Post nr 2 to archiwalna (choć nie tak dawna) recenzja jednego z ważniejszych koncertów dla mnie, gdyż grał zespół bliski memu sercu - Coheed and Cambria.
Zacznę od tego, że nie będzie to zbyt obiektywna recenzja ze względu na to, iż wyczekiwałem na ten moment od pięciu lat.
9:45. Samotny wędrowiec ze swoją torbą z naszywką Coheed and Cambria rusza na podbój Warszawy i spełnienie jednego ze swoich muzycznych marzeń - zobaczenia kwartet rockowych objawicieli ostatnich lat.
15:39 - pociąg kołuje na trzecim peronie Dworca Centralnego w Warszawie. Wędrowiec opuszcza pociąg i zwartym krokiem rusza w kierunku wyjścia uprzednio kupując bilet powrotny do domu i zapasy jedzenia w pobliskim sklepie Carrefour.
16:41 - wędrowiec dociera pod klub Stodoła, gdzie ma dziać się to niezwykłe wydarzenie. Ku jego zdziwieniu trafia jako pierwszy. Siada na ziemi, zostawia torbę w depozycie i czeka.
17:48 - poznaje innego wędrowca, też Jakub. Też leworęczny. Lecz z Krakowa.
Ten weteran wprowadza naszego protagonistę w historię rocka siedząc nieopodal wejścia popijając chmielny napój.
19:15 - wędrowcy trafiają do wejścia, gdzie powoli gromadziły się inne osoby popijające różnorakie napoje.
19:40 - nasz wędrowiec dociera do niedawno otwartej sceny i trafia pod barierki, idealnie naprzeciwko miejsca, gdzie stać będzie wokalista grupy.
20:01 - tu historia się rozpoczyna...
Wędrowiec w swoim pamiętniku napisał tak:
"Rozpoczęło się od organizatora, który w imieniu zespołu przeprosił za ewentualne niedogodności. Wszystko było spowodowane tym, iż poprzedniego dnia autobus ze sprzętem zepsuł się w Niemczech, przez co zespół był zmuszony grać na pożyczonym sprzęcie (chociaż gitary mieli własne). Potem były pierwsze dźwięki One. I nagle z dymu wyłonili się Oni. Ci, na których czekałem tyle czasu.
Claudio Sanchez wyłania się z mgły. |
Kończy się melodia i wchodzą z The Broken, pierwszym singlem z ich ostatniego albumu - Year of the Black Rainbow. Nagłośnienie jest naprawdę dobre. Gitara i głos Claudio słyszana jest wręcz idealnie, perkusja również. Gorzej z Travisem i basem Michael'a, jednak spowodowane jest to tym, iż stałem między kolumnami, które rozpuszczały dźwięk w głąb sali. Chciałem stać z przodu - musiałem przecierpieć tego konsekwencje.
Żałuję, że nie słyszałem zbyt wyraźnie gitary Travisa, bo było czego słuchać... |
Kolejno zagrali kolejny singiel - Here We Are Juggernaut, który zabrzmiał potężnie. O wiele bardziej niż się tego spodziewałem.
Jednak na utworach z nowej płyty się nie skończyło. Zagrali także stare hity, jak Time Consumer, Three Evils (Embodied with Love and Shadow) czy The Suffering.
Chris Pennie - perkusista Coheed and Cambria - jego gra w Guns of Summer czy Al The Killer powaliła mnie na kolana. |
Pierwszą część zakończyli (moim zdaniem) najlepszym utworem, jakim mogli to zrobić - In Keeping Secrets of Silent Earth: 3, gdzie nieomal się popłakałem. Ta energia, ten klimat. Istne szaleństwo, które totalnie mnie zahipnotyzowało.
Zespół utworzył magiczny klimat podczas trwania In Keeping Secrets of Silent Earth: 3. |
Następnie panowie zeszli ze sceny, by wrócić po chwili na bis, w którym zagrali dwa wymiatacze: Everything Evil ze ścianą dźwięku, częstą zmianą rytmiki i porażającą techniką gry, przez co zachwyciłem się już do końca.
"This is it, thank you once again for coming" - rzekł Michael Todd - basista grupy przed ostatnim utworem, którym był ich największy hit... |
Welcome Home, gdzie popisom nie było końca. Solówki za plecami, bieganie po scenie, ogólny (przepraszam za to) rozpier*ol, który owładnął mną całkowicie. I zakończyli, zeszli ze sceny, podziękowali ładnie i zniknęli za mgłą, tak jak się pojawili...
Słynne solo za plecami w wykonaniu Claudio Sanchez'a. |
Można było na przednie kolumny tuż przede mną puścić również drugą gitarę i bas. Ostatnią sprawą była frekwencja. Na koncercie było ok. 300 osób, może więcej. Na pewno wina leży po stronie mediów i złej reklamy koncertu. W całym mieście nie widziałem ani jednego plakatu reklamującego występ kwartetu. Dopiero w klubie znalazłem kilka. Do tego termin - dzień po zakończeniu festiwalu Open'er, w trakcie trwania Rock for People, na który ludzie też tłumnie się wybrali (gdzie Coheed and Cambria także grali, więc nie było po co jechać jeszcze do Warszawy). Poza tym nie oszukujmy się - Coheed and Cambria nie jest aż tak znanym zespołem, by zapełnić Stodołę... Jednak to chyba wszystko, do czego mogę się przyczepić, bo koncert był naprawdę udany.
Setlista miała się tak:
1. The Broken
2. Here We Are Juggernaut
3. No World For Tomorrow
4. Time Consumer
5. The Velourium Camper III: Al The Killer
6. The Suffering
7. World of Lines
8. Three Evils (Embodied With Love and Shadow)
9. Guns of Summer
10. A Favor House Atlantic
11. In Keeping Secrets Of Silent Earth: 3
Bis:
12. Everything Evil
13. Welcome Home
Ja wyszedłem zachwycony i liczę, że będzie mi dane zobaczyć ich raz jeszcze..."
21:21 - zespół schodzi ze sceny...
22:35 - wędrowiec kończy swoją ostatnią misję - zdobywa autografy wszystkich członków zespołu na plakacie i wreszcie może ruszyć w pokoju do domu...
23:23 - wędrowiec żegna się z Mikko, szalonym Finem, który przyjechał również na koncert Coheed and Cambria z dalekiego portu, Turku.
23:45 - żegna się z drugim wędrowcem i wsiada w powrotny pociąg do swojego domu w nadziei, że to nie był koniec historii, tylko jej początek...
(zdjęcia: rockmetal.pl)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Te, pogadajmy!