Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowa przelotka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowa przelotka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 listopada 2010

Filmowa Przelotka 4

W czwartej części Filmowej Przelotki co nieco o Stalowym Człowieku, skrawek humoru w stylu Nintendo, remake’i, szalone musicale i wiele innych bzdurek!

Iron Man 2 – sequel o tym, jak Tony Stark wdziewa swój kosmiczny kostium i walczy ze złem. Historia drugiej części kończy się w momencie „jedynki”, kiedy to Stark publicznie mówi, iż jest Iron Man’em powodując tym samym natarcia ze strony armii, mediów, a także szalonego, ruskiego koleżki pragnącego pomścić swojego ojca, któremu tato Tony’ego zrobił kuku x-dziesiąt lat temu. Film zachwyca efektami specjalnymi, rolą główną graną przez Roberta Downey Jr.’a i tyle. Popatrzeć zawsze można.
6/10

Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans – swobodny remake filmu Abela Ferrary w wersji Wernera Herzoga, w którym swoją błyskotliwością i umiejętnościami powalił sam Nicholas Cage – człowiek-zbolała-wieczna-mina pokazujący w tym filmie troszkę inną twarz. Detektyw Terence McDonagh w wyniku próby ratowania więźnia uszkadza sobie plecy, dzięki czemu dostaje awans na porucznika. Oprócz tego zyskuje uzależnienie od narkotyków, środków przeciwbólowych, hazardu. Sam balansuje na granicy prawa po to, aby odnaleźć morderców pewnej senegalskiej rodziny. A wszystko okraszone obrazem Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina. Dobry, bardzo dobry, tyle powiem!
8/10

Angielska Robota – film oparty na faktach. Grupa włamywaczy tworzy genialny plan napadu na bank, w którym oprócz złota, pieniążków i innych świecidełek znajdują się kompromitujące zdjęcia skandali seksualnych z brytyjską księżniczką i bardziej wpływowymi lordami w roli głównej. Jason Statham gra twardziela i prowadzi swą ekipę ku wiecznemu szczęściu i krainie mamoną płynącej, lecz nie odbywa się bez pokuty. Trzyma w napięciu, o dziwo.
6,5/10


Good Night, Good Luck – pięknie zrealizowany, stylizowany na stare lata czernią i bielą, z mocną fabułą. Historia Edwarda Murrow, legendarnego dziennikarza NBS, który postanawia mierzyć się z senatorem Stanów Zjednoczonych, Joseph’em McCarthy’m szalejącym w latach 50-tych ze swoją Komisją oskarżając wpływowych ludzi o kontakty z komunistami. Jak na Hollywood tanio, bo 7 milionów dolarów kosztów produkcji. Jak na Hollywood świetnie, bo jest to jeden z lepszych filmów traktujących o amerykańskiej telewizji. I wciągający obraz. Wciąga, jak cholera.
8,5/10 

Solomon Kane – film na kanwie opowiadań Roberta Ervina Howarda znanego bardziej jako twórcy Conana! Tytułowy Solomon Kane to purytanin błąkający się po Ameryce czasów kolonialnych i walczący z demonicznymi kreaturami. Tylko sam Kane ma złą przeszłość, która nie daje mu zapomnieć o swoim pochodzeniu.
Ogląda się nieźle, dobrze odzwierciedlono klimat tamtych czasów. Ponure, ciemne niebo, wilgoć i mgła przesiąkająca przez ekran. Aktorstwo też niezłe.
7/10

Scott Pilgrim vs. The World – historia kanadyjskiego 22-latka, który nie robi w życiu nic oprócz grania w zespole. Bez celu na życie, mając 17-letnią dziewczynę zmierza destrukcyjnie w czarną dziurę niczym Mario, który nie przeszkoczy na drugą stronę przeszkody. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje Ramonę – amerykańską dziewczynę, w której Pilgrim szaleńczo się zakochuje. Haczyk tkwi w tym, że Scott musi pokonać siedmiu byłych Ramony, aby móc być z nią razem.
Historia zrodzona na podstawie komiksu, klimat komiksu oddany wiernie na ekranie. Każde uderzenie, chwyt, ruch. Wszystko poparte jest odpowiednio napisaną onomatopeją, więc „kaboom”, „watoosh”, „bum”, „jeb” istnieje na porządku dziennym. Do tego Michael Cera grający filigranowego i zagubionego Pilgrima, świetna muzyka Nigel’a Goodricha, klimat Nintendo. Nie pozostaje nic innego, tylko „insert coin & fight”.
9/10


The Day Earth Stood Still – remake znanego filmu sci-fi z lat 50-tych. Keanu Reeves jako kosmita przybywający na Ziemię informując o tym, iż mieszkańcy planety niszczą piękne lasy i knieje i spotka ich za to kara z rąk pozaziemskich istot. Film nawet niezły, chociaż oryginał miał większy klimat. Tutaj wszystko przerysowane, naładowane efektami i nowinkami technologicznymi. Mimo wszystko wyszedł obronną ręką, bo z reguły remake=śmieć, a tutaj na szczęście tak się nie skończyło.
7/10

Terminator: Salvation – kolejna część sagi o zabójczych maszynach walczących z hordą ludzi, którzy chowają się po kątach niszczejących miast. Tym razem John Connor (grany przez Christiana Bale’a) męcząc i jęcząć szykuje się do ostatecznej walki ze SkyNet’em. Po drodze napotyka jednak Marcusa Wright’a (Avatarowski bożyszcze, miszczu z „Clash of the Titans” – Sam Worthington – człowiek ujeżdżający smoki i inne bestie, zwiastun ratunku, martyrologii za naród cierpiący), który to okazuje się być robo-człowiekiem. W wyniku współpracy obu osobników szykuje się jatka.
W sumie film jest jedynie marnym pociągnięciem klimatu pierwszych dwóch części. Nawet Schwarzenegger jest tu wmontowany komputerowo. Ale wybuchy są fajne.
4,5/10

Zgon na pogrzebie – brytyjski, czarny humor w pełnej krasie. Miał ojciec dwóch synów. Jeden poszedł w świat i został pisarzem, a drugi został w domu. Tato umiera, rodzina spotyka się na pogrzebie. Wśród gości zaś pojawia się tajemniczy karzeł, który skrywa sekret, mroczny sekret. Taki sekret, który zaszkodziłby tej rodzinie. Nie jest idealna, ale łączy się, by ukryć skrzętnie sekret skrzata. Humor czarny, ale nie tak, jakbym się tego spodziewał. Są śmieszne gagi, szczególnie, gdy dochodzą narkotyki, ale nie było to tak dobitne, jak sądziłem. Dało radę obejrzeć, lecz jest wiele śmieszniejszych, a tym samym lepszych obrazów.
6/10

Sen Kasandry – Woody Allen dramatycznie. Historia dwóch braci, którzy prowadzili swoje spokojne, acz standardowe życie. Jednak obaj pragną czegoś więcej, chcą wybić się ponad swoje umiejętności. Jeden uprawia namiętnie hazard, drugi udaje bogacza, by poderwać śliczną i wspaniałą kobietę. Lecz dobra passa się kończy. Zadłużeni i spodleni panowie chwytają się ostatniej deski ratunku – ich wujka, który jest bogatym właścicielem wielu nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Lecz sam jest w kropce, gdyż jego majątek stoi pod znakiem zapytania. Pewien uczciwy pan chce wyjawić wszystkie sekrety i przekręty jego działalności. Więc wujek obiecując gruszki na wierzbie młodym, prosi ich o zamordowanie owego pana. Sama historia jest dość banalna, bardziej zaznaczono tu profile psychologiczne i cierpienia wewnętrzne obu braci (Ewan McGregor i Colin Farrell). Ich rozterki, głębokie rozmyślania pt. „zabić czy nie”. I przede wszystkim za tą głęboką głowo-logię podziwiam kunszt Allena.
8/10

The Rocky Horror Picture Show – klasyk gatunku znanego jako musical. Narzeczeńska para, Brad i Janet, jadą do swojego zaprzyjaźnionego profesora, ale jak to w każdym kiepskim horrorze być musi, samochód się psuje. Do tego pada i jest brudno. Po drodze jednak widzą zamek, do którego niezwłocznie się udają. Tam zamiast strasznego kata, mordercy czy wampira wita ich dziwaczny doktor-transwestyta z planety Transylwania, który na ich oczach powołuje do życia pięknego mężczyznę, z którego chce uczynić idealnego kochanka w siedem dni.
Film mnie zafascynował. Liczne nawiązania historyczno-biblijne, gdzie ów doktor niczym wąż kusi narzeczonych do grzechu (co udaje się zarówno na kobiecie, jak i mężczyźnie). Do tego świetna, główna rola Tima Curry’ego, chwytliwe piosenki i absurdalna fabuła przechodząca nieraz w totalną psychodelę dają w rezultacie przyjemny dla oka obraz pełen magii, kolorów, krwi, pożądania i dzikości.
7,5/10

Machete – Robert Rodriguez postanawia wykorzystać pomysł pochodzący z wymyślonych trailerów przy projekcie Grindhouse i powstaje pełnometrażowy obraz o niesamowitym bohaterze-zabójcy, który swoją maczetą wycina sobie sprawiedliwość przez kończyny zła. Plejada gwiazd: Danny Trejo, Robert De Niro, Jessica Alba, Lindsay Lohan. Kamera prowadzona w iście Rodriguez’owym stylu – ubrudzona, obniżona jakościowo, niedokładnie wycinana. Klimatu dodaje też stylizacja na kiepskie filmy klasy B/C, gdzie sztuczna krew leje się litrami, a dialogi są sztywne. Ale przez to wszystko obraz dostaje specyficznego kolorytu. Tego nie można wziąć poważnie. Ale od tego nie można się oderwać.
8/10

poniedziałek, 27 września 2010

Filmowa Przelotka 3

Od ostatniej "Przelotki" trochę mi się nazbierało. Nie napisałem też o wszystkim, żeby zwyczajnie nie zanudzić. Druga część za jakiś czas (za jakieś 4-5 filmów).
Wprowadziłem też dla was, leniuchów, aktywne linki do trailerów, gdyby kogoś zainteresował jakiś tytuł!

Fala – po niemiecku o totalitaryzmie. Historia oparta na faktach, w której to pewien nauczyciel w ramach projektu poświęconego różnym rodzajom władzy postanawia wprowadzić w pewnej klasie eksperyment polegający na stworzeniu totalitarnego tworu na okres tygodnia szkolnego. Jednak sytuacja wymaga mu się troszkę spod kontroli, a tytułowa „Fala” zaczyna żyć własnym życiem.
Trzyma w napięciu.
7/10

Obiecaj Mi! – mała, serbska wieś, a w niej dziadzio-wynalazca i jego niesforny, nastoletni wnuczek. W pewnym momencie dziadzio zauważa, że powoli umiera, bo jest stary i swojemu wnukowi każe ruszyć na miasto i zdobyć trzy rzeczy: ikonę, pamiątkę i żonę.
Dodajmy do tego fakt, że reżyserem był Emir Kusturica i więcej pisać nie trzeba.
To trzeba zobaczyć!
8/10

Constantine – Keanu Reeves jako John Constantine – genialny i bezczelny egzorcysta, który czuje w kościach, że zbliża się koniec świata, bo 1) powoli umiera z powodu raka płuc, 2) demony pojawiają się w naszym świecie, czego na ogół nie robią. Jatka, dobre teksty i jedna z lepszych ról „smutnego Keanu”.
7/10.

Superbad – dwójka przyjaciół postanawia zaszaleć na koniec roku i chcą na bibę! Muszą kupić alkohol na fałszywy dowód i po drodze dzieją się liczne, dantejskie sceny. W sumie fabuła zakrawa na poziom American Pie, jednak mimo to film ogląda się niesamowicie, szczególnie za sprawą trzech głównych aktórów: Jonah Hil, Michael Cera i Christopher Mintz-Plasse. Choć „fuck” liczymy na setki, to i tak jest to rozrywka, która wcale nie jest tak głupia, jak się z początku wydaje.
6/10.
(przy okazji Michael’a Cera czekam na to! - Scott Pilgrim vs. The World)

 

Coś – klasyk Johna Carpentera z 1982 roku. Na Grenlandii lądują kosmici i trafiają na amerykańską stację badawczą, bo jakżeby inaczej? W każdym razie film jest naprawdę popaprany, chociaż w tym szaleństwie jest metoda i aż chce się oglądać chodzące głowy i natychmiastowe rozkłady ciał. Powinien stać na półce obok Obcego!
9/10.


Obywatel Kane – amerykański film wszech czasów według jakichś tam komisji. W sumie mogę się zgodzić, bo wyprzedza swoją epokę (nagrany w latach 1940-1941) o kilkadziesiąt lat. Historia opowiada o magnacie prasowym zwanym Charles Foster Kane, który w chwili swojej śmierci wypowiada jakże tajemniczą kwestię „Różyczka”. Pewien zapalony dziennikarz postanawia sprawę wyjaśnić, więc rusza na poszukiwanie osób, z którymi Kane miał styczność za życia. Te opowiadają mu różne epizody z jego błyskotliwego życia. Reżyser Orson Welles (znany też z legendarnej audycji radiowej Wojna Światów) oparł historię na prawdziwej postaci magnata prasowego, z którym później przyszło prowadzić mu wojnę, do tego wplatał wątki autobiograficzne i stworzył niesamowitą postać Kane’a, którą zresztą sam zagrał. Takie filmy ogląda się naprawdę rzadko, a Obywatel Kane to klasyk, którego nie można przegapić.
10/10!
(Oprócz samego filmu polecam także dokument „Battle over Citizen Kane” wyjaśniający cały kontekst powstawania historii Kane’a!)



Salt – piękna Angelina Jolie jako rosyjski szpieg, który uaktywnia się po latach przebywania w USA w jednym celu – zabić prezydenta i rozpocząć tym samym gigantyczny konflikt między dwoma największymi mocarstwami świata. Choć obraz czasem powalał swoją nierealnością i niedociągnięciami, to jednak świetnie oglądało się film jako niezobowiązującą rozrywkę. A Jolie montująca rakietę ze stołu i kilku środków chemicznych to absolutny hit!
I Olbrychski gra rosyjską szychę, dobrze!
6/10.

 

Wszystkie Boże Dzieci Tańczą – film na kanwie opowiadania japońskiego pisarza, Haruki Murakami’ego. Historia chłopaka imieniem Kengo, który szuka siebie samego w gęstwinie przemyśleń i świat mu za bardzo w tym nie pomaga. Żyje w USA ze swoją chorobliwie religijną matką, która zainfekowała jego myślenie, przez co główny bohater wpada w „kompleks syna Boga” i zaczyna poszukiwania odpowiedzi na pytania nurtujące jego jestestwo.
Całkiem nieźle oddana natura stylu Murakami’ego. Trochę papierowe postaci, które jednak swoimi przemyśleniami i psychodelicznym zachowaniem doprowadzają do odpowiedzi, które stawiane są przez cały obraz.
7/10.


Avatar (wersja rozszerzona) – choć sam film jest wszystkim znany, bo historia Pocahontas przeniesiona na kosmiczny grunt to gigantyczny sukces James’a Camerona, to sama wersja rozszerzona nie ma właściwie żadnej różnicy z oryginałem.
8 minut dodatkowych scen, takich jak golenie czy 10-sekundowy seks Na’vi, by naciągnąć widza na kolejne 20 zł – nieładnie.
Samego filmu oceniać nie będę, ale za rozszerzenie daję 2/10, bo golenie było fajne.

 

The Hurt Locker – gigantyczna niespodzianka na rozdaniu Oskarów, gdyż reżyserka, Kathryn Bigelow, zabiera pewniakowi w postaci „Avatara” James’a  Cameron’a (notabene, jej były mąż) statuetkę za reżyserię i za najlepszy film. Historia sapera robiącego w Iraku nie jest wielce porywająca i jakoś nie zasługuje na sześć Oskarów, ale i tak jest to dość dobry film. Chociaż rozumiem motywację Akademii – patriotyzm ponad wszystko.
7/10.

 

0_1_0 – polski film o problemach współczesnych ludzi. Siedem luźno połączonych ze sobą historii pokazujących problemy, z jakimi boryka się społeczeństwo: sadomasochistyczne zapędy, samobójcze próby, poczucia winy wszelkiej maści, zmiany płci. Trochę to wszystko przerysowane, co nie zmienia faktu, że film Piotra Łazarkiewicza to coś, co można przełknąć i nawet się nie zakrztusić.
5,5/10.

 

Święty Interes – dwóch braci – „Popiełuszko” i „Jan Paweł II” (Woronowicz i Adamczyk) dostaje spadek po swoim zmarłym ojcu – samochód. A okazuje się, że czyni cuda, bo wcześniej ponoć należał do papieża-Polaka.
Historia trochę przerysowana, czasem po prostu nudna, jednak pięknie pokazuje obraz polskiej wsi.
4/10.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Filmowa Przelotka 2

W drugiej odsłonie Filmowej Przelotki o Stalowym Człowieku, głupocie Adama Sandlera i o tym, że sequele nie zawsze wychodzą na dobre. Lecimy!


Step Up 3D – co tu dużo mówić. Dupy w 3D, nierealnie wyglądające układy, dość przewidywalna historia, ale za to wszystko było dość wciągające. Aż sam się zdziwiłem, że film o tańcu może tak wytańczyć moje uczucia. I plus za układ na ulicy, bo był słodki!
5/10

Dzwoneczek i Uczynne Wróżki – w końcu to Dzwoneczek gra pierwsze skrzypce w filmie. Ta ciekawska wróżka lata sobie po swojej krainie i przypadkowo wpada w pułapkę pewnej dziewczynki (a warto nadmienić, że jest przykazanie, które nie pozwala wróżkom pokazać się ludziom). Inna wróżka chce jej pomóc i robią misję ratunkową. W tym czasie dwa światy się poznają.
Przez pierwsze pół godziny siedziałem w stylu: co ja tu robię? Ale potem dość mi się spodobało. Wzruszający koniec, ale nie tak bardzo, jak na Toy Story 3.
5/10

Toy Story 3 – Chudy i spółka trafiają do przedszkola, bo Andy idzie do college’u (stary chłop, co się będzie lalkami bawił, tam się imprezuje!), a tam nie jest tak różowo, jak się wydaje.
Historia była cudowna! Film oglądałem z wypiekami na twarzy, w końcu czekałem lata na tę kontynuację. To ja jestem tym pokoleniem, które widziało pierwszą część brzdącem rozumiejącym już będąc. A trzecia część na szczęście utrzymała klimat poprzednich dwóch. Są jakieś tam zmiany, ale dość niewidoczne. Znów jest zabawnie, znów wspaniałe.
A na koniec niejedna łza poleciała.
9/10

Iron Man – właściciel potężnej firmy zbrojeniowej, Tony Stark, zostaje porwany i ze sprzętu, który dali mu terroryści tworzy zbroję, dzięki której ucieka. W sensie, kazali mu zbudować coś zupełnie innego, a tu psikus. Wraca, włącza mu się sumienie i postanawia walczyć ze złem.
Muszę przyznać, że to jedna z lepszych adaptacji komiksowych, jakie udało mi się obejrzeć. Szczególnie brawa dla Roberta Downey Jr. za to, jaką dobrą robotę odwalił. I podziwiam animacje interaktywnej sztucznej inteligencji. Naprawdę kawał dobrej roboty.
7/10

Heartbreaker – zawodowy rozbijacz związków dostaje zlecenie na rozbicie kolejnego. Tym razem jest miliarder i jego dziewczyna, znawczyni win. Na zlecenie ma 10 dni. A w dodatku na karku siedzi mu człek, któremu wisi sporo kasy. I w ogóle jest akcja.
Film oglądało mi się naprawdę przyjemnie, aż sam się zdziwiłem. Fabuła nie jest typowa, jak na romansidło. Do tego fajnie poprowadzone postacie. I gra Vanessa Paradis i jej centymetrowa szpara między zębami.
Lecz mimo wszystko, dobra rzecz.
7/10

Projekt dziecko, czyli ojciec potrzebny od zaraz – no, ja nie mogę, dlaczego na to poszedłem. Polska komedia o tym, jak para chce mieć dziecko, a nie może, więc proszą przyjaciół o spermę, bo od obcego nie wezmą. Miało być śmiesznie, a wyszło żałośnie. Nawet młody Koterski nie ratuje sytuacji. A Shrek-Zamachowski gra tak, jakby czytał tekst z promptera. Ogólnie słaaaaaabo.
I ciekawostka. Natknąłem się w Empiku na soundtrack z filmu. Liczył 21 kawałków, ale na filmie słyszałem ciągle jeden i ten sam, tylko w różnych  wariacjach. Ja jebię.
2/10

Psy i Koty: Odwet Kitty – sequel starego filmu „Psy i Koty”. Tym razem te wrogie dla siebie gatunki muszą współpracować, bo zła kocica, Kitty, chce wysłać w eter sygnał słyszalny dla psów, który zrobi z ich małych mózgów papkę i ludzie zaczną masowo się ich pozbywać. Film nawet przyjemny, jak się okazało! Były olbrzymie suchary, ale taka jest kinematografia dla młodszych widzów.
I po obejrzeniu filmu ciągle w głowie mi siedzi jedno pytanie: jakim cudem psy i koty potrafiły zbudować takie bajeranckie gadżety i centra dowodzenia swoimi łapami?
6/10

Zejście 2 – sequel tego, że w jaskini straszy. Pierwszej części nie słyszałem, ale nawet nie musiałem, bo i tak wszystkiego dowiedziałem się dość szybko. Film był dość zabawny, trzeba przyznać. W dobie filmów gore i hektolitrów krwi trochę narastającej muzyki i stwory wyglądające jak wielkie płody to za mało, żeby porządnie przestraszyć.
3/10

Grown Ups – dawni przyjaciele, którzy stanowili drużynę koszykarską w jakiejś szkole spotyka się ponownie z powodu śmierci ich dawnego trenera. A jak już się widzą, to postanawiają pobyć ze sobą chwilę. Poznają swoje rodziny, dzieci i robią masę głupot. Wiele się nie spodziewałem po filmie, gdzie producentem, scenarzystą i głównym aktorem był Adam Sandler. I nie zdziwiłem się, bo film to same klasyczne wpadki. Co chwilę upadają, uderzają w drzewa, machają jajami i robią różne inne, dziwne rzeczy. Ale, o dziwo, film dobrze się ogląda i mnie takie głupoty dość bawiły.
6+1(od mojego kolegi, bo się uparł)/10

Return of Captain Invincible – film Philippe’a Mora z roku 1983, który w skrócie jest musicalem o upadłym superbohaterze, który wraca do pełni chwały, bo musi zwalczyć swojego największego wroga. To było cudowne 100 minut, na których szczerze się uśmiałem. Poza tym pomysł, by z takiego filmu utworzyć musical, był naprawdę błyskotliwy. Salwy śmiechu gwarantowane! I polecam szczerze!
8,5/10