Po tegorocznym OFFie i kilku niesamowitych koncertach nie mogłem się powstrzymać od sprawdzenia kilku kapel na jakimś bardziej przyzwoitym poziomie, niż „znam, ale nie słyszałem” albo „no, parę kawałków słyszałem”. I jakoś tak na pierwszy ogień trafił duński Mew, pewnie dlatego, że na koncercie byłem pod dużym wrażeniem zróżnicowania melodii i ciekawymi rozwiązaniami harmonicznymi, a jedyną rzeczą, jaką o nich wiedziałem to jakieś trzy utwory i fakt, że ich ostatni album ma jakiś mega długi tytuł.
Dlatego to trafiłem na ostatni krążek, „No More Stories Are Told Today, I'm Sorry They Washed Away // No More Stories, The World Is Grey, I'm Tired, Let's Wash Away”.
Chyba wiem, dlaczego wcześniej nie słuchałem tej płyty. To przez ten cholerny tytuł! Jakoś kojarzył mi się z cwaniactwem, przekombinowaniem, czymś w stylu „napiszemy długi tytuł, którego nikt nie spamięta i tym samym zostaniemy zauważeni”, ale dobrze, że to były tylko pozory, bo tak, jak książki po okładce się nie ocenia, to płyty po samym tytule też nie.
Dlatego to trafiłem na ostatni krążek, „No More Stories Are Told Today, I'm Sorry They Washed Away // No More Stories, The World Is Grey, I'm Tired, Let's Wash Away”.
Chyba wiem, dlaczego wcześniej nie słuchałem tej płyty. To przez ten cholerny tytuł! Jakoś kojarzył mi się z cwaniactwem, przekombinowaniem, czymś w stylu „napiszemy długi tytuł, którego nikt nie spamięta i tym samym zostaniemy zauważeni”, ale dobrze, że to były tylko pozory, bo tak, jak książki po okładce się nie ocenia, to płyty po samym tytule też nie.
Album otwiera „New Terrain”, czyli rockowo-elektroniczny przebojowy kawałek z miłym tłem, tylko jest mały szkopuł. Grany jest od tyłu, co znacznie odbiera radość słuchania. Chociaż ciekawe jest to, że nawet od tyłu utwór brzmi dobrze. Potem szybkie przejście klawiszy i zagłębiamy się w pierwszy singiel, czyli „Introducing Palace Players”. Już od początku Mew atakuje nas lekko pogmatwaną, para-progresywną rytmiką i zakręconą gitarą. Dochodzą do tego przyjemne organy w tle i tak naprawdę zyskuje się dobry przebój. Za wiele się nie zmienia, długość też jest przyzwoita, może być. Potem mamy „Beach”, czyli lo-fi na sposób Mew, który bardziej kojarzył mi się ze Skandynawią latem niż ciepłym, oceanicznym wybrzeżem. Utwór chwytający za serce, przebojowy, bardzo pseudo-indie. I trwa dość krótko, więc dobrze wchodzi. Jednak po „Beach” przychodzi pora na niszczyciela albumowego, czyli „Repeaterbeater”, kolejny singiel Duńczyków. I tutaj jest krótko, intensywnie i potężnie. Wszystko zdaje się ze sobą zazębiać: gęsta perkusja, kilkugłosowa harmonia, przebojowy riff. W dodatku fakt, że utwór trwa niecałe 3 minuty daje lekkie uczucie niedosytu, przez co chce się rzeczywiście włączyć opcję „repeat”.
Po pierwszym „Intermezzo” nadchodzi troszkę spokojniejsza nuta w postaci ballady „Silas the Magic Car”. Gitary akustyczne i elektryczne, smyczki, fortepian i lekkie przekombinowanie sprawia, że utworu słucha się dość średnio, zależy to dla mnie od nastroju. Pasuje do albumu, ale na wyrywki tak dobrze już nie brzmi. Powolne klawisze prowadzą nas w dalszy ciąg swawolnej, zwiewnej, skandynawskiej podróży przez utwór „Cartoons and Macramé Wounds”, który brzmi niejako jak rozwinięcie „Silasa”. Trwa nawet dłużej i jest więcej kombinacji, ale tutaj one jakoś się zazębiają. Ciekawie został tutaj zastosowany bas, który akcentował takty niczym kolejne przystanki w podróży koleją gdzieś za Kopenhagą. Do tego multi-wokal, który idealnie się zlewa z muzyką sprawia, że jest to naprawdę przyjemna w uchu ballada.
Dalsze zabawy formą mamy w dwóch kolejnych utworach: „Hawaii Dream” i „Hawaii”, gdzie pierwszy jest łącznikiem między dogorywającym „Cartoons…” i wprowadzając nas delikatnie w świat Hawajów. W tym momencie się zastanowiłem, co Mew może mieć wspólnego z ciepłymi wyspami, ale podobnie jest chyba w przypadku Vampire Weekend i ich afrykańskich fascynacji.
Tutaj, ponownie, jak w „Beach”, nie ma stricte tego, co nam się z wakacjami kojarzy, czyli babek z piasku, bikini, fal, aloha i innych hawajskich bzdetów. Brzmi to bardziej jak miejscowość Hawaii w Danii, gdzie miejscowi postanowili wyjść na zewnątrz odziani tylko w liście i serwując dla żartów sok kokosowy. I choć mamy elementy takie, jak ukulele i marimba/ksylofon/coś a’la cymbałki, to jednak tak łatwo człowiek nie daje się nabrać. Ale chyba nie w tym tkwił cel, bo słuchając tego utworu mógłbym nawet w te duńskie Hawaje się wybrać. Pod warunkiem, że zobaczę kelnera odzianego w liście przy minusowej temperaturze. I tak wracając do utworu: dobry, bardzo dobry! Szczególnie intensywniejsze, wybuchające instrumentami elementy, jak koniec.
„Cymbałki” nie kończą się na „Hawaii Dream”, panowie z Mew wykorzystują je dalej przy kawałki zwanym „Vaccine”. Miałem lekkie skojarzenie z ostatnim Bloc Party, bo perkusja w pewnym momencie dawała mi znać: będzie gruby beat, a repetycja linijek wokalu zwiększała to wrażenie. Jednak Mew wyrwało się z tej ramy i zakończyło to w dość apetyczny, gitarowy sposób. Chociaż myślę, że z „Vaccine” mógłby powstać dobry wymiatacz parkietów, gdyby zrobiono go w stylu ściśle elektro.
Później mamy „Tricks of the Trade”, gdzie na pierwszy plan wybija się tło w postaci klaskania, zaprogramowanego beatu przenikającego się gdzieniegdzie z prawdziwą perkusją.
Niby to brzmi całkiem ciekawie, biorąc pod uwagę, że klawisze w Mew są dość ważne i często ciągną utwory za pomocą rozbudowanego drugiego planu. Tutaj to troszkę nie wypaliło. Kawałek jest mdły i nudny.
Drugie „Intermezzo 2” wprowadza nas do „Life Sometimes Isn’t Easy”, które brzmi, jak słodki, popowy, skandynawski kawałek. Duńskie indie, tak to bym określił. I troszkę rytmiki w stylu U2. I śpiewające dzieci. I… przejdźmy dalej, bo to troszkę słaby kawałek jest, chociaż końcówka jest całkiem obiecująca – klimatyczne klawisze, delikatnie przenikające się ciche głosy – skojarzyło mi się to z fragmentem koncertu, a dokładniej utworem „Bear”. Miłe i dreszczowe zakończenie utworu.
Ostatnim akcentem na „No More Stories…” jest „Reprise”, czyli bogate i rozbudowane instrumentarium z lekko shoegaze’ową manierą, gdzie głos robi bardziej jako dodatek do melodii. I lekkim, coraz delikatniejszym motywem, by w końcu zniknąć gdzieś w eterze i tym sposobem płyta się kończy.
Ostatnim akcentem na „No More Stories…” jest „Reprise”, czyli bogate i rozbudowane instrumentarium z lekko shoegaze’ową manierą, gdzie głos robi bardziej jako dodatek do melodii. I lekkim, coraz delikatniejszym motywem, by w końcu zniknąć gdzieś w eterze i tym sposobem płyta się kończy.
Wrażenia: Mew ma smykałkę do łączenia przebojowości z trudnymi, łamanymi rytmami i momentami podchodzącą pod post-rock/Shoegaze/ambient spokojnością, a wszystko w dość dobrych proporcjach, chociaż czasem zdarzało się zbyt wielkie przekombinowanie, choć bez zbędnej pompy. Ogólnie płyta ma bardzo potężny sound, szczególnie jej pierwsza część, gdyż więcej się działo. Koniec jest leniwy, ale nie zawsze można liczyć na wielkie pierdolnięcie, zespół miał widocznie inny zamysł.
Mew to idealny sposób na odkrycie Skandynawii w swoim domu i bardzo chcę, aby w tym domu pozostała jak najdłużej.
Mew to idealny sposób na odkrycie Skandynawii w swoim domu i bardzo chcę, aby w tym domu pozostała jak najdłużej.
Ogólnie rzecz biorąc zgodzę się z twoją recenzją. Mam tylko wątpliwości do new terrain. Przecież i puszczone od przodu i odwrotnie daje taką samą radość słuchania. Dwie różnie piosenki z różnym tekstem. Być może wolisz nervous. ;)
OdpowiedzUsuńŁadnie ich podsumowałeś.