dwa utwory z nadchodzącego, drugiego albumu, który będzie miał premierę tego roku. Było słychać, że styl ewoluował. Z brudnej, surowej formy post-metalowego szaleństwa przeszli w coś bardziej uporządkowanego i świadomego. Choć utwory trwały długo, nie były nudne, raczej wymuskane, specjalnie ugłaskane w pewnych momentach, by zrobić to, co w Tides From Nebula lubimy najbardziej – wybuchnąć feerią dźwięków i zniszczyć wszystko ścianą dźwięku. Macie mnie, panowie!
Później udałem się do Loży, skąd miałem okazję posłuchać Muchy. I tyle mogę o nich powiedzieć. Ni ziębi, ni grzeje.
Gdy na zegarze powoli zbliżała się 19, ruszyłem na Scenę Eksperymentalną, gdzie występował kolektyw Prawatt & Mirna Ray. Shoegaze, ambient, te rejony. Ładnie eksplorowane, szczególnie przez wstawki elektroniczne i intensywny gęsty bas, które bardzo ładnie się ze sobą zlewały. Ale czegoś takiego się spodziewałem po zderzenie analogowych eksploratorów i post-rockowego duetu. Wielki plus, bo spędziłem tam bardzo dobre 40 minut, trochę minus, bo końcówka nie wyszła. Brakowało wykończenia. Chociaż mnie tam trochę wykończyli tym próbowaniem nowych rodzajów szumów przez dobre parę minut. Dopiero sam koniec trochę wybuchł. Końcowa ocena: Góra Zamkowa (w skali 0 m.n.p.m – Everest).
Następnie rajd na drugi koniec festiwalu, gdzie wystąpił elektroniczny duet z Niemiec – Mouse On Mars. Legenda elektroniki dała naprawdę radę, ponieważ rozruszała wielu, a intensywność kawałków sprawiła, że było tzw. „pier*olnięcie”. Gęste rytmy, interesujące elektroniczne instrumentalium i bezpośredniość utworów sprawiła, że zacząłem pląsać i wywijać! Może takiego szału, jak na Bloody Beetroots na Selectorze nie było, ale tkwiła w tym siła. Cóż, teraz przynajmniej wiem, skąd nowi twórcy elektronicznej muzyki tanecznej mają inspirację.
Pląsającym krokiem udałem się następnie pod scenę Leśną, gdzie zagrał amerykański zespół foltroniczny o wdzięcznej nazwie Tunng. Nie spodziewałem się, że będzie dobrze znając moją lekką awersję do folku, jednak na szczęście pomyliłem się, gdyż koncert był przepiękny. Miłe w uchu kompozycje, które były pełne akustycznych smaczków i ciekawych aranżacji. Pełna gama przeszkadzajek w postaci dzwonków, cytrynek i innych rytmiczno-melodycznych gadżetów dała jeszcze większy klimat. Do tego przyjemne głosy wokalistów wprawiły mnie w cudowny nastrój.
Ach, jeszcze do tego gitarzysta-żartowniś, który rozbawił wszystkich swoim pseudo-rockowym, ironicznym zachowaniem w jednym z najciekawszych utworów tego festiwalu, instrumentalnym „By Dusk They Were In The City”, cudo!
Po folktronicznej zabawie postanowiłem zostać na scenie Leśnej i poczekać na duńskich wymiataczy w postaci Mew. W tym czasie zdążyłem usłyszeć cały koncert Hey gdzieś w oddali. Cóż, zagrali sporo z nowego albumu i brzmiało to, jak zwykle. W gruncie rzeczy cieszyłem się, że mnie tam nie było. Oglądając koncert z bliska czułbym to samo, szczególnie, że na scenie u Hey za wiele się nigdy nie dzieje. W spokoju przeczekałem godzinkę i wreszcie Mew wkroczyło na scenę.
Znałem ich dość pobieżnie (czyli jakieś kilka utworów) i wiedziałem mniej więcej, czego mogłem się spodziewać, jednak zaskoczyli mnie totalnie. Koncert wypadł naprawdę potężnie i energicznie. Utwory na żywo zyskały dodatkowy pazur, więc ten prog-alt-shoegaze-nazwij-go-jak-chcesz rock wyszedł znakomicie. Było trochę zaskoczenia w postaci pewnego Murzyna, który wkroczył nonszalancko na scenę (wyglądał tak, jakby gdzieś zabłądził) i zaczął wywijać tańce do utworów, co sprawiło, że na twarzy miałem typową minę „WTF?”, ale pod koniec koncertu wspólny układ z gitarzystą trochę mnie uspokoił. Był z nimi!
Poza tym kompozycje. Ja wiedziałem, że oni lubią progresywne łamanie rytmów, ale tutaj było już z tym dość intensywnie, co nieraz wywołało moje zdziwienie. Dodatkowo show okraszone różnymi, mrocznymi animacjami spowodowało, że był to dość kuriozalny, ale świetny i niepowtarzalny występ. Jeden z mocniejszych punktów festiwalu, zdecydowanie. Jeden minus – pogłos u wokalisty nakładał się za bardzo, przez co pewne linie się na sobie gubiły. Poza tym, dlaczego Scena Leśna zamiast Głównej?! Zdecydowanie tam bym ich wolał, a nie wielkie Hey.
Następnie posłuchałem sobie przy piwie Dinosaur Jr. i zagrali dość porządny, gitarowy koncert. W sumie tego trzeba było się po nich spodziewać. Dobre do potupania, ale pewnie, gdybym poszedł jakoś bliżej sceny, to bym się pewnie pobawił. Jednak nie poszedłem, piwo zwyciężyło.
Gdy godziny stawały się coraz bardziej nocne, postanowiłem zahaczyć o Scenę Eksperymentalną, gdzie grał awangardowy kwartet z Nowego Yorku, Zs. Była to dla mnie niemała niespodzianka, gdyż nie spodziewałem się aż takiego szału. Dwie gitary, saksofon tenorowy i bębny, wszystko wymieszane w jakichś chorych, matematycznych proporcjach spowodowała we mnie spory tok myśleniowy. „Jak oni to grają?” – pomyślałem, gdyż muszę powiedzieć tak: Mars Volta i kompozycje Rodriguez-Lopeza są niczym w porównaniu do tego jazz-rockowego chaosu! Jednak oni się w tym odnajdywali znakomicie i dali radę, naprawdę dali radę. Chociaż Chopina tam nie znalazłem (grupa grała w ramach Inspired by Chopin), chyba, żeby puścić koncert od tyłu, może coś by było.
Po Zs zostałem trochę na Eksperymentalnej, by posłuchać legendy ambientu – Williama Basinskiego.
On i jego preparowane, magnetofonowe taśmy były ciekawym koncertem, jeśli można to tak określić. Basinski wolno rozwijał swoją muzykę, gdzieś po 10 minutach dopiero ustabilizował główną część, która nie zmieniała się przez jakieś kolejne czterdzieści, w ciągu których zmieniał kolejne taśmy, na których były zapisane szumy, chociaż ja żadnej praktycznie nie słyszałem. Część ludzi też, bo sporo z nich kontemplowało muzykę na ziemi. Albo spali.
Po blisko godzinnym secie usłyszałem opinię w postaci „naprawdę świetne, geniusz” – chociaż powiedział to facet, który wyglądał tak, jakby się dopiero obudził, więc niestety nie wezmę sobie do serca jego zdania. Koncert był dobry, ale tylko dobry. Ale cóż, jak się tworzy od ćwierćwiecza, to takie rzeczy muszą fascynować.
Na tym etapie skończyłem dzień drugi, by przywitać kolejny, ostatni dzień festiwalu.
Akt III – tęcze, balony i bibułki
Trzeci dzień OFFa rozpocząłem znów z lekkim poślizgiem, zdołałem usłyszeć po drodze koncert polskiego Ed Wood. Chaos, nieporządek i brud – ogólnie zapowiadało się dość nieźle.
Po wejściu na teren festiwalu skierowałem się na Scenę Leśną, gdzie zagrać mieli brytyjscy młodzi hardcore’owcy – Pulled Apart By Horses. Opisać ich można jako czwórkę oszołomów, która krzyczy, skacze i drze japę. Chociaż było w tym coś przebojowego. Mimo robienia utworów na jedną modłę, publika wybawiła się dość dobrze, szczególnie w momentach, gdy wokalista schodził z tej wielkiej sceny i krzyczał stojąc na barierkach i opluwając ludzi swoją wodą albo grał na gitarze uderzając nią głową. Albo gdy drugi gitarzysta skakał z trzymetrowego głośnika na kolana. Oglądając ich występ nie dziwiłem się, że ponoć często ich koncerty kończyły się lądowaniem w szpitalach. Chociaż w tym szaleństwie była metoda. Rock n’ roll, bitch vol. 2. I kurczę, mogli zagrać w namiocie, byłby większy szał, biorąc pod uwagę, co działo się na koncercie A Place To Bury Strangers.
Ze Sceny Leśnej dostałem się na koncert Happy Pills. Pani Natalia na wokalu, pan gitarzysta Pidżamy Porno i paru innych panów próbowali mnie porwać kawałkami w stylu Alanis Morrisette, co niestety za bardzo się nie przyjęło, bo po dziesięciu minutach dałem za wygraną i poszedłem na piwo. A mogłem iść na Gówno
Z Loży Gastronomicznej posłuchałem fragmentu koncertu Pablopavo i Ludzików. Chociaż takie klimaty mnie pociągają, to jednak miło się tego słuchało. Nie takie reggae zwykłe, jak je malują.
Potem Loża zaserwowała mi koncert Lao Che ze Sceny Leśnej. Szału nie było, du*y nie urwało. Lubię Lao Che, szczególnie płytę Gospel, ale jakoś nowa płyta na żywo coś mi nie podeszła. Ale „Hydropiekłowstąpienie” było miłe. Me like it a lot, ale tylko to.
Mając do wyboru O.S.T.R. grającego u mnie co 3 miesiące i Bear In Heaven, wybrałem tych drugich. Amerykańscy muzycy zrobili na mnie ogromne wrażenie i byli kolejną gigantyczną niespodzianką. Psychodeliczne indie-granie z bezpretensjonalną elektroniką i miły do słuchania wokal totalnie mnie zmiażdżył. W tym tkwiła ukryta głęboko siła. Nie było silenia się na wielką gwiazdę, nie było komercji i słabości – był po prostu czysty, przejrzysty, wspaniały przekaz. Jeden z najlepszych koncertów na tym festiwalu, świadczył o tym chociażby pękający w szwach namiot, chociaż pod koniec część ludzi opuszczała go pospiesznie. Może przerazili się inteligentnej muzyki.
Nie zatrzymałem tempa i po koncercie Bear In Heaven udałem się na Scenę Leśną, gdzie grać mieli norwescy dziwacy o wdzięcznej nazwie Casiokids, która jest dość adekwatna do stylu, jaki reprezentują. Nie spotkałem jeszcze zespołu, który używałby podstawowego zestawu (bas, gitary, perkusje, przeszkadzajki) i dodał do tego klawisze dla dzieci w przedszkolu. W dodatku wspaniałe dwa wokale, duża świadomość instrumentów (podziwiam za to, co potrafili wyprawiać na tych małych urządzonkach) i taneczność wprawiły w niesamowity humor. Jednak znów, dlaczego Scena Leśna?! Taki zespół musi być w namiocie, gdzie czuje się pot i ciała, by impreza się udała! Chociaż panowie z Casiokids poradzili sobie i bez tego, muzyka obroniła się sama. I miłym akcentem było zagranie premierowego kawałka zespołu. Świetny, jak wszystkie inne!
Następnie żwawym krokiem udałem się na Scenę Główną, gdzie grać miał amerykański Shearwater. Wygodnie usadowiłem się na trawie i rozkoszowałem się delikatnymi dźwiękami z ich instrumentów. Czytając przewodnik po festiwalu (swoją drogą, wspaniale zrobiona książka. Krótkie opisy zespołów po polsku i angielsku, rozpiska koncertów, troszkę historii OFF Festiwalu i płyta z przebojami kilku polskich wykonawców grających w Katowicach, świetna robota!) dowiedziałem się, że lider zespołu, Jonathan Meiburg jest zapalonym ornitologiem i tworzy swoją muzykę na podstawie obserwacji ptaków. Coś w tym jest, bo słyszałem różne sójki, dzięcioły i bociany przewijające się przez cały koncert. Dodajmy do tego lekkość tworzenia i inteligentne spojrzenie na proste melodie, szybowce na niebie. Wzruszyłem się, wielkie WOW!
Potem posłuchałem z Loży koncert No Age. Bez szału. Niby mocno, agresywnie, ale punka to ja nie lubię aż tak. I czasami się silili na pewne zmiany i innowacje, bez skutku. Piwo było silniejsze. Piwo i historie o koncercie duetu Niwea, który tak mnie zainteresował, że muszę iść na ich koncert i przeżyć tą słowną zabawę na żywo! Pufa w kosmos, krzesło w kosmos, kanapa w kosmos, wszystko w kosmos. Ale na czym ja będę siedział? Chyba nie na fotelu, bo mnie wciągnie. WTF?!
Po piwie poszedłem na scenę główną, by posłuchać duńskiego The Raveonettes. Nie słyszałem ich nigdy wcześniej, ale ponoć są takim zespołem, który zna się na pewno, gdyż ich utwory przewijają się w różnych odmianach reklam, seriali itd. I coś w tym jest, bo melodie obijały mi się o uszy, ale nie wiem, czy było to spowodowane faktem, że brzmieli jak The Ting Tings połączone z The Subways czy rzeczywiście gdzieś słyszałem ich utwory. Zagrali jednak przyzwoity koncert. Nie porwali mnie za bardzo, ale ludzi z przodu tak, więc chyba musiało im się podobać. Ja wolę The Ting Tings i The Subways. Oni przynajmniej mają fajniejsze zestawy perkusyjne.
Po The Raveonettes zostałem już pod sceną główną, gdyż wyczekiwałem na główny powód mojego przyjazdu do Katowic, czyli amerykański The Flaming Lips. Udało mi się nawet stanąć w trzecim rzędzie, o dziwo. Już na godzinę przed koncertem publiczność była baaaaaardzo ożywiona. Krzyczeli, skandowali, żądali zabawy. Każde pojawienie się Wayne’a Coyne’a powodowalo ekstazę na twarzach uczestników Pan Coyne na swoim Twitterze napisał, że byliśmy „near riot”. Byliśmy. Chyba szczytem był moment, gdy otrzymaliśmy wielki balon ze sceny, odbijaliśmy go dobre pół godziny, czemu towarzyszyła wielka radość, gdy było odbicie i smutek, gdy był odbijany za barierki. Ale cóż, to Polacy.
O północy zabawa się zaczęła, koncert, na który najbardziej czekałem. I muszę przyznać, warto było czekać. Wayne w wielkiej bańce, która poleciała w tłum, strzelające laski, balony, serpentyny, lasery z rąk, psychodeliczne obrazy, kosmiczne gitary… to było przepiękne. Muzyka muzyką, typowo w stylu Flaming Lips. Zagrali hity, choć nie wszystkie, ale cóż, mieli tylko 70 minut, które i tak przedłużyli o kolejne 15. Ale tutaj chodziło o performance. Te wszystkie bajery, te naiwne, tanie sztuczki – wzięły mnie totalnie. Od dziś kocham Flaming Lips całym sercem i chcę ich jeszcze raz zobaczyć. Cóż, trafili u mnie na półkę „koncerty życia” i raczej z niej już nie zejdą. Mogli nawet grać ostatnie „Do You Realize??” całą noc, dalej bym śpiewał chóralnie, dopóki nie straciłbym głosu. Jestem cały wasz! I wierzę, że wrócą, bo zobaczyli, jakich zwariowanych fanów tu zyskali. Ludzie stali jeszcze jakieś 15 minut i skandowali. Wayne czterokrotnie wychodził i dziękował, kłaniał się i chyba im się podobało. Podobało, podobało!
Po The Flaming Lips nic nie było takie samo. Ruszyłem na Eksperymentalną na Shining, bo tamto wyjście miałem w planach znacznie wcześniej. Cóż, grali coś fajnego i mi się bardzo podobało, ale nie miałem ochoty ich słuchać, więc poszedłem na piwo, skąd słyszałem jakiś hip-hop (Anti-Pop Consortium), który mi się mniej podobał, ale nie zwracałem na niego uwagi…
Ostatnim koncertem, na jakim byłem był dubstepowy Darkstar, przynajmniej tak mi się wydawało na podstawie rozpiski. Ale zamiast dwóch białych zobaczyłem jednego czarnego DJa, więc to raczej był Digital Mystikz. I zagrał dobrze, nawet bardzo. Dużo bujania, sporo zmian w secie, kilka bardzo energicznych, gęstych perkusyjnie wejść. Kawał dobrej, elektronicznej roboty, który sobie dobrze zapamiętam. Przed 4 rano opuściłem leniwie teren festiwalu spoglądając jeszcze po tym wspaniałym miejscu, które w pamięci zostanie mi na długo.
Epilog
Chłodny, poniedziałkowy przed-poranek dał mi wiele do myślenia na temat tego festiwalu. Dobra organizacja, świetna muzyka i niezapomniane wrażenia pozwoliły mi stwierdzić, że jest to rzecz, którą będę chciał przeżywać już rokrocznie. Jeśli line-up i atmosfera będzie tak dobra, jak dotychczas, wierzę, że to będzie jeden z moich ulubionych festiwali na świecie. A tymczasem pociąg relacji Katowice – Wrocław powoli kołuje na II peronie obrzydliwego, acz majestatycznego Dworca PKP. Z plecakiem, który jest większy ode mnie znikam w odmętach pociągu i żegnam się z OFFem na ten rok. Pozostały wspomnienia, które nie znikną tak szybko, mam nadzieję. Pozdrawiam, Katowice! See you next year!
Lubię OFFA klimat. Podoba mi się to, że każdy ma swoje subiektywne spojrzenie na przekrój całego festiwalu. Już niedługo moja opinia, na barop.pl
OdpowiedzUsuńPopiszemy o muzyce?
Jasne, o muzyce zawsze ;)
OdpowiedzUsuńFlamingi również mnie oczarowały :) Fajnie było. Nie widziałam ok 80% koncertów o których piszesz, a byłam na tej samej imprezie :) Nie ma to jak off :)
OdpowiedzUsuńpozdrawiam