poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Muse na CLMF 2010

Coke Live Music Festival w tym roku święcił triumf, to trzeba przyznać na pewno. 45 tysięcy festiwalowiczów może być tego najlepszym przykładem. I oto ja, pełen werwy i energii (i dużej ilości kofeiny we krwi), z ciekawością wyczekuję koncertu, na który czekałem całe pięć lat.

To właściwie nie będzie recenzja całego festiwalu. Ba, nie będzie to recenzja jednego dnia, bo dla mnie inne zespoły były niczym przerywniki puszczane po zejściu zespołu ze sceny. Mógłbym co prawda napisać na temat tego, że natrafiłem na The Big Pink i zagrali „nawet spoko, dwie piosenki potupałem”. Mógłbym też coś powiedzieć o Panic! At The Disco, ich niesamowitej monotonności i pajacowatej konferansjerce. Właściwie już powiedziałem. A niech to. Następnego akapitu nie zmarnuję, bo jedynym powodem, dla którego przyjechałem do miasta Kraka było Muse i o tym będzie ta recenzja, moi mili.

Szałowo, kolorowo - tak się ma nowe Muse
Psioczyłem na nich, bardzo długo to robiłem. Właściwie od wydania nowego albumu, a później całej europejskiej trasy. Obrażałem się na nich za słabą płytę, kiepski i napompowany design sceny i wiele innych drobnostek, ale to wszystko zniknęło w pierwszej chwili, gdy ze sceny wypłynęły początkowe dźwięki „New Born”. Ze mnie natomiast wypłynęła łza radości. I bądź tu facetem.

Koncert od pierwszej chwili był zagrany z niebywałą mocą i potęgą. Chociaż miałem takie wrażenie, że Bellamy i spółka w pierwszych momentach byli dość poważni i spokojni. W końcu nie na takich festiwalach się grało. Ale z czasem rozwoju kolejnych utworów i coraz żywszej reakcji ekstatycznej publiczności, zespół wciągnął się w to całkowicie.
Wirtuozerski Matt Bellamy i jego magiczna gitara

Na setlistę nie będę właściwie narzekał, gdyż zagrali set festiwalowy. Trochę okrojony, pełen przebojów z prawie wszystkich albumów (brakowało czegoś z Showbiz, ale kto wierzył w coś takiego?), ale za to na pewno bardzo wciągający (oprócz „Guiding Light”, bo nawet na żywo ten utwór jest dla mnie kompletnie nie do zniesienia). I przekonałem się do nowej płyty. Ponieważ słysząc „Resistance” w wykonaniu na żywo, z całym tym blichtrem, tą wspaniałą kondensacją emocji, jaka zrodziła się przy tym utworze, przyznaję – nowe rzeczy mają potencjał i są właściwie stworzone dla wielkich koncertów. Single też sprawdziły się dobrze. Intensywne reakcje publiczności na Orwellowskim „Uprising”, Zmierzchowym „Supermassive Black Hole” czy popularnym „Time Is Running Out” dowiodły, że widzowie tego show będą się dobrze bawić, cokolwiek by nie zagrali. 

Właśnie, show. Oglądając wcześniej liczne koncerty z całej trasy, miałem dziwne wrażenie, że wszystkie światła, lampki i inne pierdółki przysłonią mi to, co dzieje się na scenie. Na szczęście okazało się, że wszystkie świecidełka stanowiły tak naprawdę przynajmniej drugi plan, gdyż byłem zaabsorbowany tym, co działo się nie na scenie. To był dodatek. Momentami istotny, ale będąc tak wielkim zespołem też trzeba coś zrobić z pompą, bo inaczej jak mogą się nazwać „wielkim”?

Telebimowe plastry miodu nie przeszkadzały - one urozmaicały.
Muse anno domini 2010 to nowa, trochę naładowana kiczem konstrukcja, która jest aktualnie jednym z filarów rockowego świata. Zespół udowodnił, że nie na darmo są jednym z czołowych koncertowych zespołów na Ziemi. Załadowali wszechświat do swojej muzyki i wystrzelili, powodując, że niejednemu opadła szczęka, niejednemu łza poleciała z oczu. Zachłystnąłem się nimi i chcę więcej. 

Znacznie więcej.

I mały P.S. I jeśli po tym, co działo się w Krakowie, Muse nie trafi do Polski w ramach kolejnej trasy po Europie na jakiś nie-festiwalowy koncert, to nie wiem, co trzeba będzie zrobić. Proponuję pomnik dla zasług, ewentualnie tytuł honoris causa w dziedzinie muzyki. Albo wiem, krzyż!

(zdjęcia: Joanna Combik/onet.pl)
(recenzja pochodzi z uwolnijmuzyke.pl)

3 komentarze:

  1. mogę potrzymać ten krzyż, nawet kosztem takiego samego przeziębienia, jakie trafiło mi się teraz, po tym koncercie. dziwna rzecz... wysłuchać nowej płyty raz, może dwa, niekompletnie, a jednak to zaśpiewać. magia koncertowego muse?

    OdpowiedzUsuń
  2. na wstępie muszę powiedzieć, że od początku, dzięki Facebookowi, rzecz jasna, śledzę to, co popełniasz na tym blogu i bardzo mi się to przyjemnie czyta, zatem możesz mnie spokojnie zaliczyć do Twoich czytelniczek, ale tych raczej rzadko komentujących i średnio stałych ;) przechodzę już jednak do rzeczy! zacznę od końca: ręcyma i nogami podpisuję się pod post scriptium!!! :D i chyba pod większością Twojej recenzji też. co mogę dodać, oprócz tego, że jestem absolutnie zachwycona i jest do dla mnie wydarzenie nie do opisania i nie do zapomnienia?
    ha, a co do Resistance, to miałam uraz do tego utworu ze względu na to, że za często leciał w radiu. ale tak jak mówisz, kiedy słyszy się to z całym tym powerem i rozmachem kocha się każdy jeden dźwięk! mam nadzieję, ze jeszcze kiedyś spotkamy się na podobnym (lepszym?) koncercie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Było super,mam nadzieję że Muse już niedługo odwiedzą nasz kraj :)
    Nawet nie wiedziałam że masz bloga , 2 razy się spóźnić na pociąg to jest już coś :P
    Pozdrawiam;p

    OdpowiedzUsuń

Te, pogadajmy!