sobota, 28 sierpnia 2010

Chrome Hoof - Crush Depth


W tym roku był sobie taki festiwal zwany Era Nowe Horyzonty. Oprócz tradycyjnych filmów jest też kącik muzyczny. Co roku pan Roman Gutek zaprasza różne, wydziwnione zespoły nieznane przeciętnemu Kowalskiemu. Jednym z nich, którym szczególnie się zainteresowałem, był brytyjski Chrome Hoof.

Pomysł połączenia disco i metalu w awangardowy sposób wydawał mi się tak piękny i nierealny zarazem, że musiałem sprawdzić ich najnowsze dzieło, „Crush Depth”, które jest dość dziwne, to trzeba przyznać.
Mamy sobie oto taki kolektyw złożony z kilkunastu osób, w tym tancerzy. Wszyscy w obcisłych, błyszczących uniformach. Do tego odpalają swoje instrumenty i robią coś podchodzącego pod kosmiczny kicz, mieszankę odpadków z różnych gatunków muzycznych i wyrabiają coś nieprawdopodobnego – bo nagle otrzymujemy znakomity materiał, którego ze świecą szukać na rynku.

Rzeczywiście muzyka disco przewija się jako główny motyw na albumie, tylko żyje ona swoim własnym życiem i mutuje ciągle na naszych oczach. Liczne, połamane rytmy, które na chwilę zwalniają w charakterystyczny beat lat 70-tych to tylko gra pozorów, bo za nimi kryje się coś więcej.
Disco miesza się tu z metalem bez użycia tej muzyki w klasycznym kontekście „hałasu i rzeźni”. Nie ma ostrych, typowych riffów, jest tylko moc i agresja, ale to w zupełności wystarcza, by zatrząsnąć światem słuchacza. 

Dorzucić trzeba jeszcze do tego sporą ilość delikatnie przechadzającej się elektroniki, która czasem wychodzi na pierwszy plan („Anorexic Cyclops”), liczne partie skrzypiec, które stanowią tło praktycznie każdego utworu Chrome Hoof, trochę jazzu, a na domiar tego wszystkiego szalony, skrzekliwy głos wokalistki, Loli Olafisoye, który wyrasta ponad ten muzyczny kocioł i dokłada wszelkich starań, aby jeszcze bardziej zaskoczyć każdego, kto odważy się włączyć „Crush Depth”. Mamy tu wszystko: delikatne, przeciągane jęczenia, skandowanie, krzyki, piski i wszystko w wymieszanych idealnie proporcjach.

Chrome Hoof to wspaniała propozycja dla ludzi, którzy nie boją spróbować czegoś niezwykłego w muzyce. Trochę psychodelicznie, dość eklektycznie, mocno futurystycznie, ale za to miło i dynamicznie. Taki eksperyment jak najbardziej polecam, bo za sprawą swojej dziwności płyta jest nieobliczalna, a przez to wyjątkowa w swoim rodzaju.

1 komentarz:

Te, pogadajmy!