Muszę przyznać, że był to dla mnie jeden z bardziej wyczekiwanych albumów w tym roku. Gdy po raz pierwszy usłyszałem Menomenę z albumem „Friend and Foe” byłem mile zaskoczony tym, co ten tercet potrafi stworzyć wykorzystując swoje niebanalne podejście do muzyki. Przez to bardzo byłem ciekaw, co zmajstrują wraz z nową płytą zatytułowaną „Mines”.
Znając poprzedni album niespecjalnie się zaskoczyłem, bo mamy tutaj tak naprawdę to, co Menomena zwykła robić w każdym swoim utworze. Mamy grupowe i pojedyncze wokale, dzwoneczki, klawisze, rozbudowane tła i dość zakręcone kompozycje. Jednak nie wyróżniają się one specjalnie na tle tego, co słyszeliśmy wcześniej. Nic, co mogłoby rozsadzić mój łeb, żadnych motyli w brzuchu. Nic, a szkoda. Bo strasznie ich cenię za to, co potrafią robić, gdyby się skupili. Powtarzalne schematy trochę zabijają klimat albumu. Nie twierdzę, że to, co grają jest słabe, bo na szczęście utrzymuje to poziom poprzednich płyt. W gruncie rzeczy Menomena brzmi jak Menomena i to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze. Brakuje jednak świeżości, która pozytywnie wpłynęłaby na odnalezienie jakiejś nowej jakości. A niestety otrzymujemy tylko „Friend and Foe” vol.2.
Jest oczywiście kilka dobrych momentów, jak rozbrajający singiel „Five Little Rooms” z ciekawą linią pianina prowadzoną przez cały utwór, gdzieniegdzie ustępującą pola saksofonowi. Jest Multi-wokal, który jest chyba znakiem rozpoznawczym zespołu. Wszystko podane w lekko mrocznej, smutnawej konwencji w stylu „zastanów się nad tym utworem, zastanów się nad życiem”, przez co brzmienie jest uwiarygodnione, prawdziwe. Wtórne, jak cała Menomena, ale prawdziwe.
Mamy też sympatyczne „TAOS” z rozbudowanymi chórkami i dużą gęstością instrumentów przez ten 5-minutowy rozsadzacz. Słychać chyba wszystkie instrumenty, na których członkowie zespołu umieją grać: trąbki, perkusje, saksofony, gitary, klawisze i takie tam inne. Na albumie – spoko, na żywo – albo minimalizm albo mini-orkiestra. Zależy od nich.
Jest oczywiście kilka dobrych momentów, jak rozbrajający singiel „Five Little Rooms” z ciekawą linią pianina prowadzoną przez cały utwór, gdzieniegdzie ustępującą pola saksofonowi. Jest Multi-wokal, który jest chyba znakiem rozpoznawczym zespołu. Wszystko podane w lekko mrocznej, smutnawej konwencji w stylu „zastanów się nad tym utworem, zastanów się nad życiem”, przez co brzmienie jest uwiarygodnione, prawdziwe. Wtórne, jak cała Menomena, ale prawdziwe.
Mamy też sympatyczne „TAOS” z rozbudowanymi chórkami i dużą gęstością instrumentów przez ten 5-minutowy rozsadzacz. Słychać chyba wszystkie instrumenty, na których członkowie zespołu umieją grać: trąbki, perkusje, saksofony, gitary, klawisze i takie tam inne. Na albumie – spoko, na żywo – albo minimalizm albo mini-orkiestra. Zależy od nich.
„Mines” to album dobry, nawet bardzo, bym rzekł. Mamy same największe zalety Menomeny, a przede wszystkim ich wysoką świadomość muzyczną, przez co poziom nie odstaje od poprzednich płyt. Gdzieś tam występują delikatne dłużyzny, wtórne schematy, ale nie ma płyty idealnej, a „Mines” i tak dość odstaje od tego, co na rynku w tym roku się dzieje. Jedna z lepszych płyt 2010, definitywnie i nieodwołalnie.
W przypadku Menomeny dobrze oznacza zajebiście, więc nie ma się czym martwić. Rewolucji nie ma, ale, przynajmniej ja, się takowej nie spodziewałam. Za to dostaliśmy doprowadzony do perfekcji kunszt pisania piosenek przez 3 z Portland! I chwała im za to! Amen!
OdpowiedzUsuń