Ambient od zawsze był dla mnie nie lada zgryzotą. Bo przecież osoby, które tworzą taki gatunek, a tym bardziej go rozumieją, są dla mnie w pewnym stopniu oderwani od świata, gdyż przestrzenność tej muzyki, wynajdywanie piękna w szumach, trzaskach, dźwiękach rozciągających się do granicy wytrzymałości ciekawości ludzkiej sprawiają, że mnie samemu ciężko jest ogarnąć całe to zjawisko. Jednak powstrzymać się nie mogłem, by na nowo nie spróbować swych sił w tej pracy syzyfowej i wybrałem się na 3. Edycję Festiwalu Ambientalnego, która to działa się w „świetnym miejscu w świetnym miejscu”, a mianowicie we wrocławskim klubie Włodkowica 21.
PIĄTEK
Pierwszy dzień niewątpliwie był dużym szokiem już od samego wejścia, bo tak zanurzyć się i próbować wchłonąć ambient bez rozgrzewki jest niesłychanie ciężko. Sprawę ułatwił trochę Nejmano, który swoim 50-minutowym setem pełnym delikatnych smaczków w postaci lekko przemykających beat’ów, rozciągniętych pseudo-synthów i wolnej, spokojnej kanonady szumów stworzył całkiem niezły klimat na rozpoczęcie wieczora. Drugim wykonawcą był Etamski. I tutaj sprawa była trochę gorsza, bo wywindował on moje niezrozumienie tej muzyki o kilka oczek w górę. Chaotyczna i nieuporządkowana, bardzo nieregularna i totalnie odjechana. Tak można streścić mniej więcej to, co działo się za konsolą u Etamskiego. Piwo zwyciężyło.
W momencie, gdy polska gromadka opuściła stanowisko, scenę zaczął zajmować grecki Subheim. Niepozorny człowiek wyglądający, jak sprzedawca oliwek/superman na wakacjach postanowił pokazać troszkę inne oblicze aniżeli senne i nużące utwory. Muzyka, którą nam dawkował była bardzo zmienna, a przez to żywa i w pewnym sensie dynamiczna. Elementy spokojne i klimatyczne mieszały się z wręcz plemiennymi zagrywkami, jak gdyby chciano nam przypomnieć czasy Olimpu i Wielkie Dionizje. Miło oglądało się twarz Kostas'a K, gdyż na niej rysowały się przeróżne emocje – od powagi do orgazmatycznego szczęścia rysującego się na obliczu, szczególnie w momentach, gdy wyprawiał cuda uderzając w specjalną beczułkę robiącą za bęben. Słowem – szoł. Szkoda tylko, że występował razem z kwiczącą wokalistką wprawiającą swoje gardło w ciągłe wibracje i lecącą dźwiękami pokroju Bjork.
Ostatnim wykonawcą zamykający pierwszo dniowe zmagania z festiwalem był litewski Eleven Tigers. Sympatyczny, młody człowiek zaskoczył wszystkich żywym i mocnym setem, który był ciekawie poplątaną hybrydą gatunkową, która łączyła ze sobą sprawnie dubstep, jungle, elementy techno, IDM kończąc na ambientowych wstawkach. Jak dla mnie zdecydowana gwiazda wieczoru, gdyż szalał, hipnotyzował, budził ludzi swoją energiczną muzyką, ciągle ewoluującą muzyką. Jeden z lepszych setów, jaki udało mi się usłyszeć w ostatnim czasie, którego dźwięki długo towarzyszyły mi przy powrocie do domu późną, chłodną porą.
SOBOTA
Drugi dzień w założeniu miał przynieść kolejną dawkę wrażeń, kolejne ekstatyczne uniesienia spowodowane piękną i wspaniałą muzyką. Na dzień dobry jednak dostałem duży kubeł zimnej wody, gdyż Tilman Ehrhorn, teoretyczna gwiazda sobotniego wieczoru, zachorował i szczerze przepraszając na swojej głównej stronie cierpiał, gdyż go nie będzie na festiwalu i szczerze tego żałował. Ja również.
Ale organizatorzy, Wrocławski Klub Formaty, byli bardzo szybcy i spostrzegawczy, więc załatwili zastępstwo – Tomasza Bednarczyka. I trzeba przyznać, że wywiązał się dość dobrze ze swojej roli openera, gdyż zaserwował publiczności klimatyczny i przyjemny dla ucha set, który mnie bardzo przypadł do gustu. Przede wszystkim dlatego, że był mało „inwazyjny”, a przez to znośny. Cóż, nie zawsze trzeba wrzucać miliardy szumów, prawda?
Drugim wykonawcą był człowiek, który istniał dla mnie w podobnym stopniu, co Etamski. Krzysztof Orluk, bo o nim mowa, uderzył mnie swoją melodią po twarzy. Siedząc niepozornie przy komputerze i majstrując coś nieustannie skutecznie odstraszał mnie od podejścia bliżej. Miało być trochę jazzu, lo-fi, a pozostał niesmak i totalne niezrozumienie.
Kolejny artysta to polski Pleq, który do swojego ambientalnego setu wrzucił całą paletę przepięknych wizualizacji, które wciągnęły mnie bez reszty. Były tak piękne, że stały się dla mnie niespodziewanie najważniejszym punktem jego koncertu, a cała muzyka stała się tłem, instrumentalizacją dla obrazów przesuwających się po ekranie. A szkoda, bo i muzyka dawała radę.
Dzień drugi dobiegał końca wraz z pojawieniem się ostatniego artysty, gwiazdy wieczoru i chyba jedynej osoby, która całkowicie uratowała festiwal od klęski. Był to Kangding Ray, czyli młody, francuski człowieczek o imieniu David Letterlier. Jego muzyka była ciężka i wywrotowa. Pełna odwołań do dubstep’u i klasycznych, narodowych dźwięków muzyki elektronicznej, eklektyczna. Pełno trzasków, wyładowań, świetnie budujących nastrój beat’ów. Niezwykła atmosfera podbudowana tajemniczym uśmiechem Letterlier’a udzielała się chętnie zgromadzonym, ponieważ ekstatyczne och! i ach! zdawało się być słyszalnym z czeluści świadomości uczestników. Taka to była moc, tak świetne zakończenie.
Tak pokrótce reasumując muszę przyznać, że zagraniczni wykonawcy zaprezentowali się znacznie lepiej. Więcej w tym było nutki orientalizmu, eksperymentu, szaleństwa (jeśli można użyć takiego słowa w stosunku do ambientu). Trzecia edycja dobiegła końca, a wraz z nią wspomnienia ciekawych koncertów, miłych przeżyć, dużego rozładunku emocji, przyjemnego roztopienia czaszki. W sumie to dobrze, że taki festiwal zdarza się co rok, bo co za dużo, to niezdrowo. A ambient trzeba przyjmować w dawkach niezbyt wielkich, gdyż gdzieś można się zatracić i zaniknąć w tej muzycznej przestrzeni. Z przyjemnością więc oczekiwać będę edycji kolejnej, gdyż wiele zdarzyć się może.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą festiwal. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 grudnia 2010
sobota, 16 października 2010
NowoBrzmienia - ach!
Dzień 1 - Jazz, tłok i siwy dym.
Pierwszy dzień festiwalu odznaczał się dość dużą frekwencją. Przede wszystkim za sprawą mającego się pojawić jako gwiazda wieczoru jazzowego potwora, Pink Freud, ale o nim później.
Festiwal rozpoczął Układ SI, czyli avant-jazz?owa zabawa okraszona elektroniką i rapowanym wokalem. Nie spodziewałem się aż tak dobrego koncertu, przede wszystkim ze strony muzycznej. Perkusja, łamana i nieregularna, dodawała uroku do całego występu. Wokalista zaś mieszał między samplerem, który nieco szwankował, a on sam kombinował ze swoim śpiewaniem włączając i przełączając na różne sposoby efekt "distortion" . Do tego sam śpiewał nieco, jak Łona skrzyżowany z Fiszem. Wszystko to jednak tworzyło zaskakujący klimat, a cały koncert można zaliczyć in plus.
Gdy Układ SI powoli kierował się do wyjścia, druga scena, uroczo wyglądający podest z biblioteczką i staroświecką lampą, zabłysł reflektorami, gdyż pojawił się tam drugi zespół wieczoru - Hellow Dog. Nazwa kontrastowa, muzyka syntetyczna, a grupa zdawała się być wyjęta z innego wymiaru.
Wokalistka na potrzeby owego kontrastu wymalowała sobie pół twarzy farbą, zdjęła buty i szaleńczo wywijała nogami i rękami. Właściwie, czym popadło. Trochę był to obcy, wyalienowany widok, ale o sceniczności się nie dyskutuje. A taka dziwna kontrowersyjność przyciąga, to pewne.
Muzycznie zaprezentowali się z jak najlepszej strony, bo proste i chwytliwe basy połączyli z ciekawymi gitarami i perkusją tworząc kicz-disco, pełne cekinów i błyszczących lampek choinkowych muzyczne szaleństwo, które zdecydowanie przypadło mi do gustu. Po tym koncercie zdecydowanie czekam na wydanie płyty przez zespół.
Gwiazda wieczoru - jazzowy Pink Freud, był zapewne głównym powodem przyjścia rzeszy ludzi, gdyż po skończeniu się koncertu Hellow Dog całe pomieszczenie było doszczętnie wypchane uczestnikami festiwalu. W sumie się nie dziwię, bo show, jakie wywalił zespół było niebywałe. Muzyka, jaką wydobywali ze swoich instrumentów ruszała do tańca, wzruszała, zastanawiała. Tempo ciągle nie zwalniało, a takie hity, jak "Monster of Jazz", czy swobodna interpretacja "Come as You Are" udowodniły, że zespół to pierwsza linia światowego fusion/jazz'u. Cudowna, swawolna zabawa na granicy dysonansu. Mój kolega, perkusista jazzowy, aż się rozpłakał, takie to było mocne. Genialne zakończenie dnia pierwszego, które rozbudziło dodatkowo mój apetyt na to, co przyniesie jutro.
Dzień 2 - funk, miliardy instrumentów i syte beaty.
Sobotni wieczór już na wejściu odznaczał się mniejszym zainteresowaniem. Mniejsza ilość ludzi pokazała, że najcięższy kaliber organizator wystawił dzień wcześniej. Mimo wszystko, ruszyłem dalej do znajomej mi już sceny, gdzie zagrał funkowy zespół KoFi.
Muszę przyznać, takiego koncertu w ogóle się nie spodziewałem. Myślałem, że chwilę tam postoję, pooglądam, co dzieje się na scenie i usiądę gdzieś spokojnie w kącie. Niestety, muzyka nie pozwoliła. Była zbyt hipnotyzująca, zbyt dobra. Gitary Kuby Mitoraja (znany również z Bipolar Bears) rozbrzmiewały tysiącem przeróżnych efektów, zaś wspaniały głos Alicji Kalinowskiej poruszający się swobodnie różnymi skalami i stylami rozgrzał moje serce. Do tego jej uśmiech i przyjemna konferansjerka pozytywnie nastawiły mnie na resztę wieczoru. Lepszego rozpoczęcia nie można było wymarzyć, rzeczywiście zadziałali troszkę jak mocna i rześka kawa.
Po KoFi druga scena zapełniła się ludźmi, gdyż rozstawiał się tam młody, polski kwartet, We Call It A Sound. Zwycięzcy zeszłorocznej edycji Coke Live Fresh Noise pokazali, na co ich stać. Ich monumentalne i melancholijne utwory brzmiały naprawdę intrygująco, choć czasem zbyt duża dawka spowodowana natłokiem dźwięków zwyczajnie męczyła. A szkoda, bo wiele z kompozycji miało ogromny potencjał, który został po prostu zmarnotrawiony. Jednak jest coś, co ujęło mnie w tym zespole - świetne możliwości aranżacyjne. Każdy z muzyków grał na więcej niż na jednym instrumencie, często używali zabawek niemal wyjętych z najdalszych zakątków muzycznego światka, jak kalimba, ale nie bali się też używać wszelakiej maści laptopów, samplerów czy modulatorów pokroju Kaoss Pada. Koniec końców, poczekam jeszcze trochę i myślę, że We Call It A Sound stworzy nową definicję dźwięku, która nieraz nas jeszcze zaskoczy. Lecz jeszcze to nie jest ich czas.
Po zakończonym drugim koncercie ruszyłem na występ ostatniego wykonawcy festiwalu - Deadbeat'a. Scoth Montieth pokazał swoje bogate tradycje dubstep'owe już od pierwszego dźwięku, jaki wydał ze swojego laptopa. Radosny uśmiech, jakim obdarzał nas od początku musiał świadczyć o tym, że mu się podobało (przecież nasza publiczność jest najlepsza!) i co rusz bawił się w dynamiczne kroki i dzikie tańce kojarzące mi się w dziwaczny sposób z cyfrowym walcem wiedeńskim. Ten Kanadyjczyk zamieszkały teraz w Berlinie zagrał we Wrocławiu dość nietypowy set: troszkę monotonny z uwagi na swoją stałą budowę, troszkę ożywiający, bo rytmy do bujania się były nierzadko zaiste pobudzające. Mimo wszystko występ jak najbardziej poprawny, niczego lepszego nie mogłem się spodziewać po takim gatunku muzycznym (co nie oznacza, że dubstep'u jako takiego nie lubię).
Oba dni pokazały, że nowych i oryginalnych brzmień w naszym kraju (i nie tylko) nie brakuje. Cieszę się więc, że znajdują się tak chętni organizatorzy, jak wrocławskie Formaty, które wynajdują takie zespoły, spraszają je w jedno miejsce tworząc tak urokliwy i miły festiwal, jakim zdecydowanie były NowoBrzmienia. A kto nie był, ten trąba.
poniedziałek, 20 września 2010
Fokus Festiwal! - relacja
Pomysł festiwalu zacierającego granice i zacieśniającego więzi dwóch narodów to szlachetna idea, którą powinno się jak najbardziej promować. Fokus Festiwal odbywający się w niemieckim Görlitz połączonym z polskim Zgorzelcem tylko za pomocą jednego mostu, gdzie swobodnie można podróżować z miasta do miasta już od lat 90′tych, czyli zanim w ogóle myślano o “państwach bez barier”. I muzyka jako przekaźnik uniwersalny wzbogaciła współpracę o kolejny, istotny czynnik.
Chociaż nie mogłem być na festiwalu od rana, to jednak po rozległym wypytywaniu “ej, jak było na rynku rano?” dowiedziałem się, że od sobotniego południa Görlitz tętniło życiem, gdyż na każdym kroku można było spotkać artystów wszelakiego rodzaju, chociaż nacisk położony był przede wszystkim na street art. Pełno grafficiarzy, breakdance’owców, deskorolkarzy i innych animowało życie publiczności zgromadzonej (ponoć) tłumnie.
Ja jednak wybrałem się na Fokus w trochę innym celu – mianowicie posłuchać trochę muzyki, więc wieczorem zjawiłem się w miejscowym klubie Nostromo i doznałem lekkiego szoku. Teren przed samym wejściem wyglądał jak mały, niemiecki jarmark. Na dzień dobry można było spotkać dmuchane zamki, pseudo-plażę z malutką sceną czy budkę z jedzeniem dla wegan. Pysznie.
Po przyjemnej, anglojęzycznej (nie mogłem znaleźć tłumacza, który krzątał się po całym festiwalu) konwersacji z organizatorami udałem się na ową plażę, gdyż tam rozgrywało się ciekawe wydarzenie, jakim był występ artysty imieniem Iskra. Czynił on rzeczy niebywałe, które były związane z ogniem – połykał, obracał i żonglował.
Następnie udałem się do klubu Nostromo. Cóż, nazwa zobowiązuje – było to niesamowicie industrialne, nieco kosmiczne miejsce i rzeczywiście kojarzyło się ze statkiem z “Obcego”. Krótki rekonesans i wszystko jasne. Mamy scenę “What You Want”, gdzie DJe tworzą muzykę z podkładów i zapodają pomysły rzucone przez ludzi. Jest scena klubowa, czyli club/house/techno. Szału nie było, tyłka nie urwało. Do tego dochodzi jeszcze Chillout Zone, czyli słabo oświetlony pokój z białymi kanapami, gdzie przy delikatnych dźwiękach sączących się z głośników można było odpocząć od całego zgiełku. Jednak moje nogi kierowały się przede wszystkim na scenę live, gdzie zjawić się miały trzy powody, dla których zebrałem się do Görlitz.
Cool Kids of Death od lat swoim brudnym, garażowym i buntowniczym brzmieniem buduje sobie markę na naszym rynku, ale jak udowodnili na “Afreparty”, odchodzą powoli od tej normy. Zespół oparł swój koncert na utworach z ostatniego albumu, gdzie mocno przebijała się elektronika i klawisze. Nie zabrakło jednak starszego materiału, jak “Cool Kids of Death”, “Armia Zbawienia” czy “Butelki z Benzyną i Kamienie”. Pomimo niewielkiej frekwencji bawili się znakomicie. Szaleli i skakali na scenie, Krzysiek Ostrowski nieustannie machał zawadiacko mikrofonem. Było głośno i garażowo, czyli tak jak powinno być. Tylko zaostrzyli mi apetyt na nową płytę.
Drugim zespołem na scenie live był polski Napszykłat. Chociaż nigdy wcześniej nie miałem styczności z ich muzyką, od razu poczułem wyjątkową więź. Niesamowite połączenie hip-hopu z noise’ową mocą i nieraz jazzową improwizacją muzyczną spowodowały, że był to wspaniały i przejmujący występ pełen niespodzianek. Tego samego powiedzieć nie mogę o koncercie niemieckiego Jahcoozi. Koncert zebrał co prawda największą frekwencję, gdyż wypełniła się praktycznie cała sala, głównie stroną niemiecką, ale sam występ nie był dla mnie czymś powalającym. Zespół miał kilka błyskotliwych pomysłów, jak częstowanie wódką ze sceny, a sama muzyka czasem dawała oznaki oryginalności, gdzie oprócz zwyczajnych dubowych i dość sennych kawałków pojawiały się elementy muzyki d’n'b, reggae, a nawet ostre i punkowe refreny. Wystarczyło to do tego, abym został do końca, ale wyżej niż “w porządku” nie potrafię tego ocenić.
Po zakończeniu koncertów spędziłem jeszcze kilka godzin kołatając się między strefami trafiając na usypiający chillout w wykonaniu Swantje i techno/house spod znaku Monkey Maffia, który specjalnie do mnie nie trafił. Brzmiał dość nieswojo i brakowało uderzenia, które wzmocniłoby cały set, jednak brzmiało dobrze jako przerywnik na kilka minut. Na scenie live pozostał jedynie DJ Mashpit, który serwował różnorakie przeboje nowoczesnej muzyki rockowej z naciskiem na post-punkowe (nudne) kompozycje, ale usłyszeć także można było takie zespoły, jak Muse czy Delphic.
Gdy na niemieckim niebie powoli zbliżał się wschód słońca, postanowiłem opuścić imprezę. Siedząc zaś na obmierzłej stacji Zgorzelec Miasto czekając na pierwszy możliwy pociąg doszedłem do wniosku, że taka impreza, jak Fokus to nie taki zły pomysł. Świetnie sprawdza się na arenie lokalnej, zbliża do siebie młodzież z obu stron granicy i pokazuje, że użycie tak wspaniałego środka, jakim niewątpliwie jest muzyka może połączyć nas razem w jednym, szaleńczym tańcu. Oby takich imprez jak najwięcej, bo warto!
Chociaż nie mogłem być na festiwalu od rana, to jednak po rozległym wypytywaniu “ej, jak było na rynku rano?” dowiedziałem się, że od sobotniego południa Görlitz tętniło życiem, gdyż na każdym kroku można było spotkać artystów wszelakiego rodzaju, chociaż nacisk położony był przede wszystkim na street art. Pełno grafficiarzy, breakdance’owców, deskorolkarzy i innych animowało życie publiczności zgromadzonej (ponoć) tłumnie.
Ja jednak wybrałem się na Fokus w trochę innym celu – mianowicie posłuchać trochę muzyki, więc wieczorem zjawiłem się w miejscowym klubie Nostromo i doznałem lekkiego szoku. Teren przed samym wejściem wyglądał jak mały, niemiecki jarmark. Na dzień dobry można było spotkać dmuchane zamki, pseudo-plażę z malutką sceną czy budkę z jedzeniem dla wegan. Pysznie.
Po przyjemnej, anglojęzycznej (nie mogłem znaleźć tłumacza, który krzątał się po całym festiwalu) konwersacji z organizatorami udałem się na ową plażę, gdyż tam rozgrywało się ciekawe wydarzenie, jakim był występ artysty imieniem Iskra. Czynił on rzeczy niebywałe, które były związane z ogniem – połykał, obracał i żonglował.
Cool Kids of Death od lat swoim brudnym, garażowym i buntowniczym brzmieniem buduje sobie markę na naszym rynku, ale jak udowodnili na “Afreparty”, odchodzą powoli od tej normy. Zespół oparł swój koncert na utworach z ostatniego albumu, gdzie mocno przebijała się elektronika i klawisze. Nie zabrakło jednak starszego materiału, jak “Cool Kids of Death”, “Armia Zbawienia” czy “Butelki z Benzyną i Kamienie”. Pomimo niewielkiej frekwencji bawili się znakomicie. Szaleli i skakali na scenie, Krzysiek Ostrowski nieustannie machał zawadiacko mikrofonem. Było głośno i garażowo, czyli tak jak powinno być. Tylko zaostrzyli mi apetyt na nową płytę.
Drugim zespołem na scenie live był polski Napszykłat. Chociaż nigdy wcześniej nie miałem styczności z ich muzyką, od razu poczułem wyjątkową więź. Niesamowite połączenie hip-hopu z noise’ową mocą i nieraz jazzową improwizacją muzyczną spowodowały, że był to wspaniały i przejmujący występ pełen niespodzianek. Tego samego powiedzieć nie mogę o koncercie niemieckiego Jahcoozi. Koncert zebrał co prawda największą frekwencję, gdyż wypełniła się praktycznie cała sala, głównie stroną niemiecką, ale sam występ nie był dla mnie czymś powalającym. Zespół miał kilka błyskotliwych pomysłów, jak częstowanie wódką ze sceny, a sama muzyka czasem dawała oznaki oryginalności, gdzie oprócz zwyczajnych dubowych i dość sennych kawałków pojawiały się elementy muzyki d’n'b, reggae, a nawet ostre i punkowe refreny. Wystarczyło to do tego, abym został do końca, ale wyżej niż “w porządku” nie potrafię tego ocenić.
Po zakończeniu koncertów spędziłem jeszcze kilka godzin kołatając się między strefami trafiając na usypiający chillout w wykonaniu Swantje i techno/house spod znaku Monkey Maffia, który specjalnie do mnie nie trafił. Brzmiał dość nieswojo i brakowało uderzenia, które wzmocniłoby cały set, jednak brzmiało dobrze jako przerywnik na kilka minut. Na scenie live pozostał jedynie DJ Mashpit, który serwował różnorakie przeboje nowoczesnej muzyki rockowej z naciskiem na post-punkowe (nudne) kompozycje, ale usłyszeć także można było takie zespoły, jak Muse czy Delphic.Gdy na niemieckim niebie powoli zbliżał się wschód słońca, postanowiłem opuścić imprezę. Siedząc zaś na obmierzłej stacji Zgorzelec Miasto czekając na pierwszy możliwy pociąg doszedłem do wniosku, że taka impreza, jak Fokus to nie taki zły pomysł. Świetnie sprawdza się na arenie lokalnej, zbliża do siebie młodzież z obu stron granicy i pokazuje, że użycie tak wspaniałego środka, jakim niewątpliwie jest muzyka może połączyć nas razem w jednym, szaleńczym tańcu. Oby takich imprez jak najwięcej, bo warto!
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
Muse na CLMF 2010
Coke Live Music Festival w tym roku święcił triumf, to trzeba przyznać na pewno. 45 tysięcy festiwalowiczów może być tego najlepszym przykładem. I oto ja, pełen werwy i energii (i dużej ilości kofeiny we krwi), z ciekawością wyczekuję koncertu, na który czekałem całe pięć lat.
To właściwie nie będzie recenzja całego festiwalu. Ba, nie będzie to recenzja jednego dnia, bo dla mnie inne zespoły były niczym przerywniki puszczane po zejściu zespołu ze sceny. Mógłbym co prawda napisać na temat tego, że natrafiłem na The Big Pink i zagrali „nawet spoko, dwie piosenki potupałem”. Mógłbym też coś powiedzieć o Panic! At The Disco, ich niesamowitej monotonności i pajacowatej konferansjerce. Właściwie już powiedziałem. A niech to. Następnego akapitu nie zmarnuję, bo jedynym powodem, dla którego przyjechałem do miasta Kraka było Muse i o tym będzie ta recenzja, moi mili.
![]() |
| Szałowo, kolorowo - tak się ma nowe Muse |
Psioczyłem na nich, bardzo długo to robiłem. Właściwie od wydania nowego albumu, a później całej europejskiej trasy. Obrażałem się na nich za słabą płytę, kiepski i napompowany design sceny i wiele innych drobnostek, ale to wszystko zniknęło w pierwszej chwili, gdy ze sceny wypłynęły początkowe dźwięki „New Born”. Ze mnie natomiast wypłynęła łza radości. I bądź tu facetem.
Koncert od pierwszej chwili był zagrany z niebywałą mocą i potęgą. Chociaż miałem takie wrażenie, że Bellamy i spółka w pierwszych momentach byli dość poważni i spokojni. W końcu nie na takich festiwalach się grało. Ale z czasem rozwoju kolejnych utworów i coraz żywszej reakcji ekstatycznej publiczności, zespół wciągnął się w to całkowicie.
![]() |
| Wirtuozerski Matt Bellamy i jego magiczna gitara |
Na setlistę nie będę właściwie narzekał, gdyż zagrali set festiwalowy. Trochę okrojony, pełen przebojów z prawie wszystkich albumów (brakowało czegoś z Showbiz, ale kto wierzył w coś takiego?), ale za to na pewno bardzo wciągający (oprócz „Guiding Light”, bo nawet na żywo ten utwór jest dla mnie kompletnie nie do zniesienia). I przekonałem się do nowej płyty. Ponieważ słysząc „Resistance” w wykonaniu na żywo, z całym tym blichtrem, tą wspaniałą kondensacją emocji, jaka zrodziła się przy tym utworze, przyznaję – nowe rzeczy mają potencjał i są właściwie stworzone dla wielkich koncertów. Single też sprawdziły się dobrze. Intensywne reakcje publiczności na Orwellowskim „Uprising”, Zmierzchowym „Supermassive Black Hole” czy popularnym „Time Is Running Out” dowiodły, że widzowie tego show będą się dobrze bawić, cokolwiek by nie zagrali.
Właśnie, show. Oglądając wcześniej liczne koncerty z całej trasy, miałem dziwne wrażenie, że wszystkie światła, lampki i inne pierdółki przysłonią mi to, co dzieje się na scenie. Na szczęście okazało się, że wszystkie świecidełka stanowiły tak naprawdę przynajmniej drugi plan, gdyż byłem zaabsorbowany tym, co działo się nie na scenie. To był dodatek. Momentami istotny, ale będąc tak wielkim zespołem też trzeba coś zrobić z pompą, bo inaczej jak mogą się nazwać „wielkim”?
![]() |
| Telebimowe plastry miodu nie przeszkadzały - one urozmaicały. |
Muse anno domini 2010 to nowa, trochę naładowana kiczem konstrukcja, która jest aktualnie jednym z filarów rockowego świata. Zespół udowodnił, że nie na darmo są jednym z czołowych koncertowych zespołów na Ziemi. Załadowali wszechświat do swojej muzyki i wystrzelili, powodując, że niejednemu opadła szczęka, niejednemu łza poleciała z oczu. Zachłystnąłem się nimi i chcę więcej.
Znacznie więcej.
I mały P.S. I jeśli po tym, co działo się w Krakowie, Muse nie trafi do Polski w ramach kolejnej trasy po Europie na jakiś nie-festiwalowy koncert, to nie wiem, co trzeba będzie zrobić. Proponuję pomnik dla zasług, ewentualnie tytuł honoris causa w dziedzinie muzyki. Albo wiem, krzyż!
(zdjęcia: Joanna Combik/onet.pl)
(recenzja pochodzi z uwolnijmuzyke.pl)
(recenzja pochodzi z uwolnijmuzyke.pl)
wtorek, 10 sierpnia 2010
OFF!, czyli Oryginalny, Fantastyczny Festiwal!
Postem nr 1 została okraszona recenzja festiwalu, z którego niedawno wróciłem, a był to...
OFF! czyli Oryginalny, Fantastyczny Festiwal! – krótka recenzja w trzech aktach, prozą pisana.
Prolog
Brzydko i ponuro – tak niestety wygląda majestatyczny dworzec katowicki, z którego dość szybko się zmyłem. Miłym akcentem na dzień dobry było kilku panów, którzy dali nam „zaczerpnąć informacji” dotyczących festiwalu. Podali autobus, z którego mieliśmy ruszyć w okolice Muchowca. Magiczny bus 910 został specjalnie uintensywniony na potrzeby OFFu, gdyż jeździł co 15 minut, a nie 1,5 godziny, co bardzo ułatwiło drogę.
Po niemałych problemach z dojazdem, zakwaterowaniem się, rozbiciem namiotu, wybraniu się do Reala w celu zakupienia rzeczy, z których połowy się nie zjadło i wrócenia z tobołami na pole zacząłem koncertowanie.
Akt I – dzień dobry, Katowice!
Jeśli mogę zaliczyć koncert, który słyszałem rozbijając swój niemiłosiernie krzywy i dziwny namiot w szczęśliwym sektorze 13, to chyba słyszałem The Horrors. Przynajmniej jakiś ich element. Ale nie zwróciłem uwagi. Coś leciało w każdym razie. Spojrzałem w stronę sceny i mogę powiedzieć „widziałem The Horrors”. Małe plamki, ale zawsze.
Idąc w deszczu słyszałem też trochę Art Brut. Dźwięki przypadły do gustu, więc szkoda było, że dopiero tak późno się zjawiłem.
Pierwszym pełnoprawnym koncertem był duński Efterklang. Oryginalny kwartet (na potrzeby występu zwiększony do dziewięciu osób) był jednym z bardziej wyczekiwanych wykonawców na tegorocznej edycji OFFa. Bałem się jednak, że po albumach wymuskanych, „wypopowionych” słodkich, pięknie rozpisanych harmoniach uzyskam na żywo lekki niewypał.
Na szczęście, zawiodłem się. Zagrali przepięknie. Utwory, jak "I Was Playing Drums" wprawiły mnie i wszystkich w trójkowym namiocie w pozytywne emocje. Lekką niespodzianką dla mnie był Czesław, który Śpiewa występujący wraz z zespołem. Ale tylko grał (w wypadku Efterklang całe szczęście).
Euforii nie było końca, ludzie skakali, śpiewali, brakowało tylko wspólnego trzymania się za ręce i cukierkowości do rana! Ale jednak chwycili mnie za serce. I to mocno.
Pewną cechą festiwali jest fakt, że możesz nie znać wszystkich wokalistów, więc możesz iść na nieznanego wykonawcę i pozytywnie się zaskoczyć. Może tak też być w drugą stronę i tak było z zespołem The Fall, niby legenda post-punka. I rzeczywiście, mogą się wpisać w legendę, chociaż dla mnie bardziej to było coś pokroju „Baśni Tysiąca i Jednego Utworu” w wersji „inkantuj to sam”. Wokalista zawodził, męczył. Nie śpiewał, on opowiadał. Snuł swoje baśnie, z których nie rozumiałem ani słowa. Do tego był opryskliwym cwaniakiem. I to wzbudziło moje współczucie dla niego. I on coś żuł. Gumę albo sztuczną szczękę, jak się potem zastanawialiśmy. W każdym razie nie dla mnie te baśnie były, więc po czterech identycznych utworach uciekłem z Leśnej Sceny.
Po powrocie z Loży Gastronomicznej, jakim to tytułem zostało ochrzczone naczelne miejsce spotkań w postaci ogródka piwnego ruszyłem na A Place To Bury Strangers. Znowu nie znałem niczego. Usłyszałem tylko jedną rzecz – „ściana dźwięku”. I muszę przyznać, był to solidny mur decybeli, który rozsadził moje bębenki. Ciężko było ich dobrze ustawić akustykom, co ujawniało się faktem, że wokal - dość niski, zlewający się z muzyką głos lekko narzucający Joy Division był praktycznie niesłyszalny wśród szumów i innych takich. Chociaż muszę przyznać, koncert był mocny. Nie był świetny, raczej przeciętny, ale mocny. Panowie robili dobre show i wypełnili tym samym namiot Sceny Offensywnej.
Jednak ostatnie 15 minut troszkę mnie zniesmaczyło, ale i przyciągnęło tym samym. Dwa ostatnie utwory były głośniejsze od wszystkich innych, doszło jeszcze więcej gitar z nasilonym pogłosem i przesterem, do tego doprowadzające do epilepsji stroboskopy. W dodatku nie było między utworami przerwy, a różnicę poznałem przez fakt, iż wokalisto-gitarzysta wziął na koniec gitarę i zaczął robić z nią dziwne rzeczy, jak rzucanie nią za pomocą kabla czy wężowe, bujane ruchy przez całą scenę. Przerwa trwała jakieś pięć minut, czemu towarzyszyły huki dogorywającej pierwszej gitary, intensywnie piszczący bas i perkusista czyniący sobie radość uderzając bez ładu i składu. Po czym lider podpiął kolejnego elektryka i zagrał drugi utwór z zespołem. Tutaj na końcu zaskoczył mnie basista, który złapał leżący na ziemi stroboskop, przyłożył go do basu i skoczył w tłum. Trochę mu zajął powrót, gdyż dziko szalejąca i euforyczna publiczność nie chciała go oddać, przez co pan od czterech strun został mocno wymacany. Rock n’ roll, bitch.
Skończyło się z hukiem i z trójkowej sceny dostałem się na piwo, podczas którego słuchałem występów około folkowych Tindersticks (właściwie końcówki koncertu) oraz pana 100% Raekwon związanego ze sceną hip-hopową. Pan z Wu-Tang Clan zagrał ładnie, składnie. Old School. Jednak nie zobaczyłem całego występu, gdyż postanowiłem się wybrać na eksperymentalną scenę, gdzie królował amerykański zespół awangardowy o nazwie Trans AM. Połączenie mocnego pazura jazz-rockowego z dużą domieszką elektroniki sprawiła, że koncert był dla mnie największą niespodzianką dnia pierwszego. Szczególnie dobre wrażenie zrobił basisto-klawiszowiec, który ubrany w obcisłą, przezroczystą koszulkę, brokatowe spodnie i bezbłędną minę „rozdziawiony miś” grał utwór o Anglii jedną ręką, a drugą wcinał batony. Wolałem u nich więcej elektroniki, w której był pewien dystans i świadomy powrót do lat 80-tych, które niezmiennie bawią, ponieważ końcówka była o wiele bardziej brudna, jazzowa, za bardzo improwizacyjna, przez co poziom nieznacznie spadł, co nie zmienia faktu, że Trans AM był prześwietnym koncertem. Z bananem na twarzy kładłem się spać z zadowoleniem słuchając odległego dubstepu w wykonaniu Jokera, radując się z pełnego sukcesu pierwszego dnia OFF Festu.
Akt II – Skandynawia rządzi!
Drugi dzień OFFu zacząłem znów lekko za późno, gdyż przegapiłem występy 3moonboys i Manescape, które były (ponoć) świetne, jednak szybko to sobie nadrobiłem. Pierwszym koncertem, na który trafiłem był islandzki FM Belfast, który był moim strzałem w dziesiątkę na rozpoczęcie dnia. Przesympatyczny kwartet umilił nam czas swoimi pięknymi, tanecznymi hitami wprawiając w ekstazę uczestników w Trójkowym namiocie. Było żywo, intensywnie i wesoło. Wszyscy bawili się w rytm ich prostych, melodyjnych kawałków! Największe wrażenie zrobili na mnie grając swoją wersję znanego przeboju amerykańskich rapcore’owców – Rage Against The Machine, którym był „Killing In The Name”. Skoki i środkowe palce cały utwór! Do tego dodajmy Bee Geesowe falsetowe zaciągi, zapędy do striptizu i mamy gigantyczną niespodziankę tego festiwalu.
W dobrym nastroju udałem się na Scenę Eksperymentalną, gdzie grać mieli stołeczni post-rock/metalowi wymiatacze – Tides From Nebula. Znając ich album „Aura” czekałem oczywiście na szlagier w postaci „Purr”, ale na tym się nie skończyło. Panowie zaprezentowali także dwa utwory z nadchodzącego, drugiego albumu, który będzie miał premierę tego roku. Było słychać, że styl ewoluował. Z brudnej, surowej formy post-metalowego szaleństwa przeszli w coś bardziej uporządkowanego i świadomego. Choć utwory trwały długo, nie były nudne, raczej wymuskane, specjalnie ugłaskane w pewnych momentach, by zrobić to, co w Tides From Nebula lubimy najbardziej – wybuchnąć feerią dźwięków i zniszczyć wszystko ścianą dźwięku. Macie mnie, panowie!
Później udałem się do Loży, skąd miałem okazję posłuchać Muchy. I tyle mogę o nich powiedzieć. Ni ziębi, ni grzeje.
Gdy na zegarze powoli zbliżała się 19, ruszyłem na Scenę Eksperymentalną, gdzie występował kolektyw Prawatt & Mirna Ray. Shoegaze, ambient, te rejony. Ładnie eksplorowane, szczególnie przez wstawki elektroniczne i intensywny gęsty bas, które bardzo ładnie się ze sobą zlewały. Ale czegoś takiego się spodziewałem po zderzenie analogowych eksploratorów i post-rockowego duetu. Wielki plus, bo spędziłem tam bardzo dobre 40 minut, trochę minus, bo końcówka nie wyszła. Brakowało wykończenia. Chociaż mnie tam trochę wykończyli tym próbowaniem nowych rodzajów szumów przez dobre parę minut. Dopiero sam koniec trochę wybuchł. Końcowa ocena: Góra Zamkowa (w skali 0 m.n.p.m – Everest).
Następnie rajd na drugi koniec festiwalu, gdzie wystąpił elektroniczny duet z Niemiec – Mouse On Mars. Legenda elektroniki dała naprawdę radę, ponieważ rozruszała wielu, a intensywność kawałków sprawiła, że było tzw. „pier*olnięcie”. Gęste rytmy, interesujące elektroniczne instrumentalium i bezpośredniość utworów sprawiła, że zacząłem pląsać i wywijać! Może takiego szału, jak na Bloody Beetroots na Selectorze nie było, ale tkwiła w tym siła. Cóż, teraz przynajmniej wiem, skąd nowi twórcy elektronicznej muzyki tanecznej mają inspirację.
Pląsającym krokiem udałem się następnie pod scenę Leśną, gdzie zagrał amerykański zespół foltroniczny o wdzięcznej nazwie Tunng. Nie spodziewałem się, że będzie dobrze znając moją lekką awersję do folku, jednak na szczęście pomyliłem się, gdyż koncert był przepiękny. Miłe w uchu kompozycje, które były pełne akustycznych smaczków i ciekawych aranżacji. Pełna gama przeszkadzajek w postaci dzwonków, cytrynek i innych rytmiczno-melodycznych gadżetów dała jeszcze większy klimat. Do tego przyjemne głosy wokalistów wprawiły mnie w cudowny nastrój.
Ach, jeszcze do tego gitarzysta-żartowniś, który rozbawił wszystkich swoim pseudo-rockowym, ironicznym zachowaniem w jednym z najciekawszych utworów tego festiwalu, instrumentalnym „By Dusk They Were In The City”, cudo!
Po folktronicznej zabawie postanowiłem zostać na scenie Leśnej i poczekać na duńskich wymiataczy w postaci Mew. W tym czasie zdążyłem usłyszeć cały koncert Hey gdzieś w oddali. Cóż, zagrali sporo z nowego albumu i brzmiało to, jak zwykle. W gruncie rzeczy cieszyłem się, że mnie tam nie było. Oglądając koncert z bliska czułbym to samo, szczególnie, że na scenie u Hey za wiele się nigdy nie dzieje. W spokoju przeczekałem godzinkę i wreszcie Mew wkroczyło na scenę.
Znałem ich dość pobieżnie (czyli jakieś kilka utworów) i wiedziałem mniej więcej, czego mogłem się spodziewać, jednak zaskoczyli mnie totalnie. Koncert wypadł naprawdę potężnie i energicznie. Utwory na żywo zyskały dodatkowy pazur, więc ten prog-alt-shoegaze-nazwij-go-jak-chcesz rock wyszedł znakomicie. Było trochę zaskoczenia w postaci pewnego Murzyna, który wkroczył nonszalancko na scenę (wyglądał tak, jakby gdzieś zabłądził) i zaczął wywijać tańce do utworów, co sprawiło, że na twarzy miałem typową minę „WTF?”, ale pod koniec koncertu wspólny układ z gitarzystą trochę mnie uspokoił. Był z nimi!
Poza tym kompozycje. Ja wiedziałem, że oni lubią progresywne łamanie rytmów, ale tutaj było już z tym dość intensywnie, co nieraz wywołało moje zdziwienie. Dodatkowo show okraszone różnymi, mrocznymi animacjami spowodowało, że był to dość kuriozalny, ale świetny i niepowtarzalny występ. Jeden z mocniejszych punktów festiwalu, zdecydowanie. Jeden minus – pogłos u wokalisty nakładał się za bardzo, przez co pewne linie się na sobie gubiły. Poza tym, dlaczego Scena Leśna zamiast Głównej?! Zdecydowanie tam bym ich wolał, a nie wielkie Hey.
Następnie posłuchałem sobie przy piwie Dinosaur Jr. i zagrali dość porządny, gitarowy koncert. W sumie tego trzeba było się po nich spodziewać. Dobre do potupania, ale pewnie, gdybym poszedł jakoś bliżej sceny, to bym się pewnie pobawił. Jednak nie poszedłem, piwo zwyciężyło.
Gdy godziny stawały się coraz bardziej nocne, postanowiłem zahaczyć o Scenę Eksperymentalną, gdzie grał awangardowy kwartet z Nowego Yorku, Zs. Była to dla mnie niemała niespodzianka, gdyż nie spodziewałem się aż takiego szału. Dwie gitary, saksofon tenorowy i bębny, wszystko wymieszane w jakichś chorych, matematycznych proporcjach spowodowała we mnie spory tok myśleniowy. „Jak oni to grają?” – pomyślałem, gdyż muszę powiedzieć tak: Mars Volta i kompozycje Rodriguez-Lopeza są niczym w porównaniu do tego jazz-rockowego chaosu! Jednak oni się w tym odnajdywali znakomicie i dali radę, naprawdę dali radę. Chociaż Chopina tam nie znalazłem (grupa grała w ramach Inspired by Chopin), chyba, żeby puścić koncert od tyłu, może coś by było.
Po Zs zostałem trochę na Eksperymentalnej, by posłuchać legendy ambientu – Williama Basinskiego.
On i jego preparowane, magnetofonowe taśmy były ciekawym koncertem, jeśli można to tak określić. Basinski wolno rozwijał swoją muzykę, gdzieś po 10 minutach dopiero ustabilizował główną część, która nie zmieniała się przez jakieś kolejne czterdzieści, w ciągu których zmieniał kolejne taśmy, na których były zapisane szumy, chociaż ja żadnej praktycznie nie słyszałem. Część ludzi też, bo sporo z nich kontemplowało muzykę na ziemi. Albo spali.
Po blisko godzinnym secie usłyszałem opinię w postaci „naprawdę świetne, geniusz” – chociaż powiedział to facet, który wyglądał tak, jakby się dopiero obudził, więc niestety nie wezmę sobie do serca jego zdania. Koncert był dobry, ale tylko dobry. Ale cóż, jak się tworzy od ćwierćwiecza, to takie rzeczy muszą fascynować.
Na tym etapie skończyłem dzień drugi, by przywitać kolejny, ostatni dzień festiwalu.
Akt III – tęcze, balony i bibułki
Trzeci dzień OFFa rozpocząłem znów z lekkim poślizgiem, zdołałem usłyszeć po drodze koncert polskiego Ed Wood. Chaos, nieporządek i brud – ogólnie zapowiadało się dość nieźle.
Po wejściu na teren festiwalu skierowałem się na Scenę Leśną, gdzie zagrać mieli brytyjscy młodzi hardcore’owcy – Pulled Apart By Horses. Opisać ich można jako czwórkę oszołomów, która krzyczy, skacze i drze japę. Chociaż było w tym coś przebojowego. Mimo robienia utworów na jedną modłę, publika wybawiła się dość dobrze, szczególnie w momentach, gdy wokalista schodził z tej wielkiej sceny i krzyczał stojąc na barierkach i opluwając ludzi swoją wodą albo grał na gitarze uderzając nią głową. Albo gdy drugi gitarzysta skakał z trzymetrowego głośnika na kolana. Oglądając ich występ nie dziwiłem się, że ponoć często ich koncerty kończyły się lądowaniem w szpitalach. Chociaż w tym szaleństwie była metoda. Rock n’ roll, bitch vol. 2. I kurczę, mogli zagrać w namiocie, byłby większy szał, biorąc pod uwagę, co działo się na koncercie A Place To Bury Strangers.
Ze Sceny Leśnej dostałem się na koncert Happy Pills. Pani Natalia na wokalu, pan gitarzysta Pidżamy Porno i paru innych panów próbowali mnie porwać kawałkami w stylu Alanis Morrisette, co niestety za bardzo się nie przyjęło, bo po dziesięciu minutach dałem za wygraną i poszedłem na piwo. A mogłem iść na Gówno
Z Loży Gastronomicznej posłuchałem fragmentu koncertu Pablopavo i Ludzików. Chociaż takie klimaty mnie pociągają, to jednak miło się tego słuchało. Nie takie reggae zwykłe, jak je malują.
Potem Loża zaserwowała mi koncert Lao Che ze Sceny Leśnej. Szału nie było, du*y nie urwało. Lubię Lao Che, szczególnie płytę Gospel, ale jakoś nowa płyta na żywo coś mi nie podeszła. Ale „Hydropiekłowstąpienie” było miłe. Me like it a lot, ale tylko to.
Mając do wyboru O.S.T.R. grającego u mnie co 3 miesiące i Bear In Heaven, wybrałem tych drugich. Amerykańscy muzycy zrobili na mnie ogromne wrażenie i byli kolejną gigantyczną niespodzianką. Psychodeliczne indie-granie z bezpretensjonalną elektroniką i miły do słuchania wokal totalnie mnie zmiażdżył. W tym tkwiła ukryta głęboko siła. Nie było silenia się na wielką gwiazdę, nie było komercji i słabości – był po prostu czysty, przejrzysty, wspaniały przekaz. Jeden z najlepszych koncertów na tym festiwalu, świadczył o tym chociażby pękający w szwach namiot, chociaż pod koniec część ludzi opuszczała go pospiesznie. Może przerazili się inteligentnej muzyki.
Nie zatrzymałem tempa i po koncercie Bear In Heaven udałem się na Scenę Leśną, gdzie grać mieli norwescy dziwacy o wdzięcznej nazwie Casiokids, która jest dość adekwatna do stylu, jaki reprezentują. Nie spotkałem jeszcze zespołu, który używałby podstawowego zestawu (bas, gitary, perkusje, przeszkadzajki) i dodał do tego klawisze dla dzieci w przedszkolu. W dodatku wspaniałe dwa wokale, duża świadomość instrumentów (podziwiam za to, co potrafili wyprawiać na tych małych urządzonkach) i taneczność wprawiły w niesamowity humor. Jednak znów, dlaczego Scena Leśna?! Taki zespół musi być w namiocie, gdzie czuje się pot i ciała, by impreza się udała! Chociaż panowie z Casiokids poradzili sobie i bez tego, muzyka obroniła się sama. I miłym akcentem było zagranie premierowego kawałka zespołu. Świetny, jak wszystkie inne!
Następnie żwawym krokiem udałem się na Scenę Główną, gdzie grać miał amerykański Shearwater. Wygodnie usadowiłem się na trawie i rozkoszowałem się delikatnymi dźwiękami z ich instrumentów. Czytając przewodnik po festiwalu (swoją drogą, wspaniale zrobiona książka. Krótkie opisy zespołów po polsku i angielsku, rozpiska koncertów, troszkę historii OFF Festiwalu i płyta z przebojami kilku polskich wykonawców grających w Katowicach, świetna robota!) dowiedziałem się, że lider zespołu, Jonathan Meiburg jest zapalonym ornitologiem i tworzy swoją muzykę na podstawie obserwacji ptaków. Coś w tym jest, bo słyszałem różne sójki, dzięcioły i bociany przewijające się przez cały koncert. Dodajmy do tego lekkość tworzenia i inteligentne spojrzenie na proste melodie, szybowce na niebie. Wzruszyłem się, wielkie WOW!
Potem posłuchałem z Loży koncert No Age. Bez szału. Niby mocno, agresywnie, ale punka to ja nie lubię aż tak. I czasami się silili na pewne zmiany i innowacje, bez skutku. Piwo było silniejsze. Piwo i historie o koncercie duetu Niwea, który tak mnie zainteresował, że muszę iść na ich koncert i przeżyć tą słowną zabawę na żywo! Pufa w kosmos, krzesło w kosmos, kanapa w kosmos, wszystko w kosmos. Ale na czym ja będę siedział? Chyba nie na fotelu, bo mnie wciągnie. WTF?!
Po piwie poszedłem na scenę główną, by posłuchać duńskiego The Raveonettes. Nie słyszałem ich nigdy wcześniej, ale ponoć są takim zespołem, który zna się na pewno, gdyż ich utwory przewijają się w różnych odmianach reklam, seriali itd. I coś w tym jest, bo melodie obijały mi się o uszy, ale nie wiem, czy było to spowodowane faktem, że brzmieli jak The Ting Tings połączone z The Subways czy rzeczywiście gdzieś słyszałem ich utwory. Zagrali jednak przyzwoity koncert. Nie porwali mnie za bardzo, ale ludzi z przodu tak, więc chyba musiało im się podobać. Ja wolę The Ting Tings i The Subways. Oni przynajmniej mają fajniejsze zestawy perkusyjne.
Po The Raveonettes zostałem już pod sceną główną, gdyż wyczekiwałem na główny powód mojego przyjazdu do Katowic, czyli amerykański The Flaming Lips. Udało mi się nawet stanąć w trzecim rzędzie, o dziwo. Już na godzinę przed koncertem publiczność była baaaaaardzo ożywiona. Krzyczeli, skandowali, żądali zabawy. Każde pojawienie się Wayne’a Coyne’a powodowalo ekstazę na twarzach uczestników Pan Coyne na swoim Twitterze napisał, że byliśmy „near riot”. Byliśmy. Chyba szczytem był moment, gdy otrzymaliśmy wielki balon ze sceny, odbijaliśmy go dobre pół godziny, czemu towarzyszyła wielka radość, gdy było odbicie i smutek, gdy był odbijany za barierki. Ale cóż, to Polacy.
O północy zabawa się zaczęła, koncert, na który najbardziej czekałem. I muszę przyznać, warto było czekać. Wayne w wielkiej bańce, która poleciała w tłum, strzelające laski, balony, serpentyny, lasery z rąk, psychodeliczne obrazy, kosmiczne gitary… to było przepiękne. Muzyka muzyką, typowo w stylu Flaming Lips. Zagrali hity, choć nie wszystkie, ale cóż, mieli tylko 70 minut, które i tak przedłużyli o kolejne 15. Ale tutaj chodziło o performance. Te wszystkie bajery, te naiwne, tanie sztuczki – wzięły mnie totalnie. Od dziś kocham Flaming Lips całym sercem i chcę ich jeszcze raz zobaczyć. Cóż, trafili u mnie na półkę „koncerty życia” i raczej z niej już nie zejdą. Mogli nawet grać ostatnie „Do You Realize??” całą noc, dalej bym śpiewał chóralnie, dopóki nie straciłbym głosu. Jestem cały wasz! I wierzę, że wrócą, bo zobaczyli, jakich zwariowanych fanów tu zyskali. Ludzie stali jeszcze jakieś 15 minut i skandowali. Wayne czterokrotnie wychodził i dziękował, kłaniał się i chyba im się podobało. Podobało, podobało!
Po The Flaming Lips nic nie było takie samo. Ruszyłem na Eksperymentalną na Shining, bo tamto wyjście miałem w planach znacznie wcześniej. Cóż, grali coś fajnego i mi się bardzo podobało, ale nie miałem ochoty ich słuchać, więc poszedłem na piwo, skąd słyszałem jakiś hip-hop (Anti-Pop Consortium), który mi się mniej podobał, ale nie zwracałem na niego uwagi…
Ostatnim koncertem, na jakim byłem był dubstepowy Darkstar, przynajmniej tak mi się wydawało na podstawie rozpiski. Ale zamiast dwóch białych zobaczyłem jednego czarnego DJa, więc to raczej był Digital Mystikz. I zagrał dobrze, nawet bardzo. Dużo bujania, sporo zmian w secie, kilka bardzo energicznych, gęstych perkusyjnie wejść. Kawał dobrej, elektronicznej roboty, który sobie dobrze zapamiętam. Przed 4 rano opuściłem leniwie teren festiwalu spoglądając jeszcze po tym wspaniałym miejscu, które w pamięci zostanie mi na długo.
Epilog
Chłodny, poniedziałkowy przed-poranek dał mi wiele do myślenia na temat tego festiwalu. Dobra organizacja, świetna muzyka i niezapomniane wrażenia pozwoliły mi stwierdzić, że jest to rzecz, którą będę chciał przeżywać już rokrocznie. Jeśli line-up i atmosfera będzie tak dobra, jak dotychczas, wierzę, że to będzie jeden z moich ulubionych festiwali na świecie. A tymczasem pociąg relacji Katowice – Wrocław powoli kołuje na II peronie obrzydliwego, acz majestatycznego Dworca PKP. Z plecakiem, który jest większy ode mnie znikam w odmętach pociągu i żegnam się z OFFem na ten rok. Pozostały wspomnienia, które nie znikną tak szybko, mam nadzieję. Pozdrawiam, Katowice! See you next year!
OFF! czyli Oryginalny, Fantastyczny Festiwal! – krótka recenzja w trzech aktach, prozą pisana.
Prolog
Brzydko i ponuro – tak niestety wygląda majestatyczny dworzec katowicki, z którego dość szybko się zmyłem. Miłym akcentem na dzień dobry było kilku panów, którzy dali nam „zaczerpnąć informacji” dotyczących festiwalu. Podali autobus, z którego mieliśmy ruszyć w okolice Muchowca. Magiczny bus 910 został specjalnie uintensywniony na potrzeby OFFu, gdyż jeździł co 15 minut, a nie 1,5 godziny, co bardzo ułatwiło drogę.
Po niemałych problemach z dojazdem, zakwaterowaniem się, rozbiciem namiotu, wybraniu się do Reala w celu zakupienia rzeczy, z których połowy się nie zjadło i wrócenia z tobołami na pole zacząłem koncertowanie.
Akt I – dzień dobry, Katowice!
Jeśli mogę zaliczyć koncert, który słyszałem rozbijając swój niemiłosiernie krzywy i dziwny namiot w szczęśliwym sektorze 13, to chyba słyszałem The Horrors. Przynajmniej jakiś ich element. Ale nie zwróciłem uwagi. Coś leciało w każdym razie. Spojrzałem w stronę sceny i mogę powiedzieć „widziałem The Horrors”. Małe plamki, ale zawsze.
Idąc w deszczu słyszałem też trochę Art Brut. Dźwięki przypadły do gustu, więc szkoda było, że dopiero tak późno się zjawiłem.
Pierwszym pełnoprawnym koncertem był duński Efterklang. Oryginalny kwartet (na potrzeby występu zwiększony do dziewięciu osób) był jednym z bardziej wyczekiwanych wykonawców na tegorocznej edycji OFFa. Bałem się jednak, że po albumach wymuskanych, „wypopowionych” słodkich, pięknie rozpisanych harmoniach uzyskam na żywo lekki niewypał.
Na szczęście, zawiodłem się. Zagrali przepięknie. Utwory, jak "I Was Playing Drums" wprawiły mnie i wszystkich w trójkowym namiocie w pozytywne emocje. Lekką niespodzianką dla mnie był Czesław, który Śpiewa występujący wraz z zespołem. Ale tylko grał (w wypadku Efterklang całe szczęście).
Euforii nie było końca, ludzie skakali, śpiewali, brakowało tylko wspólnego trzymania się za ręce i cukierkowości do rana! Ale jednak chwycili mnie za serce. I to mocno.
Pewną cechą festiwali jest fakt, że możesz nie znać wszystkich wokalistów, więc możesz iść na nieznanego wykonawcę i pozytywnie się zaskoczyć. Może tak też być w drugą stronę i tak było z zespołem The Fall, niby legenda post-punka. I rzeczywiście, mogą się wpisać w legendę, chociaż dla mnie bardziej to było coś pokroju „Baśni Tysiąca i Jednego Utworu” w wersji „inkantuj to sam”. Wokalista zawodził, męczył. Nie śpiewał, on opowiadał. Snuł swoje baśnie, z których nie rozumiałem ani słowa. Do tego był opryskliwym cwaniakiem. I to wzbudziło moje współczucie dla niego. I on coś żuł. Gumę albo sztuczną szczękę, jak się potem zastanawialiśmy. W każdym razie nie dla mnie te baśnie były, więc po czterech identycznych utworach uciekłem z Leśnej Sceny.
Po powrocie z Loży Gastronomicznej, jakim to tytułem zostało ochrzczone naczelne miejsce spotkań w postaci ogródka piwnego ruszyłem na A Place To Bury Strangers. Znowu nie znałem niczego. Usłyszałem tylko jedną rzecz – „ściana dźwięku”. I muszę przyznać, był to solidny mur decybeli, który rozsadził moje bębenki. Ciężko było ich dobrze ustawić akustykom, co ujawniało się faktem, że wokal - dość niski, zlewający się z muzyką głos lekko narzucający Joy Division był praktycznie niesłyszalny wśród szumów i innych takich. Chociaż muszę przyznać, koncert był mocny. Nie był świetny, raczej przeciętny, ale mocny. Panowie robili dobre show i wypełnili tym samym namiot Sceny Offensywnej.
Jednak ostatnie 15 minut troszkę mnie zniesmaczyło, ale i przyciągnęło tym samym. Dwa ostatnie utwory były głośniejsze od wszystkich innych, doszło jeszcze więcej gitar z nasilonym pogłosem i przesterem, do tego doprowadzające do epilepsji stroboskopy. W dodatku nie było między utworami przerwy, a różnicę poznałem przez fakt, iż wokalisto-gitarzysta wziął na koniec gitarę i zaczął robić z nią dziwne rzeczy, jak rzucanie nią za pomocą kabla czy wężowe, bujane ruchy przez całą scenę. Przerwa trwała jakieś pięć minut, czemu towarzyszyły huki dogorywającej pierwszej gitary, intensywnie piszczący bas i perkusista czyniący sobie radość uderzając bez ładu i składu. Po czym lider podpiął kolejnego elektryka i zagrał drugi utwór z zespołem. Tutaj na końcu zaskoczył mnie basista, który złapał leżący na ziemi stroboskop, przyłożył go do basu i skoczył w tłum. Trochę mu zajął powrót, gdyż dziko szalejąca i euforyczna publiczność nie chciała go oddać, przez co pan od czterech strun został mocno wymacany. Rock n’ roll, bitch.
Skończyło się z hukiem i z trójkowej sceny dostałem się na piwo, podczas którego słuchałem występów około folkowych Tindersticks (właściwie końcówki koncertu) oraz pana 100% Raekwon związanego ze sceną hip-hopową. Pan z Wu-Tang Clan zagrał ładnie, składnie. Old School. Jednak nie zobaczyłem całego występu, gdyż postanowiłem się wybrać na eksperymentalną scenę, gdzie królował amerykański zespół awangardowy o nazwie Trans AM. Połączenie mocnego pazura jazz-rockowego z dużą domieszką elektroniki sprawiła, że koncert był dla mnie największą niespodzianką dnia pierwszego. Szczególnie dobre wrażenie zrobił basisto-klawiszowiec, który ubrany w obcisłą, przezroczystą koszulkę, brokatowe spodnie i bezbłędną minę „rozdziawiony miś” grał utwór o Anglii jedną ręką, a drugą wcinał batony. Wolałem u nich więcej elektroniki, w której był pewien dystans i świadomy powrót do lat 80-tych, które niezmiennie bawią, ponieważ końcówka była o wiele bardziej brudna, jazzowa, za bardzo improwizacyjna, przez co poziom nieznacznie spadł, co nie zmienia faktu, że Trans AM był prześwietnym koncertem. Z bananem na twarzy kładłem się spać z zadowoleniem słuchając odległego dubstepu w wykonaniu Jokera, radując się z pełnego sukcesu pierwszego dnia OFF Festu.
Akt II – Skandynawia rządzi!
Drugi dzień OFFu zacząłem znów lekko za późno, gdyż przegapiłem występy 3moonboys i Manescape, które były (ponoć) świetne, jednak szybko to sobie nadrobiłem. Pierwszym koncertem, na który trafiłem był islandzki FM Belfast, który był moim strzałem w dziesiątkę na rozpoczęcie dnia. Przesympatyczny kwartet umilił nam czas swoimi pięknymi, tanecznymi hitami wprawiając w ekstazę uczestników w Trójkowym namiocie. Było żywo, intensywnie i wesoło. Wszyscy bawili się w rytm ich prostych, melodyjnych kawałków! Największe wrażenie zrobili na mnie grając swoją wersję znanego przeboju amerykańskich rapcore’owców – Rage Against The Machine, którym był „Killing In The Name”. Skoki i środkowe palce cały utwór! Do tego dodajmy Bee Geesowe falsetowe zaciągi, zapędy do striptizu i mamy gigantyczną niespodziankę tego festiwalu.
W dobrym nastroju udałem się na Scenę Eksperymentalną, gdzie grać mieli stołeczni post-rock/metalowi wymiatacze – Tides From Nebula. Znając ich album „Aura” czekałem oczywiście na szlagier w postaci „Purr”, ale na tym się nie skończyło. Panowie zaprezentowali także dwa utwory z nadchodzącego, drugiego albumu, który będzie miał premierę tego roku. Było słychać, że styl ewoluował. Z brudnej, surowej formy post-metalowego szaleństwa przeszli w coś bardziej uporządkowanego i świadomego. Choć utwory trwały długo, nie były nudne, raczej wymuskane, specjalnie ugłaskane w pewnych momentach, by zrobić to, co w Tides From Nebula lubimy najbardziej – wybuchnąć feerią dźwięków i zniszczyć wszystko ścianą dźwięku. Macie mnie, panowie!
Później udałem się do Loży, skąd miałem okazję posłuchać Muchy. I tyle mogę o nich powiedzieć. Ni ziębi, ni grzeje.
Gdy na zegarze powoli zbliżała się 19, ruszyłem na Scenę Eksperymentalną, gdzie występował kolektyw Prawatt & Mirna Ray. Shoegaze, ambient, te rejony. Ładnie eksplorowane, szczególnie przez wstawki elektroniczne i intensywny gęsty bas, które bardzo ładnie się ze sobą zlewały. Ale czegoś takiego się spodziewałem po zderzenie analogowych eksploratorów i post-rockowego duetu. Wielki plus, bo spędziłem tam bardzo dobre 40 minut, trochę minus, bo końcówka nie wyszła. Brakowało wykończenia. Chociaż mnie tam trochę wykończyli tym próbowaniem nowych rodzajów szumów przez dobre parę minut. Dopiero sam koniec trochę wybuchł. Końcowa ocena: Góra Zamkowa (w skali 0 m.n.p.m – Everest).
Następnie rajd na drugi koniec festiwalu, gdzie wystąpił elektroniczny duet z Niemiec – Mouse On Mars. Legenda elektroniki dała naprawdę radę, ponieważ rozruszała wielu, a intensywność kawałków sprawiła, że było tzw. „pier*olnięcie”. Gęste rytmy, interesujące elektroniczne instrumentalium i bezpośredniość utworów sprawiła, że zacząłem pląsać i wywijać! Może takiego szału, jak na Bloody Beetroots na Selectorze nie było, ale tkwiła w tym siła. Cóż, teraz przynajmniej wiem, skąd nowi twórcy elektronicznej muzyki tanecznej mają inspirację.
Pląsającym krokiem udałem się następnie pod scenę Leśną, gdzie zagrał amerykański zespół foltroniczny o wdzięcznej nazwie Tunng. Nie spodziewałem się, że będzie dobrze znając moją lekką awersję do folku, jednak na szczęście pomyliłem się, gdyż koncert był przepiękny. Miłe w uchu kompozycje, które były pełne akustycznych smaczków i ciekawych aranżacji. Pełna gama przeszkadzajek w postaci dzwonków, cytrynek i innych rytmiczno-melodycznych gadżetów dała jeszcze większy klimat. Do tego przyjemne głosy wokalistów wprawiły mnie w cudowny nastrój.
Ach, jeszcze do tego gitarzysta-żartowniś, który rozbawił wszystkich swoim pseudo-rockowym, ironicznym zachowaniem w jednym z najciekawszych utworów tego festiwalu, instrumentalnym „By Dusk They Were In The City”, cudo!
Po folktronicznej zabawie postanowiłem zostać na scenie Leśnej i poczekać na duńskich wymiataczy w postaci Mew. W tym czasie zdążyłem usłyszeć cały koncert Hey gdzieś w oddali. Cóż, zagrali sporo z nowego albumu i brzmiało to, jak zwykle. W gruncie rzeczy cieszyłem się, że mnie tam nie było. Oglądając koncert z bliska czułbym to samo, szczególnie, że na scenie u Hey za wiele się nigdy nie dzieje. W spokoju przeczekałem godzinkę i wreszcie Mew wkroczyło na scenę.
Znałem ich dość pobieżnie (czyli jakieś kilka utworów) i wiedziałem mniej więcej, czego mogłem się spodziewać, jednak zaskoczyli mnie totalnie. Koncert wypadł naprawdę potężnie i energicznie. Utwory na żywo zyskały dodatkowy pazur, więc ten prog-alt-shoegaze-nazwij-go-jak-chcesz rock wyszedł znakomicie. Było trochę zaskoczenia w postaci pewnego Murzyna, który wkroczył nonszalancko na scenę (wyglądał tak, jakby gdzieś zabłądził) i zaczął wywijać tańce do utworów, co sprawiło, że na twarzy miałem typową minę „WTF?”, ale pod koniec koncertu wspólny układ z gitarzystą trochę mnie uspokoił. Był z nimi!
Poza tym kompozycje. Ja wiedziałem, że oni lubią progresywne łamanie rytmów, ale tutaj było już z tym dość intensywnie, co nieraz wywołało moje zdziwienie. Dodatkowo show okraszone różnymi, mrocznymi animacjami spowodowało, że był to dość kuriozalny, ale świetny i niepowtarzalny występ. Jeden z mocniejszych punktów festiwalu, zdecydowanie. Jeden minus – pogłos u wokalisty nakładał się za bardzo, przez co pewne linie się na sobie gubiły. Poza tym, dlaczego Scena Leśna zamiast Głównej?! Zdecydowanie tam bym ich wolał, a nie wielkie Hey.
Następnie posłuchałem sobie przy piwie Dinosaur Jr. i zagrali dość porządny, gitarowy koncert. W sumie tego trzeba było się po nich spodziewać. Dobre do potupania, ale pewnie, gdybym poszedł jakoś bliżej sceny, to bym się pewnie pobawił. Jednak nie poszedłem, piwo zwyciężyło.
Gdy godziny stawały się coraz bardziej nocne, postanowiłem zahaczyć o Scenę Eksperymentalną, gdzie grał awangardowy kwartet z Nowego Yorku, Zs. Była to dla mnie niemała niespodzianka, gdyż nie spodziewałem się aż takiego szału. Dwie gitary, saksofon tenorowy i bębny, wszystko wymieszane w jakichś chorych, matematycznych proporcjach spowodowała we mnie spory tok myśleniowy. „Jak oni to grają?” – pomyślałem, gdyż muszę powiedzieć tak: Mars Volta i kompozycje Rodriguez-Lopeza są niczym w porównaniu do tego jazz-rockowego chaosu! Jednak oni się w tym odnajdywali znakomicie i dali radę, naprawdę dali radę. Chociaż Chopina tam nie znalazłem (grupa grała w ramach Inspired by Chopin), chyba, żeby puścić koncert od tyłu, może coś by było.
Po Zs zostałem trochę na Eksperymentalnej, by posłuchać legendy ambientu – Williama Basinskiego.
On i jego preparowane, magnetofonowe taśmy były ciekawym koncertem, jeśli można to tak określić. Basinski wolno rozwijał swoją muzykę, gdzieś po 10 minutach dopiero ustabilizował główną część, która nie zmieniała się przez jakieś kolejne czterdzieści, w ciągu których zmieniał kolejne taśmy, na których były zapisane szumy, chociaż ja żadnej praktycznie nie słyszałem. Część ludzi też, bo sporo z nich kontemplowało muzykę na ziemi. Albo spali.
Po blisko godzinnym secie usłyszałem opinię w postaci „naprawdę świetne, geniusz” – chociaż powiedział to facet, który wyglądał tak, jakby się dopiero obudził, więc niestety nie wezmę sobie do serca jego zdania. Koncert był dobry, ale tylko dobry. Ale cóż, jak się tworzy od ćwierćwiecza, to takie rzeczy muszą fascynować.
Na tym etapie skończyłem dzień drugi, by przywitać kolejny, ostatni dzień festiwalu.
Akt III – tęcze, balony i bibułki
Trzeci dzień OFFa rozpocząłem znów z lekkim poślizgiem, zdołałem usłyszeć po drodze koncert polskiego Ed Wood. Chaos, nieporządek i brud – ogólnie zapowiadało się dość nieźle.
Po wejściu na teren festiwalu skierowałem się na Scenę Leśną, gdzie zagrać mieli brytyjscy młodzi hardcore’owcy – Pulled Apart By Horses. Opisać ich można jako czwórkę oszołomów, która krzyczy, skacze i drze japę. Chociaż było w tym coś przebojowego. Mimo robienia utworów na jedną modłę, publika wybawiła się dość dobrze, szczególnie w momentach, gdy wokalista schodził z tej wielkiej sceny i krzyczał stojąc na barierkach i opluwając ludzi swoją wodą albo grał na gitarze uderzając nią głową. Albo gdy drugi gitarzysta skakał z trzymetrowego głośnika na kolana. Oglądając ich występ nie dziwiłem się, że ponoć często ich koncerty kończyły się lądowaniem w szpitalach. Chociaż w tym szaleństwie była metoda. Rock n’ roll, bitch vol. 2. I kurczę, mogli zagrać w namiocie, byłby większy szał, biorąc pod uwagę, co działo się na koncercie A Place To Bury Strangers.
Ze Sceny Leśnej dostałem się na koncert Happy Pills. Pani Natalia na wokalu, pan gitarzysta Pidżamy Porno i paru innych panów próbowali mnie porwać kawałkami w stylu Alanis Morrisette, co niestety za bardzo się nie przyjęło, bo po dziesięciu minutach dałem za wygraną i poszedłem na piwo. A mogłem iść na Gówno
Z Loży Gastronomicznej posłuchałem fragmentu koncertu Pablopavo i Ludzików. Chociaż takie klimaty mnie pociągają, to jednak miło się tego słuchało. Nie takie reggae zwykłe, jak je malują.
Potem Loża zaserwowała mi koncert Lao Che ze Sceny Leśnej. Szału nie było, du*y nie urwało. Lubię Lao Che, szczególnie płytę Gospel, ale jakoś nowa płyta na żywo coś mi nie podeszła. Ale „Hydropiekłowstąpienie” było miłe. Me like it a lot, ale tylko to.
Mając do wyboru O.S.T.R. grającego u mnie co 3 miesiące i Bear In Heaven, wybrałem tych drugich. Amerykańscy muzycy zrobili na mnie ogromne wrażenie i byli kolejną gigantyczną niespodzianką. Psychodeliczne indie-granie z bezpretensjonalną elektroniką i miły do słuchania wokal totalnie mnie zmiażdżył. W tym tkwiła ukryta głęboko siła. Nie było silenia się na wielką gwiazdę, nie było komercji i słabości – był po prostu czysty, przejrzysty, wspaniały przekaz. Jeden z najlepszych koncertów na tym festiwalu, świadczył o tym chociażby pękający w szwach namiot, chociaż pod koniec część ludzi opuszczała go pospiesznie. Może przerazili się inteligentnej muzyki.
Nie zatrzymałem tempa i po koncercie Bear In Heaven udałem się na Scenę Leśną, gdzie grać mieli norwescy dziwacy o wdzięcznej nazwie Casiokids, która jest dość adekwatna do stylu, jaki reprezentują. Nie spotkałem jeszcze zespołu, który używałby podstawowego zestawu (bas, gitary, perkusje, przeszkadzajki) i dodał do tego klawisze dla dzieci w przedszkolu. W dodatku wspaniałe dwa wokale, duża świadomość instrumentów (podziwiam za to, co potrafili wyprawiać na tych małych urządzonkach) i taneczność wprawiły w niesamowity humor. Jednak znów, dlaczego Scena Leśna?! Taki zespół musi być w namiocie, gdzie czuje się pot i ciała, by impreza się udała! Chociaż panowie z Casiokids poradzili sobie i bez tego, muzyka obroniła się sama. I miłym akcentem było zagranie premierowego kawałka zespołu. Świetny, jak wszystkie inne!
Następnie żwawym krokiem udałem się na Scenę Główną, gdzie grać miał amerykański Shearwater. Wygodnie usadowiłem się na trawie i rozkoszowałem się delikatnymi dźwiękami z ich instrumentów. Czytając przewodnik po festiwalu (swoją drogą, wspaniale zrobiona książka. Krótkie opisy zespołów po polsku i angielsku, rozpiska koncertów, troszkę historii OFF Festiwalu i płyta z przebojami kilku polskich wykonawców grających w Katowicach, świetna robota!) dowiedziałem się, że lider zespołu, Jonathan Meiburg jest zapalonym ornitologiem i tworzy swoją muzykę na podstawie obserwacji ptaków. Coś w tym jest, bo słyszałem różne sójki, dzięcioły i bociany przewijające się przez cały koncert. Dodajmy do tego lekkość tworzenia i inteligentne spojrzenie na proste melodie, szybowce na niebie. Wzruszyłem się, wielkie WOW!
Potem posłuchałem z Loży koncert No Age. Bez szału. Niby mocno, agresywnie, ale punka to ja nie lubię aż tak. I czasami się silili na pewne zmiany i innowacje, bez skutku. Piwo było silniejsze. Piwo i historie o koncercie duetu Niwea, który tak mnie zainteresował, że muszę iść na ich koncert i przeżyć tą słowną zabawę na żywo! Pufa w kosmos, krzesło w kosmos, kanapa w kosmos, wszystko w kosmos. Ale na czym ja będę siedział? Chyba nie na fotelu, bo mnie wciągnie. WTF?!
Po piwie poszedłem na scenę główną, by posłuchać duńskiego The Raveonettes. Nie słyszałem ich nigdy wcześniej, ale ponoć są takim zespołem, który zna się na pewno, gdyż ich utwory przewijają się w różnych odmianach reklam, seriali itd. I coś w tym jest, bo melodie obijały mi się o uszy, ale nie wiem, czy było to spowodowane faktem, że brzmieli jak The Ting Tings połączone z The Subways czy rzeczywiście gdzieś słyszałem ich utwory. Zagrali jednak przyzwoity koncert. Nie porwali mnie za bardzo, ale ludzi z przodu tak, więc chyba musiało im się podobać. Ja wolę The Ting Tings i The Subways. Oni przynajmniej mają fajniejsze zestawy perkusyjne.
Po The Raveonettes zostałem już pod sceną główną, gdyż wyczekiwałem na główny powód mojego przyjazdu do Katowic, czyli amerykański The Flaming Lips. Udało mi się nawet stanąć w trzecim rzędzie, o dziwo. Już na godzinę przed koncertem publiczność była baaaaaardzo ożywiona. Krzyczeli, skandowali, żądali zabawy. Każde pojawienie się Wayne’a Coyne’a powodowalo ekstazę na twarzach uczestników Pan Coyne na swoim Twitterze napisał, że byliśmy „near riot”. Byliśmy. Chyba szczytem był moment, gdy otrzymaliśmy wielki balon ze sceny, odbijaliśmy go dobre pół godziny, czemu towarzyszyła wielka radość, gdy było odbicie i smutek, gdy był odbijany za barierki. Ale cóż, to Polacy.
O północy zabawa się zaczęła, koncert, na który najbardziej czekałem. I muszę przyznać, warto było czekać. Wayne w wielkiej bańce, która poleciała w tłum, strzelające laski, balony, serpentyny, lasery z rąk, psychodeliczne obrazy, kosmiczne gitary… to było przepiękne. Muzyka muzyką, typowo w stylu Flaming Lips. Zagrali hity, choć nie wszystkie, ale cóż, mieli tylko 70 minut, które i tak przedłużyli o kolejne 15. Ale tutaj chodziło o performance. Te wszystkie bajery, te naiwne, tanie sztuczki – wzięły mnie totalnie. Od dziś kocham Flaming Lips całym sercem i chcę ich jeszcze raz zobaczyć. Cóż, trafili u mnie na półkę „koncerty życia” i raczej z niej już nie zejdą. Mogli nawet grać ostatnie „Do You Realize??” całą noc, dalej bym śpiewał chóralnie, dopóki nie straciłbym głosu. Jestem cały wasz! I wierzę, że wrócą, bo zobaczyli, jakich zwariowanych fanów tu zyskali. Ludzie stali jeszcze jakieś 15 minut i skandowali. Wayne czterokrotnie wychodził i dziękował, kłaniał się i chyba im się podobało. Podobało, podobało!
Po The Flaming Lips nic nie było takie samo. Ruszyłem na Eksperymentalną na Shining, bo tamto wyjście miałem w planach znacznie wcześniej. Cóż, grali coś fajnego i mi się bardzo podobało, ale nie miałem ochoty ich słuchać, więc poszedłem na piwo, skąd słyszałem jakiś hip-hop (Anti-Pop Consortium), który mi się mniej podobał, ale nie zwracałem na niego uwagi…
Ostatnim koncertem, na jakim byłem był dubstepowy Darkstar, przynajmniej tak mi się wydawało na podstawie rozpiski. Ale zamiast dwóch białych zobaczyłem jednego czarnego DJa, więc to raczej był Digital Mystikz. I zagrał dobrze, nawet bardzo. Dużo bujania, sporo zmian w secie, kilka bardzo energicznych, gęstych perkusyjnie wejść. Kawał dobrej, elektronicznej roboty, który sobie dobrze zapamiętam. Przed 4 rano opuściłem leniwie teren festiwalu spoglądając jeszcze po tym wspaniałym miejscu, które w pamięci zostanie mi na długo.
Epilog
Chłodny, poniedziałkowy przed-poranek dał mi wiele do myślenia na temat tego festiwalu. Dobra organizacja, świetna muzyka i niezapomniane wrażenia pozwoliły mi stwierdzić, że jest to rzecz, którą będę chciał przeżywać już rokrocznie. Jeśli line-up i atmosfera będzie tak dobra, jak dotychczas, wierzę, że to będzie jeden z moich ulubionych festiwali na świecie. A tymczasem pociąg relacji Katowice – Wrocław powoli kołuje na II peronie obrzydliwego, acz majestatycznego Dworca PKP. Z plecakiem, który jest większy ode mnie znikam w odmętach pociągu i żegnam się z OFFem na ten rok. Pozostały wspomnienia, które nie znikną tak szybko, mam nadzieję. Pozdrawiam, Katowice! See you next year!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


