czwartek, 30 września 2010

These Ghosts - You Are Not Lost, You Are Here


Na pewno zdarzyło się w muzycznej karierze każdego z nas, że jako słuchacz w pewnym momencie nie chcemy słuchać masówki, zaś bardzo nas ciągnie do muzyki, której nikt nie zna, a którą będzie się można pochwalić mówiąc „dobry stuff, man” i pokazując ją wszystkim swoim znajomym. Brytyjski These Ghosts jest właśnie takim zespołem, bo posiadając niecałe pięć tysięcy odtworzeń na serwisie last.fm można określić tę grupę jako underground’ową i mało znaną. 

Album „You Are Not Lost, You Are Here” to debiut grupy z Suffolk i jest on dość spójnym kompozycyjnie i muzycznie produktem. Zespół lubi krążyć wokół stylistyki balladowo-rockowej dodając czasem różnego rodzaju pianina czy skrzypce, czy nawet delikatnie przebijające się elektroniczne wstawki dodające uroku i radości słuchania. I pomimo słowa „ballada”, które nieraz napawa mnie obrzydzeniem, tutaj daje mi poczucie komfortu słuchania i zagłębienia się w muzykę. Dźwięki wydobywające się z instrumentów raczej delikatnie mierzwią moje włosy i łaskoczą bębenki, a nie powodują wykrzywianie się mojej twarzy z powodu utartych i powtarzających się w kółko pomysłów na tego typu numery. Jest więc „A Fear Of Flying”, które swoimi partiami smyczkowymi narzuca mi myślenie o zespołach pokroju The Frames, tylko mniej pretensjonalnych. Na uwagę zasługuje też kończące płytę „The Escape” z wolną i pulsującą stopą budującą narastające napięcie. Wszystko trzyma się ambientowej konwencji lekkich wybuchów, które czasem się pojawiają, by potem znów zrzucić całą energię. Następnie sinusoidalnie wracają znów na wysoki poziom. A wszystko to kończy się mglistą otoczką znikającą delikatnie w eterze.

Oprócz samych ballad mamy też utwory działające trochę żywiej na umysł i ciało, jak singlowa „Luna” (do posłuchania tutaj) z uderzająca głośną gitarą zahaczającą gdzieś o post-rockowe terytoria, pulsującym, trochę funkowym basem, a wszystko okraszone dużą dawką gęstej perkusji. Hit murowany, gdyby trafił na szersze wody. I choć wokalista, Calum Duncan, śpiewa jak połączenie Thom’a Yorke’a z Radiohead z Jonasem Bjerre z Mew, to i tak efekt brzmi dość zaskakująco przyjemnie, gdyż ta barwa nie gryzie, a wyraźne wpływy w/w wokalistów dodają tylko smaczku całości.

W przypadku These Ghosts brak rozpoznawalności działa na niekorzyść, bo muzyka, którą tworzą jest dość oryginalna, a jednocześnie zawiera w sobie pierwiastek komercji i zespół mógłby zrobić karierę na Wyspach jako „grupa dla inteligentnych” czy „ambitne i dojrzałe połączenie różnych gatunków muzycznych w jeden wspaniały, cudowny i niesamowity album, którego trzeba posłuchać”. To nic, że zalatują Radiohead. Jak zżynać, to od najlepszych.

środa, 29 września 2010

WaxDolls - High Speed Killer Ride


Elektro przeżywa aktualnie swój renesans, albo to po prostu ja się obudziłem i zacząłem zagłębiać się poważniej w te rejony. W każdym razie muzyczna granda na klubowych deskach występuje nie tylko za sprawą mainstreamowych wykonawców, którzy ściągają zawsze wierną i zawsze szalejącą publikę – niezależnie, jak by było, ale także, a właściwie przede wszystkim poprzez wszystkie undergroundowe, nikomu nie znane kolektywy. I właśnie taką grupę chcę opisać, gdyż jako podstawa systemu elektro musi być mocna, solidna i robić wspaniałą rozwałkę na koncertach. WaxDolls spełnia wszystkie te warunki.

Płyta „High Speed Killer Ride”, bo o niej mowa będzie w dzisiejszym tekście to dość intensywna i energetyczna składanka potężnych dźwięków, które uderzają prosto w bębenki. Duet z Gent określa się jako electro-punk i można uznać to nawet za trafny gatunek, bo jest sporo elektro, które uderza w kilku fazach.

Faza 1: wstęp
Pierwsze przesłuchanie. Tutaj mamy do czynienia ze wspaniałym przemieszaniem organów od mocnego uderzenia basu, który w każdym kawałku bije, aż miło.

Faza 2: więcej mocy!
Oprócz samych basów zaczynamy zauważać coraz więcej przestrzennych i nawet rozbudowanych partii klawiszy, które łączą się w ciekawe i chwytliwe kompozycje. Chopin to nie będzie, ale kto się tego spodziewał w takiej muzyce?!

Faza 3: łokurwa.
To jest moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ciało jest w konwulsjach w wyniku  przeciążenia dźwięków dobitnie atakujących Twoje uszy i za pomocą sygnałów elektrycznych docierających do Twojego mózgu. Muzyka żyje w Tobie, a Ty w niej. Wtedy elektro jest Twoim życiem, a ty zaraz kupujesz pierwszy możliwy bilet na Pukkelpop czy I Love Techno! Lecisz i oglądasz więcej takich grup, które powalają niesamowitym brzmieniem, gigantycznym uderzeniem, a przede wszystkim wspaniałą i czystą energią, która do Ciebie dociera.

WaxDolls nagrywając ten album zrobiła kawał świetnej roboty. Dużo elektro, trochę punka (przede wszystkim w aspekcie perkusyjnym) – wszystko łączy się w 40 minut wspaniałej muzyki, od której ciężko się oderwać. I więcej nie trzeba mówić. To trzeba przeżyć.

poniedziałek, 27 września 2010

Filmowa Przelotka 3

Od ostatniej "Przelotki" trochę mi się nazbierało. Nie napisałem też o wszystkim, żeby zwyczajnie nie zanudzić. Druga część za jakiś czas (za jakieś 4-5 filmów).
Wprowadziłem też dla was, leniuchów, aktywne linki do trailerów, gdyby kogoś zainteresował jakiś tytuł!

Fala – po niemiecku o totalitaryzmie. Historia oparta na faktach, w której to pewien nauczyciel w ramach projektu poświęconego różnym rodzajom władzy postanawia wprowadzić w pewnej klasie eksperyment polegający na stworzeniu totalitarnego tworu na okres tygodnia szkolnego. Jednak sytuacja wymaga mu się troszkę spod kontroli, a tytułowa „Fala” zaczyna żyć własnym życiem.
Trzyma w napięciu.
7/10

Obiecaj Mi! – mała, serbska wieś, a w niej dziadzio-wynalazca i jego niesforny, nastoletni wnuczek. W pewnym momencie dziadzio zauważa, że powoli umiera, bo jest stary i swojemu wnukowi każe ruszyć na miasto i zdobyć trzy rzeczy: ikonę, pamiątkę i żonę.
Dodajmy do tego fakt, że reżyserem był Emir Kusturica i więcej pisać nie trzeba.
To trzeba zobaczyć!
8/10

Constantine – Keanu Reeves jako John Constantine – genialny i bezczelny egzorcysta, który czuje w kościach, że zbliża się koniec świata, bo 1) powoli umiera z powodu raka płuc, 2) demony pojawiają się w naszym świecie, czego na ogół nie robią. Jatka, dobre teksty i jedna z lepszych ról „smutnego Keanu”.
7/10.

Superbad – dwójka przyjaciół postanawia zaszaleć na koniec roku i chcą na bibę! Muszą kupić alkohol na fałszywy dowód i po drodze dzieją się liczne, dantejskie sceny. W sumie fabuła zakrawa na poziom American Pie, jednak mimo to film ogląda się niesamowicie, szczególnie za sprawą trzech głównych aktórów: Jonah Hil, Michael Cera i Christopher Mintz-Plasse. Choć „fuck” liczymy na setki, to i tak jest to rozrywka, która wcale nie jest tak głupia, jak się z początku wydaje.
6/10.
(przy okazji Michael’a Cera czekam na to! - Scott Pilgrim vs. The World)

 

Coś – klasyk Johna Carpentera z 1982 roku. Na Grenlandii lądują kosmici i trafiają na amerykańską stację badawczą, bo jakżeby inaczej? W każdym razie film jest naprawdę popaprany, chociaż w tym szaleństwie jest metoda i aż chce się oglądać chodzące głowy i natychmiastowe rozkłady ciał. Powinien stać na półce obok Obcego!
9/10.


Obywatel Kane – amerykański film wszech czasów według jakichś tam komisji. W sumie mogę się zgodzić, bo wyprzedza swoją epokę (nagrany w latach 1940-1941) o kilkadziesiąt lat. Historia opowiada o magnacie prasowym zwanym Charles Foster Kane, który w chwili swojej śmierci wypowiada jakże tajemniczą kwestię „Różyczka”. Pewien zapalony dziennikarz postanawia sprawę wyjaśnić, więc rusza na poszukiwanie osób, z którymi Kane miał styczność za życia. Te opowiadają mu różne epizody z jego błyskotliwego życia. Reżyser Orson Welles (znany też z legendarnej audycji radiowej Wojna Światów) oparł historię na prawdziwej postaci magnata prasowego, z którym później przyszło prowadzić mu wojnę, do tego wplatał wątki autobiograficzne i stworzył niesamowitą postać Kane’a, którą zresztą sam zagrał. Takie filmy ogląda się naprawdę rzadko, a Obywatel Kane to klasyk, którego nie można przegapić.
10/10!
(Oprócz samego filmu polecam także dokument „Battle over Citizen Kane” wyjaśniający cały kontekst powstawania historii Kane’a!)



Salt – piękna Angelina Jolie jako rosyjski szpieg, który uaktywnia się po latach przebywania w USA w jednym celu – zabić prezydenta i rozpocząć tym samym gigantyczny konflikt między dwoma największymi mocarstwami świata. Choć obraz czasem powalał swoją nierealnością i niedociągnięciami, to jednak świetnie oglądało się film jako niezobowiązującą rozrywkę. A Jolie montująca rakietę ze stołu i kilku środków chemicznych to absolutny hit!
I Olbrychski gra rosyjską szychę, dobrze!
6/10.

 

Wszystkie Boże Dzieci Tańczą – film na kanwie opowiadania japońskiego pisarza, Haruki Murakami’ego. Historia chłopaka imieniem Kengo, który szuka siebie samego w gęstwinie przemyśleń i świat mu za bardzo w tym nie pomaga. Żyje w USA ze swoją chorobliwie religijną matką, która zainfekowała jego myślenie, przez co główny bohater wpada w „kompleks syna Boga” i zaczyna poszukiwania odpowiedzi na pytania nurtujące jego jestestwo.
Całkiem nieźle oddana natura stylu Murakami’ego. Trochę papierowe postaci, które jednak swoimi przemyśleniami i psychodelicznym zachowaniem doprowadzają do odpowiedzi, które stawiane są przez cały obraz.
7/10.


Avatar (wersja rozszerzona) – choć sam film jest wszystkim znany, bo historia Pocahontas przeniesiona na kosmiczny grunt to gigantyczny sukces James’a Camerona, to sama wersja rozszerzona nie ma właściwie żadnej różnicy z oryginałem.
8 minut dodatkowych scen, takich jak golenie czy 10-sekundowy seks Na’vi, by naciągnąć widza na kolejne 20 zł – nieładnie.
Samego filmu oceniać nie będę, ale za rozszerzenie daję 2/10, bo golenie było fajne.

 

The Hurt Locker – gigantyczna niespodzianka na rozdaniu Oskarów, gdyż reżyserka, Kathryn Bigelow, zabiera pewniakowi w postaci „Avatara” James’a  Cameron’a (notabene, jej były mąż) statuetkę za reżyserię i za najlepszy film. Historia sapera robiącego w Iraku nie jest wielce porywająca i jakoś nie zasługuje na sześć Oskarów, ale i tak jest to dość dobry film. Chociaż rozumiem motywację Akademii – patriotyzm ponad wszystko.
7/10.

 

0_1_0 – polski film o problemach współczesnych ludzi. Siedem luźno połączonych ze sobą historii pokazujących problemy, z jakimi boryka się społeczeństwo: sadomasochistyczne zapędy, samobójcze próby, poczucia winy wszelkiej maści, zmiany płci. Trochę to wszystko przerysowane, co nie zmienia faktu, że film Piotra Łazarkiewicza to coś, co można przełknąć i nawet się nie zakrztusić.
5,5/10.

 

Święty Interes – dwóch braci – „Popiełuszko” i „Jan Paweł II” (Woronowicz i Adamczyk) dostaje spadek po swoim zmarłym ojcu – samochód. A okazuje się, że czyni cuda, bo wcześniej ponoć należał do papieża-Polaka.
Historia trochę przerysowana, czasem po prostu nudna, jednak pięknie pokazuje obraz polskiej wsi.
4/10.

sobota, 25 września 2010

Therion - Sitra Ahra


Skandynawowie dziwni są. Ich rozstrzał muzycznych zainteresowań nieraz powala. Z jednej strony kraina metalu najróżniejszego rodzaju, gdzie wykonawców liczymy na tysiące i każdy może wymyślić coś zupełnie innowacyjnego i przez to w tamtejszych Saturnach, Media Marktach i innych tego typu sklepach są osobne ściany dla metalu. Z drugiej strony atakują nas zewsząd różnorakimi spokojnymi i akustycznymi dźwiękami, gdzie możemy rozpłynąć się nad krajobrazem delikatnych, białych płatków śniegu z gracją spadających na puchatą ziemię, bla, bla, bla.

Wróćmy do opcji pierwszej. Zespołem, na którym skupić się chcę w dzisiejszej recenzji jest Therion – czyli jedna z ważniejszych nazw w świecie symfonicznego metalu. I chociaż sama nazwa jest niesamowicie absurdalna, bo przecie orkiestry i chóry nijak się mają do ostrych i rzęsistych riffów, które miażdżą głowę, prawda? I tu jest lekcja dla wszystkich – skrzypce pasują do metalu, jak mało co. + miliard do epickości.

Therion, a właściwie jego głowa – Christofer Johnsson to muzyczny wizjoner, który podróżuje po różnorakich gatunkach muzycznych wrzucając wszystko do worka zwanego „symfoniczny metal”. W pewnym momencie swojej kariery zapędził się tak bardzo, że zrobił chóralno-orkiestrowo-gitarową miazgę w postaci „Deggial”, jednak tam już tego metalu, tej „rzeźni” właściwie nie było. Wyhamował więc, skręcił trochę w lewo (bo lewica to szatana strona) i zaczął wydawać rzeczy bardziej z pazurem.
Od ostatniego czasu, kiedy usłyszeliśmy o studyjnym Therionie minęły trzy lata. Wtedy to zespół wydał dwupłytowe wydawnictwo, jakim było „Gothic Kabbalah”. Nowe i odświeżone brzmienie grupy budziło lekkie obawy, jednak i tak było świetnie przyjęte przez publikę. Polacy, jak nie wiecie, kochają Theriona bardzo. Z wzajemnością, bo zespół często przyjeżdża, lubi tu grać, bo ma tutaj sporą bazę oddanych fanów, którzy czekają na każdą możliwość zobaczenia zespołu na żywo.

A teraz mamy 2010 i pojawiło się na rynku „Sitra Ahra”, które jest niemałym zaskoczeniem dla osób, które spodziewały się kontynuacji poprzedniej płyty. Zmiana większości składu przyniosła swoje żniwo, bo jest bardziej zróżnicowanie, niż kiedykolwiek. Therion zahacza na nowym albumie nie tylko o rejony metalu. Jest pełno folku wszechobecnego na płycie, pojawiają się też melodie, które można nazwać „epickim popem” – radosne, niemal taneczne utwory, które po pewnej przeróbce i usunięciu epickości w postaci chóru oraz i orkiestry, oraz dodaniu sporej dawki elektroniki stworzyłoby hit parkietu („Cú Chulainn”). Dodatkowo zespół zaskakuje użyciem nowych instrumentów, jak harmonijka wykonująca nagle solo w w towarzystwie fletu („Land of Canaan”).

Nie brakuje jednak tego, co w Therionie najlepsze – pełno chórów, orkiestry, kosmiczne riffy, epickie solówki. Miłym dla ucha dodatkiem jest trzecia, najcięższa i najbardziej surowa część cyklu „Kali Yuga” stanowiącej uzupełnienie pozostałych dwóch części znajdujących się na płycie „Sirius B”. 

Bestia* zaskakuje, bestia ewoluuje. Wylano na nią jakiś radioaktywny środek i przez to zmieniła się w majestatyczny, wspaniały twór. Nowa wersja Theriona to świeże i innowacyjne podejście do symfonicznego metalu, które na długo zostaje w głowie. Pomimo tylu lat na scenie zespół ciągle eksperymentuje, zmienia swoje brzmienie, by ciągle być na fali, ciągle być popularnym. Niechaj Bestia długo żyje!

*Therion - z gr. bestia

środa, 22 września 2010

Coma - Excess


Coma to zespół, który różnie jest odbierany przez wszelakie osobistości. Przez jednych uwielbiany za to, że mają „pałera”, grają ostro, a teksty Roguckiego to czysty geniusz i nowy Mickiewicz. Dla innych Coma to najzwyczajniej w świecie zerżnięty patent gitarowy, gdzie ciągle grają to samo i tak samo, a wspomniany Rogucki, to nikt inny, jak tylko zakompleksiony grafoman. Myślę, że nienawiść oprócz samej muzyki jest też spowodowana tym, iż Coma gra w każdym mieście mniej więcej z częstotliwością trzech razy do roku i zaczyna ludzi nudzić tak, jak Kult. Dlatego starają się modyfikować trochę swój repertuar. Koncerty symfoniczne, zbliżają się trasa akustyczna – to zwiększa choć trochę różnorodność ich muzyki. Poza tym, jak każdy rasowy zespół z Polski robią wszystko, aby wybić się trochę dalej niż granice swojego własnego kraju. Przez to najbardziej płyta, której zespół zawdzięcza najszersze spektrum widzów, „Hipertrofia”, trafiła pod językową obróbkę i powstał europejski produkt zwany „Excess”.

Warstwy muzycznej za bardzo nie ma jak oceniać, a to ze względu, że użyto bez wątpienia ścieżek z polskiej wersji płyty. Nie słychać zmian w porównaniu z „Hipertrofią” poza kilkoma wyjątkami, jak wstęp do „Poisonous Plants”, gdzie dodali trochę szumów podchodzących pod przerywniki, którymi Coma raczyła nas na ostatnim albumie.
W wypadku „Excess” uwagę trzeba zwrócić na teksty, bo one są główną zmianą. Po angielsku wszystko brzmi lepiej, więc nieskładne fragmenty nie rażą tak bardzo. Zrezygnowano także ze sposobu dosłownego tłumaczenia i czasem teksty w pewnym stopniu odchodzą od oryginału. Tak więc „Zero Osiem Wojna” stało się „Struggle”, a treść, choć podobna, bo sens mniej więcej podobny, potrafi znacznie się odróżnić.

Angielski refren:
If you don't use your lazy brain every day,
It leaves the struggle and it's dying away,
Once I was told that it'll be this way:
"In toil you'll struggle all your days till the end"

Polski refren:
Wyobraźnia, gdy przymiera głodem
Zaprzestaje prowadzenia wojen
A jak powiedział wieczny prezydent
W niezmiennej wojnie pomnażajcie treść

Z drugiej strony polskie teksty brzmiały, jak bardziej dopasowane do całości utworu, a angielskie odpowiedniki wydają się trochę niedorobione i nawet tak rytmicznie niezgrane, jak w „Confusion” („Zamęt”), gdzie polska końcówka idealnie podchodzi pod melodię, zaś angielska wersja brzmi, jakby Rogucki ledwo zdążał z wyśpiewywaniem fraz. Dodatkowo sam Rogucki na całości albumu brzmi czasem bardzo niewyraźnie. Do tego stopnia, że często zastanawiam się, co właściwie zaśpiewał i w jakim języku to było.

Dodatkiem, którego na „Hipetrofii” nie było to trzy premierowe utwory: „F.T.P. (Fuck The Police)” i „F.T.M.O. (Feel The Music’s Over)” – dwa utwory stworzone na potrzeby filmu „Skrzydlate Świnie”, gdzie Piotr Rogucki gra jedną z ważniejszych ról. Pierwszy to zwyczajna nawalanka ostrym riffem i, wbrew pozorom, zwyczajnym tekstem o miłości. Drugi zaś to wyraźne wpływy ostatniej płyty, gdyż utwór bardziej stonowany, podchodzący pod najnowsze brzmienie Comy za sprawą specjalnie ustawionych gitar i spokojnie rozwijającego się środka. Trzecim kawałkiem jest niespodziewanie „T.B.T.R. (Turn Back The River)” – jeden ze starszych utworów łódzkiego kwintetu powstały jeszcze jeszcze przed czasem debiutu, więc brzmi on jak klasyczny utwór Comy, ale z nowymi elementami, jak lekkie polifonie, które dodają niesamowitego uroku.

Reasumując, Coma z „Excess” może spróbować wyjść trochę dalej niż Polska. W końcu tego można życzyć każdemu zespołowi, który robi dobrą karierę w naszym kraju. Właściwie jaki rockman nie marzy o tym, by nie pójść krok dalej? Zacząć poznawać nowe miejsca, a nie te same kluby, te same twarze, to samo miejsce? Płyta trzyma naprawdę dobry poziom, więc czemu nie spróbować? Przynajmniej ta grupa nienawidząca zespół będzie miała powody do radości, jeśli rzadziej trafiać będą do naszych rodzimych klubów niż te trzy razy na rok. Życzę więc Comie jak najlepiej!

wtorek, 21 września 2010

Brodka - Granda


Na początku swojej kariery Monika Brodka była ugrzecznioną dziewczyną, która lubiła tworzyć rzewne piosenki obijając się o pop czy soul. Tak było na obu albumach, jakimi były „Album” i „Moje Piosenki”. Nastąpiła medialna i muzyczna absencja, dziewczyna zastanowiła się nad tym, czego tak naprawdę oczekuje od siebie jako artystki. Bogatsza o nowe doświadczenia postanowiła zaskoczyć wszystkich – tak powstała „Granda”.

Uderzając w elektroniczno-folkowe terytoria Brodka trafiła w samo sedno, odświeżając trochę pojęcie o muzyce pop. Instrumentów jest tu mnogo. Mamy nie tylko klasyczne gitary, basy i perkusje. Usłyszymy m.in. partie skrzypiec, altówki, dudy, a wszystko dodatkowo okraszone różnymi programowanymi beatami, efektami, klawiszami midi i innymi darami Pani Elektroniki. Przez to wszystko płyta brzmi wyjątkowo świeżo i potężnie.

Muzyka na albumie to gigantyczny rozstrzał pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi, jakich mnogo jest na „Grandzie”. „Syberia” to ukłon w stronę akustycznych ballad w stylu country, „K.O.” atakuje nas rozbudowanymi skrzypcami kojarzącymi z bondowskim, pseudo-szelmowskim klimatem, „Bez tytułu” pobrzmiewa echem gitar pokroju Radiohead, zaś singlowe „W pięciu smakach” to szalone połączenie folkowych motywów z nieziemską perkusją i elektronicznymi wstawkami wprawiających całość w kosmiczny ruch – przy tym utworze nie da się wysiedzieć na spokojnie w miejscu.

Rozwój Brodki nie ogranicza się jedynie do muzyki. Wokalnie słychać również wyraźną zmianę, gdyż Monika zaczyna rozumieć, że głos jest także instrumentem. Dostosowuje swój wokal do różnych konwencji. Potrafi pośpiewać niczym mała dziewczynka („Szysza”), by nagle zaskoczyć niskim i seksownym wokalem („Saute”), co zwiększa tylko wrażenia odbiorcze albumu. 

Podobnie sprawa ma się do tekstów. Brodka ostrożnie stąpa po lirycznej linie i napisała jedynie część warstwy słownej w „Grandzie”. Pozostałe są autorstwem Radka Łukasiewicza z zespołu Pustki, znalazł się także jeden („Saute”) napisany przez Jacka „Budynia” Szymkiewicza – główny filar alternatywnego Pogodno. Tekstowe eksperymenty i wywijasy nieraz zahaczające o lekką grafomanię to ważny i ciągle pulsujący element „Grandy”. Nadmieńmy chociaż „Kropki Kreski”: To początek, wschód słońc/I drżenie w kącikach ust/Wielkie oczy ma strach/Palcem pogrożę mu. Teksty wzruszające i zabawne w połączeniu z melodią czynią cuda.

Teraz Monika Brodka ma 23 lata, zwyciężając „Idola” miała niespełna 18. Logicznym więc jest jej rozwój na tle wokalno-twórczym. Przez to wszystko „Granda”  jest czymś nowym i świeżym – kolejnym krokiem na jej drodze rozwoju. W internetowym chaosie czytałem miliard opinii pt. „kopia Nosowskiej, kopia Peszek”, ale myślę, że wynika to z tego powodu, że Nosowska jest jakimś guru polskich, ambitnych wokalistek, więc Brodka wydając „Grandę” – płytę ambitną, grozi jej pozycji. A ja jestem ciekaw, co będzie dalej, bo będąc w wieku staro-studenckim ma się jeszcze wiele czasu, by podszkolić swój kunszt i pokazać pełen potencjał, a „Granda” jest najlepszym dowodem na to, że Brodka do powiedzenia ma wiele, zaś pop może być ambitny, nieprzewidywalny. I takich utworów, jak wieńczące album „Excipit” życzę każdej wokalistce.