Cztery dni przed premierą, ale zawsze. Prezentuję państwu najnowszy album Klaxons – „Surfing the Void”!
Miałem ogromne oczekiwania wobec zespołu. Ich poprzedni album był czymś potężnym, zniewalającym. Klaxonsi byli jednymi z prekursorów gatunku znanego obecnie jako new rave, który w intrygujący sposób łączył elementy muzyki disco z potężnym rockowym zacięciem. Ale z całej tej fali właśnie Klaxonsów ceniłem najbardziej. Potrafili z prostej melodyjki, jaką był np. „Golden Skans” zrobić wielki hit, który przez długi czas reklamował szampony. Do tego oszczędni w treści, czasem minimalistyczni, ale zawsze uderzający z przytupem.
Na „Surfing The Void” kazano nam czekać przez trzy lata, przez które kwartet musiał dojrzeć i zmienić trochę swoje podejście do muzyki, przynajmniej w to bardzo wierzyłem. Nagle mamy połowę 2010 i zespół prezentował przed premierą singiel „Echoes”, pełen przeładowanych klawiszy, chórków i… jakoś nie podobał mi się przy pierwszym odsłuchaniu. Trochę odrzucała mnie ta zmiana formy. Ale z każdym kolejnym utwór troszkę zyskiwał w moich oczach. Wiedziałem jednak, że nadszedł etap ewolucji w zespole.
I nie pomyliłem się, bo „Surfing the Void” to coś, czego właściwie się obawiałem przy słuchaniu „Echoes”. W zespół wkradło się lekko gwiazdorstwo i megalomania, przez co cała płyta wydaje się być przerostem formy nad treścią. Nie jest już tak przebojowo, jak na „Myths of the Near Future”, wręcz przeciwnie. Zespół położył bardzo duży nacisk na rozbudowę instrumentarium, przez co mamy wszechobecne nasilone pogłosem klawisze, które nieraz grają pierwsze skrzypce, naładowane efektami gitary, nieustanne chórki, a wszystko to brzmi jak utarte schematy. Są tu utwory rodem z lat 80-tych („Venusia”), nowe Arctic Monkeys na sterydach (tytułowy „Surfing the Void”), delikatne wstawki w rodzaju Muse („Valley of the Calm Trees”) i niezrozumiałe dla mnie kierunki w progresywę („Cypherspeed”).
Ale pomimo tego wszystkiego płyty słucha się naprawdę dobrze. Mało w tym wszystkim energii, jaką znamy z „Myths of the Near Future”, ale Klaxons ver. 2.0 to miła, przyjemna muzyka w słuchaniu. Ma swoje wzloty i upadki, jednak koniec końców to album, który wyszedł zespołowi na plus i pokaże ich jako ludzi, którzy próbują i szukają swojego brzmienia. Liczyłem co prawda na więcej, ale wszystkiego mieć nie można. Oceńcie sami, bo warto.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Te, pogadajmy!