Na naszym rynku był kiedyś bum na zespoły z „The” i końcówką „s” w nazwie. Ale widocznie jeszcze dogorywa, bo powstają jeszcze takie indie świeżynki. Idealnym przykładem jest amerykański The Drums.
Boże, co mnie podkusiło, żeby ich włączyć?!
Boże, co mnie podkusiło, żeby ich włączyć?!
Pierwszy punkt indie spełniony: typowa nazwa jest. Drugi punkt: muzyka. Tutaj też sprawa ma się tak, aby w ten nurt się idealnie wpasować. Kompozycje nie powalają na kolana swoją prostotą. Do tego całe to wysilanie się na brzmienie jak beach rock lat 80-tych, trochę mi się to nie podoba. Kiedy słyszę The Drums, przed oczami mam kiczowaty basen, gdzie kobietki w wielkich okularach i wieśniackich strojach kąpielowych tańczą nad taflą wody, a faceci piętrzą się, wypinają, robią salta do tyłu z trampoliny, żeby im zaimponować. I nawet podobałby mi się widok, ale dopiero w momencie, gdyby zmienić stację radiową na "Złote Przeboje" i włączyć prawdziwą muzykę tych lat, a nie marną podróbkę.
Niestety, w przypadku The Drums taki zabieg nie wyszedł. Oczywiście, nie czerpią tylko z beach rocka. Słychać jeszcze wpływy zespołów Editors/Interpol, szczególnie w takich kawałkach, jak „Let’s Go Surfing”, ale główną inspiracją pozostają cudowne lata 80-te. I nie kryją się z tym za bardzo. Nawet na teledyskach bawią się taką kiczowatą oprawą. Jest to jakiś sposób na dotarcie do ludzi i wybicie się, bo to jest coś innego, ale doprawdy, to już trochę za dużo. Jasne, rozumiem. Teraz mamy nawrót w muzyce takich elementów, ale oni wyskoczyli z tamtej epoki, okrasili trochę swoją muzykę lekką dawką elektroniką, postawili na wokalu Gracjana Roztockiego na pogłosie i dają czadu po świecie. I niby jest to inne, bo czegoś takiego obecnie na rynku nie ma, ale co z tego, skoro po prostu jest to słabe?
Reasumując, The Drums to nie jest zespół, który bym polecił na dłuższą metę. Można tego przesłuchać, można potupać, pochlapać się w basenie w rytmie singlowego „Forever And Ever Amen”, ale nic poza tym. Kawałki, jak wchodzą, tak wychodzą, a w głowie pozostaje tylko takie nieprzyjemne echo w stylu „czekaj, gdzieś już to słyszałem”. I jeśli wtedy przypomnisz sobie, że to było właśnie The Drums, gratuluję. Bo ja świeżo po przesłuchaniu nie mogę sobie przypomnieć niczego poza tym irytującym wokalem, który w głowie zostaje na aż za długo.
KUTAS
OdpowiedzUsuńChociaż się podpisz. I napisz, za co mnie tak nienawidzisz. ;)
OdpowiedzUsuńAż tak kochasz The Drums?