czwartek, 9 września 2010

Weezer - Hurley


Weezer to taki zespół z serii „posłucham, a potem wyleci mi z głowy”. Wierzyłem jednak, że może taka opinia zmieni się wraz z wydaniem najnowszego albumu o nazwie „Hurley”. I coś tam drgnęło, muszę przyznać.

Panowie grają już od 1994 roku i wydają płyty na pewnej zasadzie – proste, chwytliwe melodie, nieskomplikowane teksty, a w to wszystko wkradnie się gdzieś lekka przebojowość i dziwność. Skoro mamy 2010, a oni wydają kolejne albumy, to coś w tej technice musi być.

Weezer zdaje się zmierzać drogą, jaką sobie obrali na poprzednim albumie, „Red Album”, czyli idą z duchem czasu. Lekko wkradają elektronikę, która nawinie się w całkiem przyjemny sposób, jak refren otwierającego płytę „Memories”. Do tego dalej jest lekko niepoważnie, o czym może świadczyć warstwa liryczna płyty. Nadmieńmy chociażby takie „Where’s my sex?”: “Mom made my sex/She knitted it with her hands/Sex-making is a family tradition/Going back to the caveman days”. Trochę z jajem, ale przynajmniej kryje się pod tym jakaś metafora. Motyw powrotu do ojczyzny zapewne. Chociaż mówiąc teraz jak najbardziej poważnie, teksty są dość proste i zwyczajne, a tyczą się różnorakich aspektów życia, lecz wszystko to ma czasem drugie dno i najzwyklejsza historia po którymś przeczytaniu tekstu z kolei daje nam obraz, że Weezer to nie tylko ot, taki zespolik, który pośpiewa i nic za tym nie idzie. Mają ukryte przesłanie, chociaż trzeba się do niego dokopać.

Wracając do muzyki, tutaj nie ma większych niespodzianek. Zespół dalej trzyma się kursu pt. „trzy akordy, darcie mordy”, chociaż już nie do końca. Podstawowe gitary wciąż uparcie grają podstawowe riffy aż do znudzenia, ale pojawiło się sporo interesujących elementów, które znacznie poszerzyły spektrum odbioru Weezera. Chwytliwe motywy a’la The Rasmus („Brave New World”), akustyczne zabawy w stylu Kasabian („Time Flies”), budowanie napięcia od smutnej paplaniny do około-grungowego zakończenia ze skrzypcami w tle („Unspoken”). Muzyka na pewno jest bogatsza niż na albumie poprzednim, a to zapisuje się na plus, jak najbardziej.

Zaś wokal Riversa Cuomo dla mnie zawsze pozostawał ciekawą postacią z przeciętną barwą głosu. Brzmi czasem, jak taki sąsiad z naprzeciwka, który śpiewa sobie do Singstara, ale przykładając się robi o wiele więcej. Facet z jednej strony leci delikatnym i spokojnym wokalem przy balladkach, robi lekkie i sympatyczne chrypki w pop-punkowych refrenach, a do tego wyciąga dość wysokie nuty i to bez wielkiego problemu. Na „Hurley” został bardzo wyeksponowany, przez co płyty się lepiej słucha. Do tego ładnie zgrywa się z muzyką śpiewając proste, melodyjne frazy, które łatwo zostają w głowie.

To jest chyba przepis na sukces. Grać prosto, ale jednak nie za prosto. Kombinować, ale bez przesady. Ładnie śpiewać, ale nie dodawać niepotrzebnych dźwięków. Wszystko ładnie wyważyć, by brzmieć jak zwyczajna kapela, która jednak ma w sobie coś, co pozostaje na troszkę dłużej. Weezer w końcu wypracował sobie sposób, by zatrzymać słuchacza na trochę dłużej niż trzy przesłuchania. Może „Blue Album” to to nie jest, ale „Hurley” to naprawdę przyjemna płyta, która pokazuje, że pomimo pewnego stałego pomysłu można zrobić coś, co będzie dobre i jak najbardziej na czasie.

P.S. Dowiedziałem się dzisiaj, że nazwa płyty, jak i okładka to postać Hurley'a z serialu "Lost". Chociaż za wiele to nie zmienia.

4 komentarze:

  1. Nie jestem pewien czy kiedykolwiek wspominałem, jestem fanem każdej osoby, która po Pinkertonie słucha płyt Weezer – i to do końca.

    OdpowiedzUsuń
  2. Po "Red Album" było jeszcze "Raditude".

    OdpowiedzUsuń
  3. A, faktycznie!
    Nie miałem przyjemności słuchać tej płyty, ale spodziewam się, że nie będzie specjalnie odbiegała od tego, co słyszeliśmy już na pozostałych albumach! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyjemności? To było chyba najgorsze co wyszło z pod skrzydeł Weezer. Zero przebojowości, nie wspominając o oryginalność.

    OdpowiedzUsuń

Te, pogadajmy!