Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brodka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brodka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 listopada 2010

Była granda! I to jaka! BRODKA W KULTOWEJ

Piątkowy wieczór upłynął mi pod znakiem dobrej imprezy. W piątkowy wieczór nie wypada siedzieć tak w domu, bo ponoć to niepoprawnie, poza tym za często gniję w moich czterech ścianach i postanowiłem wyruszyć, by się dobrze wybawić. A gdzie było centrum zabawy dnia wczorajszego? Bez zająknięcia powiem: wrocławski klub Kultowa. A dlaczego? Za sprawą sympatycznej dwudziestokilkulatki, która zrobiła oszałamiający koncert w centrum Wrocławia rozpoczynając w tym mieście trasę swojej nowej płyty, która wygenerowała niemały szum w światku muzyki rozrywkowej. A nie może być to nikt inny, jak Monika Brodka ze swoją „Grandą”.

W wieczór piątkowy kluby na ogół są oblegane i trudno znaleźć miejsce dla siebie. Kultowa przed tym się też nie uchroniła, gdyż z każdą chwilą chętnych imprezowiczów przybywało coraz więcej. Nie dość, że kolejka była długa, to odwracając co rusz głowę w stronę przeciwną do wejścia obserwowało się coraz więcej ludzi stojących jeszcze dalej niż ja. Przybywali mniej więcej w tempie 10-15 osób na minutę, a rządek się nie zmniejszał. Wręcz przeciwnie, szedł dalej i dalej, i dalej. O tym, jak dużo ludzi było świadczyć może fakt, że połowa ludzi przybyła na koncert w kurtkach, bo w szatniach nie było już miejsca. I właściwie cud sprawił, że znalazłem się w drugim rzędzie, by obserwować to, co dziać się będzie na scenie.

Zaczęło się od Sorry Boys. Panie i panowie debiutanci niedawno, bo w ósmy dzień listopada wydali swój debiutancki krążek „Hard Working Classes” i trasa z Brodką jest skuteczną reklamą, bo patrząc po frekwencji, wiele osób może zainteresować się tą grupą. Sam koncert wypadł dość dobrze z wyjątkowo subiektywnego punktu widzenia. Zagrali miły i przyjemny dla ucha koncert, który rozruszał ludzi. Pokazał też zespół jako dobrych instrumentalistów nie bojących się kombinować z różnorakimi stylami. Głos Izabeli Komoszyńskiej skakał sinusoidalnie od dołów, aż po wysokie falseciki i dodawało to jakiejś różnorodności. Trochę Bjork, trochę Camera Obscura. Za to ładnie, zgrabnie i powabnie. W każdym razie nie zanudzili, a jak na support, to duży sukces!

Chwila wyczekiwania i ku wielkiej uciesze gawiedzi zjawiła się Ona. W pięknej, kolorowej sukience, z misiem na plecach i uśmiechem na twarzy. Szczerze zdziwiona, że aż tyle ludzi przybyło na koncert, bo warto nadmienić, iż Wrocław rozpoczął wielką grandę będąc pierwszym przystankiem na trasie. Poleciał „Hejnał” zmiksowany z „Bez tytułu” jako szaleńcze intro, później było już tylko lepiej. Materiał z „Grandy” został zagrany niemal w całości (oprócz akustycznej „Syberii”) z licznym wykorzystaniem wgranych sampli wspartych sekcją instrumentalną. Szał publiczności na „W pięciu smakach”, „Krzyżówce dnia” czy tytułowym utworze wzrastał z kolejną nutą. Brodka niczym prowodyr, niczym wódz prowadziła przekrojowo przez całą płytę. Rozkładała ją na części pierwsze, dorzucała świetny i dopracowany wokal, podawała energię, tańczyła, wirowała, skakała, uderzała w dzwonki, dwoiła się i troiła, by zachwycić rozochoconą publikę. Ale na samych nowych utworach się nie skończyło. Pojawiły się trzy covery, pełne inwencji twórczej i elektro-wrażliwości. „Two Times” z repertuaru Ann Lee dostał lekko funkowej nuty, „King Of My Castle” jako przejście po „Grandzie” ładnie się scaliło i zabłysnęło elektro-folkową stylistyką, a „We Used To Wait” autorstwa Arcade Fire zachwyciło swoim klimatem i użyciem omnichordu. Miłym akcentem była także swobodna przeróbka „Dziewczyny mojego chłopaka” w iście dance’owym stylu, który rozbrajał i budził nogi do szaleńczego pląsu. Szkoda, że tylko jeden stary szlagier został przekształcony na nową modę, ale lepszy rydz niż nic, a w szczególności tak świetny.

Nowa Brodka budzi zachwyt, tutaj nie ma wątpliwości. Frekwencja pokazała, że zmiana stylu skomercjalizowała jej muzykę, przeniosła ją daleko do szerokiego grona odbiorców. A ona na koncertach trafia do słuchacza w sposób wyjątkowy i radosny. Atmosfera tęczy, kwiatków i czystego uśmiechu udzieliła się każdemu, bo rzadko się zdarza, żeby wokalistka, i to tak młoda, przyciągała tabuny ludzi, wywracała ich mózgi do góry nogami, sprawiła, by skakali jak najęci, śpiewali wszystkie teksty, wydzielali krew, pot i endorfiny w hektolitrach. Brodka wyszła z tego koncertu obronną ręką i na szczęście granda zamiast degrengolady udała się w stu procentach.

zdj: Nieustraszona Maria Grudowska

wtorek, 21 września 2010

Brodka - Granda


Na początku swojej kariery Monika Brodka była ugrzecznioną dziewczyną, która lubiła tworzyć rzewne piosenki obijając się o pop czy soul. Tak było na obu albumach, jakimi były „Album” i „Moje Piosenki”. Nastąpiła medialna i muzyczna absencja, dziewczyna zastanowiła się nad tym, czego tak naprawdę oczekuje od siebie jako artystki. Bogatsza o nowe doświadczenia postanowiła zaskoczyć wszystkich – tak powstała „Granda”.

Uderzając w elektroniczno-folkowe terytoria Brodka trafiła w samo sedno, odświeżając trochę pojęcie o muzyce pop. Instrumentów jest tu mnogo. Mamy nie tylko klasyczne gitary, basy i perkusje. Usłyszymy m.in. partie skrzypiec, altówki, dudy, a wszystko dodatkowo okraszone różnymi programowanymi beatami, efektami, klawiszami midi i innymi darami Pani Elektroniki. Przez to wszystko płyta brzmi wyjątkowo świeżo i potężnie.

Muzyka na albumie to gigantyczny rozstrzał pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi, jakich mnogo jest na „Grandzie”. „Syberia” to ukłon w stronę akustycznych ballad w stylu country, „K.O.” atakuje nas rozbudowanymi skrzypcami kojarzącymi z bondowskim, pseudo-szelmowskim klimatem, „Bez tytułu” pobrzmiewa echem gitar pokroju Radiohead, zaś singlowe „W pięciu smakach” to szalone połączenie folkowych motywów z nieziemską perkusją i elektronicznymi wstawkami wprawiających całość w kosmiczny ruch – przy tym utworze nie da się wysiedzieć na spokojnie w miejscu.

Rozwój Brodki nie ogranicza się jedynie do muzyki. Wokalnie słychać również wyraźną zmianę, gdyż Monika zaczyna rozumieć, że głos jest także instrumentem. Dostosowuje swój wokal do różnych konwencji. Potrafi pośpiewać niczym mała dziewczynka („Szysza”), by nagle zaskoczyć niskim i seksownym wokalem („Saute”), co zwiększa tylko wrażenia odbiorcze albumu. 

Podobnie sprawa ma się do tekstów. Brodka ostrożnie stąpa po lirycznej linie i napisała jedynie część warstwy słownej w „Grandzie”. Pozostałe są autorstwem Radka Łukasiewicza z zespołu Pustki, znalazł się także jeden („Saute”) napisany przez Jacka „Budynia” Szymkiewicza – główny filar alternatywnego Pogodno. Tekstowe eksperymenty i wywijasy nieraz zahaczające o lekką grafomanię to ważny i ciągle pulsujący element „Grandy”. Nadmieńmy chociaż „Kropki Kreski”: To początek, wschód słońc/I drżenie w kącikach ust/Wielkie oczy ma strach/Palcem pogrożę mu. Teksty wzruszające i zabawne w połączeniu z melodią czynią cuda.

Teraz Monika Brodka ma 23 lata, zwyciężając „Idola” miała niespełna 18. Logicznym więc jest jej rozwój na tle wokalno-twórczym. Przez to wszystko „Granda”  jest czymś nowym i świeżym – kolejnym krokiem na jej drodze rozwoju. W internetowym chaosie czytałem miliard opinii pt. „kopia Nosowskiej, kopia Peszek”, ale myślę, że wynika to z tego powodu, że Nosowska jest jakimś guru polskich, ambitnych wokalistek, więc Brodka wydając „Grandę” – płytę ambitną, grozi jej pozycji. A ja jestem ciekaw, co będzie dalej, bo będąc w wieku staro-studenckim ma się jeszcze wiele czasu, by podszkolić swój kunszt i pokazać pełen potencjał, a „Granda” jest najlepszym dowodem na to, że Brodka do powiedzenia ma wiele, zaś pop może być ambitny, nieprzewidywalny. I takich utworów, jak wieńczące album „Excipit” życzę każdej wokalistce.