
Ten oto taneczno-rockowy kwartet rozgrzał moje serce do czerwoności swoim debiutanckim krążkiem o nazwie „Acolyte”. Bo rzecz się dzieje taka…
„w czasach, gdy w muzyce zrobione zostało wszystko, co mogło być zrobione, a każdy zespół namiętnie romansuje z elektroniką i wychodzi to (przeważnie) na niekorzyść owej grupy, pojawiają się śmiałkowie. Oni, uzbrojeni w komputery i prawdziwe instrumenty, chcą zwojować świat, wytańczyć go do końca, wyssać całą energię ze swoich fanów”. I tu, z kłębów dymu wyłania się Delphic, który porywa swoją bezpretensjonalną muzyką.
Trzeba przyznać, że idealnie wstrzelili się w moment do premiery swojej płyty. Początek 2010, czas, gdzie wszyscy próbują swoich sił w nieklasyczny sposób przedstawienia muzyki rockowej. Mamy wielkie transformacje różnorakich zespołów. I niby trafili w nurt. Z tą różnicą, że oni potrafią wykorzystywać potencjał, który im dała Matka Technika.
Bo płyta jest cholernie przebojowa i wciągająca, jak np. „Clarion Call” z narastaniem od lekkich, powtarzalnych gitar, gdzie słychać lekkie, elektroniczne tło delikatnie wybijające się naprzód, by w końcu dojść do apogeum, które można porównać do post-rockowego wybuchu, który wywołuje u mnie zawsze te same ciarki. Jest to tak dobry kawałek, że znalazł się nawet jako muzyka dla nowej ramówki TVN-u!
Podobnie sprawa się ma z innymi utworami. Właściwie to nie jest rock elektroniczny, tylko muzyka taneczna z elementami różnych gitar i mocnych, rześkich perkusji. To już nie jest zwyczajna nawalanka – to sygnał zmian. Zmian w muzyce. Wyraźny sygnał na to, iż gatunki w tym momencie się przenikają, że zespół nie jest już wpisany w jedną szufladkę, tylko ma kilka nazw na określenie siebie. Teraz bycie nieokreślonym jest cool, więc w takim razie Delphic jest „fucking awesome”.
Reasumując, „Acolyte” to dla mnie jeden z najważniejszych albumów tego roku. Pełen dyskotekowej energii, łapczywie czerpiący z tego, co w elektro najlepsze. Do tego przyjemne, około-rockowe wstawki, które wzbogacają brzmienie. Młodość, dzikość, pasja – to wszystko powoduje, że Delphic to dla mnie bardzo ważny debiut, który otworzy furtkę wielu energicznym i równie dobrym, a nawet i lepszym projektom. A słysząc „Acolyte” wiem, że niejedno mnie jeszcze w muzyce zaskoczy.
ich koncert na Selectorze to byla porazka, bylem strasznie napalony na ten wystep ale dali ciala na calej linii i tylko napalone sweetnastki sie cieszyly... a plyta calkiem ok
OdpowiedzUsuńWłaśnie słyszałem, że specjalnie nie powalili. Ale cóż, zaczynają dopiero, więc może z czasem pójdzie im trochę lepiej.
OdpowiedzUsuń