Co powstanie, jeżeli znajdziemy kilku mężczyzn, których łączy wspólna pasja do tworzenia muzyki? Odpowiedź jest prosta - kolektyw, grupa, zespół. Ale co, jeśli ci mężczyźni uwielbiają nietypowe instrumenty, a mianowicie stare syntezatory, kiepskiej jakości klawikordy, niemal zabawkowe sprzęty sprzed kilkudziesięciu lat? Odpowiedzią na to pytanie jest Apparat Organ Quartet.
Grupę tę założył Islandczyk, Jóhann Jóhansson w roku 2002, kiedy to wraz z kilkoma sympatykami starych instrumentów założyli elektroniczny kolektyw, który łączy 8-bitowe granie z rockową energią wydając album zwany po prostu "Apparat Organ Quartet", który natychmiastowo przysporzył dość dużą bazę fanów, nie tylko na Islandii. Jednak na godnego następcę przyszło nam czekać 8 lat, gdyż dopiero w tym roku został wydany drugi album grupy zatytułowany "Pólýfónía".
I co właściwie otrzymujemy po tak długim czasie oczekiwania? Płytę złożoną, ale za to w pewien sposób zadowalającą słuchacza już od pierwszych minut, gdyż dostajemy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. "Pólýfónía" jest rozwinięciem stylu, który znamy już z czasów debiutu. Złożone melodie zbudowane z kilku warstw klawiszowych będących całym instrumentarium. Są przesterowane, niskie basy, kilka rodzajów klawiszy midi, synthy, swego rodzaju lead synthy i wiele innych, które przerobione na potrzeby zespołu wybrzmiewają pełną paletą barw i dźwięków. Do tego dokładamy żywą perkusję, która nadaje rytmikę i dynamikę całej melodii.
Chociaż zasada tworzenia utworów jest mniej więcej podobna, tj. "użyć dużej ilości klawiszy, okrasić to basem pochodzącym z klawiszy, dodać perkusję i tadam - utwór gotowy", to za tak prostym stwierdzeniem kryje się rozbudowana machina. Duża w tym zasługa umiejętności muzyków do rozległego rozdmuchiwania prostych melodii i zanurzania ich w otoczce licznych rodzajów klawiszy, które rozszerzają przestrzeń kompozycji, wypełniają ją i sprawiają, że atakują nas zewsząd. Plusem jest też prostota podstawowych motywów, radosnego zlepku kilku dźwięków niesamowicie wchodzących w ucho, jak dzieje się to np. w otwierającym album "Babbage".
Rock jest także ważnym elementem napędzającym całą "Pólýfóníę" głównie za sprawą mocnej i energetycznej perkusji, jak ma to miejsce w "Cargo Frakt". Utwór ten ujawnia także kolejny, ważny instrument. Głos. A właściwie wokaliza, w dodatku na efektach. Nie ma tutaj tekstów jako takich, zresztą same teksty śpiewane w języku ojczystym i tak nie są rozumiane przez inne kraje, jak np. dzieje się to w przypadku Casiokids, który pomimo śpiewania po norwesku i tak robi karierę w Wielkiej Brytanii. Apparat Organ Quartet stawia na proste hasła lub zwyczajne podśpiewywanie, które stawia przede wszystkim na melodykę świetnie wpasowującą się w instrumentarium.
Jóhannson i spółka po ośmiu latach absencji powrócili z dobrym, świetnie dopracowanym albumem, który w mojej subiektywnej skali uplasował się dość wysoko. Islandczycy albumem "Pólýfónía" utwierdzili mnie w przekonaniu, że Skandynawia ma jeden z najdziwniejszych ośrodków Europy pod względem wyobraźni, zróżnicowania instrumentów, a przede wszystkim kompozycji. Takiej radosnej i cudownej muzyki dawno nie słyszałem. Cóż, w końcu na Islandii jest dość chłodno, więc trzeba robić dobrą minę do złej gry. A Apparat Organ Quartet uśmiecha się pokazując wszystko, co najlepsze.
P.S. Szczęśliwego nowego roku czy co tam sobie chcecie wymarzyć!
piątek, 31 grudnia 2010
wtorek, 28 grudnia 2010
My Chemical Romance - Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys
My Chemical Romance przeciętnemu słuchaczowi kojarzy się głównie za pomocą terminu „emo”. Jednak krzywdą byłoby umieszczanie ich jedynie w tym nurcie, ponieważ ich muzyka była od początku czymś więcej niż ścieżką dźwiękową dla aktów samookaleczeń amerykańskich nastolatek, którym dobrze w czarnym. Umiejętność tworzenia chwytliwych numerów zespół posiadał już od wydania w 2002 swojego albumu „I Brought You My Bullets, You Brought Me Your Love”, kiedy to scena New Jersey (zwana także „murder scene” ze względu na rozbudowaną scenę emo/hardcore), a także rynek całego USA zaczął podążać za konkretną modą, jaką wytworzył zespół. Chociaż w tym wszystkim przewija się echo nurtu „Emo”, to nie można zaprzeczyć, iż My Chemical Romance już od początku starało się wyjść poza ramy nakładane im przez dziennikarzy, starając się zaskoczyć przy każdej kolejnej płycie. Zmieniały się nie tylko kolory włosów i fryzury wokalisty grupy Gerarda Way, ale także pewien koncept na przekazanie swojej energii. Właściwie słowo „koncept” jest tutaj najbardziej trafne, ponieważ już od 2005 roku zespół zaczął kierować swoją muzykę w sposób nieco bardziej ambitny. Album „The Black Parade” było opisem przeżyć człowieka walczącego z chorobą, umierającego i wspominającego swoje życie. Tym razem My Chemical Romance idzie o krok dalej i postanawia wymyślić fikcyjną rzeczywistość, fikcyjne czasy, próbując samemu wpisać się w ramy, które sami sobie ustalili.
„Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys” jest kolejnym albumem z konceptem opowiadającym historię grupy zwanej Killjoys (stanowiącej fikcyjne alter ego członków MCR) będącej wyrzutkami żyjącymi w szalonym społeczeństwie przyszłości w mieście Battery City. Utwory na płycie zaś są przedstawieniem życia Killjoys, ich ideologii, życia, walki. Opisem wydarzeń, z którymi grupa się zmaga.
Muzyka, którą zaprezentowało My Chemical Romance roku 2010 jest trochę bardziej surową zabawą z formą, niż działo się to na poprzednich dokonaniach grupy. Więcej w tym wszystkim prostego, mocnego, rockowego uderzenia opartego w pewnym stopniu na klasycznych harmoniach. Nadaje to jednak olbrzymiego tempa, które właściwie nie zwalnia, tylko utrzymuje tę płytę na wysokim, dynamicznym trybie działania stając się czasem niemal westernową, ale wartką pożywką dla historii Killjoys. Jednak nie można tu mówić o tym, że muzyka zrobiła się infantylna. Użyto tutaj mniej półśrodków, zapychaczy, które rozszerzały w sposób sztuczny przestrzeń dźwięku. Muzyka stała się bardziej skondensowana, a tym samym efektywniejsza. Zahaczyć tutaj mogę o pojęcie „punk”, ponieważ kompozycje mają w sobie duży pokład dzikości i młodej, jędrnej energii uderzającej radośnie z gitar. „Na Na Na (Na Na Na Na Na Na Na Na Na)”, czyli pierwszy singiel, w świetny sposób demonstruje, na czym polega nowa ścieżka, którą obrał sobie zespół. Dużo skocznej i gęstej perkusji połączonej z klasycznymi riffami, studyjnymi smaczkami w postaci przeróżnej maści sampli i rewolucyjnymi, quasi-wolnościowymi tekstami. Nie oznacza to jednak, że wszystkie utwory brzmią tak samo. Każdy z nich wybija się czymś wyjątkowym, czego na ogół nie było na kawałku poprzednim. „Planetary (GO)” za pomocą wypluwanych tekstowych fraz i akcentowanego basu nadaje brzmienie w stylu rockowego Black Eyed Peas. „S/C/A/R/E/C/R/O/W” to piosenka z dużą nutą optymizmu uderzającego z dźwięków nadająca myślenie o tym, jaki ten świat piękny i cudowny, a „Destroya” z tekstem pt. „nie wierzę w nic”, śpiewem pokroju Limp Bizkit i agresywnej melodii buduje mroczny, ale intensywny nastrój.
My Chemical Romance nie stworzyło krążka idealnego, a z pewnością nie nazwałbym go „rockowym albumem 2010 roku”, jak zdarzyło się to pewnemu dziennikarzowi magazynu Rock Sound, nie mniej jednak muszę przyznać, że droga, którą przebył zespół powoli zaczyna się dla nich opłacać. Chociaż muzycznie nie stworzyli arcydzieła, tekstowo nieraz przypominali mi najnowsze dokonanie Green Day, a pierwsze wrażenia po przesłuchaniu albumu zostawili na zasadzie „ni ziębi, ni grzeje”, to po przetrawieniu i skupieniu się nieco bardziej na poszczególnych aspektach dochodzę do wniosku, że ładnie panowie grają. Chociaż nie wiem, czy dalej można się wstydzić chwaląc się znajomym mówiąc „słucham MCR”. Decyzja po przesłuchaniu należy do was.
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Skrillex - Scary Monsters and Nice Sprites EP
Tę recenzję chciałbym zacząć od stwierdzenia, które można podpiąć pod wiele dziedzin życia, rozrywki, nie tylko o muzykę. Wszystko się zmienia, ewoluuje, dostosowuje się do ciągle zmieniających się trendów. Dzieje się to na każdym kroku. Moda, styl, język, filmy, muzyka – w zależności od konkretnego zapotrzebowania niczym kameleon maskują się w odpowiedni sposób, zmieniają swoje podstawy po to, aby być łatwiej przyswajalne. Ale nie wynika to jedynie z faktu, iż twórcy modyfikują swój styl jedynie dla odbiorcy, który mógłby w sposób konsumpcyjny przyjąć wszystko, co mu się poda. Wynika to także z faktu, iż twórcy także są ludźmi i sami ulegają przeróżnym modom i trendom. Przynajmniej dzieje się tak w sferze muzyki.
Sonny Moore, obecnie 22-latek zamieszkały w USA od najmłodszych lat związany był z muzyką gitarową. Od 7. roku życia grał na sześciu strunowcu, a następnie grał w kilku projektach oscylujących wokół muzyki typu hardcore. Jednak jako człowiek osłuchany i inteligentny muzycznie zaczął interesować się innymi gatunkami i w wyniku tych działań z gitarowego szarpidruta stał się Skrillex’em – artystą, którego ciężko sklasyfikować do jakiegokolwiek nurtu muzycznego. Można jednak zdecydowanie podpisać go pod jedną wielką dziedziną, jaką jest szeroko pojęta elektronika.
„Scary Monsters and Nice Sprites” jest drugą EPką wydaną pod pseudonimem Skrillex. Zdecydowanie bardziej dopracowaną i skondensowaną aniżeli miało to miejsce na pierwszym wydawnictwie zwanym „My Name Is Skrillex”, na którym słychać było jedynie zalążki potencjału, jakim w tamtym czasie dysponował Moore. Nowa EPka jest rozwinięciem myśli z poprzedniego wydawnictwa, brzmi jednak ona zdecydowanie bardziej dojrzale i samoświadomie. Skrillex zaczął bardziej eksperymentować. Słychać, iż nie boi się mieszać gatunków elektroniki, nieraz dość odległych od siebie. W każdym utworze można znaleźć nawiązania do muzyki klubowej, techno, house’u, dubstep’u, hip-hop’u, popu. Zapewne znajdą się i tacy, którzy będą potrafili znaleźć kolejne dwadzieścia, podać wykonawców i liczne porównania, ale nie w tym sens.
Najważniejszym dla muzyki Skrillexa jest fakt, iż potrafi przetworzyć wszystkie te gatunki przetworzyć przez własny pryzmat, wyłapać smaczki i umiejętnie włożyć je do swoich kompozycji tworząc nieszablonowe i szalone utwory. „Rock N’ Roll (Will Take You To The Mountains)” to po trosze typowy klubowy kawałek ze zwiększoną ilością sampli, które brzmią, jak ostatnio popularne odmiany elektro tak chętnie reklamowane przez artystów pokroju Bloody Beetroots czy Audio Bullys. Jednak w pewnym momencie całość całkowicie się zmienia w zakręcony i brudny dubstep’owy beat. „Scatta” łączy dub’owy ciężar z hip-hopowym wokalem i duszną atmosferą narzucającą na myśl zainteresowania Moore’a muzyką typu hardcore, tylko w znacznie bardziej wysublimowanej formie.
Nowa EPka Skrillexa jest całkiem ciekawą odmianą od tego, co słychać na obecnej scenie elektronicznej. Jest to na pewno coś nowego. Można to nazwać electro-hardcore, gorestep czy o-fak-jakie-to-ciężkie, ale najważniejsze jest raczej to, że te sześć kompozycji, jakimi uraczył nas Sonny Moore są po prostu dobrymi, energetycznymi utworami, które idealnie sprawdzają się na imprezach. Pozostaje teraz tylko nadstawić uszu i nasłuchiwać nowych informacji w eterze o tym rozwijającym się artyście i czekać na wielki sukces, bo taki niewątpliwie mu wróżę.
czwartek, 23 grudnia 2010
By Million Wires - By Million Wires (demo)
Charakterystyczne brzmienie zespołu Radiohead wielu doprowadziło do czarnej rozpaczy bądź bezkrytycznego uwielbienia. Nie można zaprzeczyć, że zespół ten wywarł ogromny wpływ na ciągle rozwijającą się muzykę dodając całą gamę szalonych smaczków na OK Computer czy wywracając znaczenie słowa rock tworząc przez wielu uznawany za najlepszy album grupy Kid A. Przez liczne eksperymenty tej grupy wielu młodych i chętnych do działania postanowiło „radiohead’ować” swoją okolicę, starając się być zbawicielami rocka, przynajmniej w obrębie swojego miasta. Zakładają więc swoje gitary, nastrajają instrumenty, tworzą zespoły.
Taką grupą jest By Million Wires, pochodzący z Małopolski kwintet, który swoje powstanie zawdzięcza Yorke’owi i jego kompanom. Jak głosi mySpace: „zauroczeni niegdyś melancholią Pyramid Song i elektryzującą linią basu w I Might Be Wrong, zapragnęli tworzyć w kolektywie”. I faktycznie, melodyka na EPce zespołu w jakiś sposób jest związana z Radiohead, ale nie jest to właściwie oparcie się na budowie utworów i strukturze instrumentalnej, tylko chodzi tutaj o sam klimat pełen dziwnej duszności, w jakimś stopniu depresyjny i melancholijny.
Muzyka zaś nie jest w moim przekonaniu zbieżna z Anglikami. Trzy utwory stanowiące EPkę to miłe i przyjemne kawałki… i na tym mógłbym skończyć moje dywagacje. Bo chociaż brzmią ciekawie i mają potencjał, w szczególności „Filiżanki” z pięknie brzmiącym głosem Anny Dolores, to mimo wszystko brakuje tutaj jakiegoś elementu. Przede wszystkim chwytliwości, przebojowości. Czegoś, co pozwala zespołowi odnaleźć drogę do mainstream’u. By Million Wires musi jeszcze owej ścieżynki poszukać, gdyż na razie trochę kręci się w kółko. Jednak mimo wszystko jestem ciekaw kolejnych nagrań, bo kompozycje kwintetu w jakiś sposób mogą trafić do odbiorców lubiących rzewne, stonowane ballady. Tylko moim zdaniem jeszcze nie nadszedł ich czas.
sobota, 18 grudnia 2010
Metronova - Demo
8-bit jest spoko. Ostatnio nawróciło mnie na dźwięki wywodzące się z wszelakich Atari- i Nintendo-podobnych instrumentów klawiszowo-beat’owych. Odkryłem również wiele interesujących źródeł, skąd można pobierać i poznawać tego typu muzykę. Zaznajamiając się, siadając coraz głębiej w te psychodeliczne, mocne tony zacząłem wyczuwać różnice między nintendocore’m, 8-bit punkiem czy innymi, zwariowanymi gatunkami. W trakcie takich bezustannych poszukiwań w celu odnalezienia kapel wartych zawieszenia ucha na moment udało mi się natrafić na młody i nikomu nieznany zespół Metronova z Włoch, który to w tym roku wydał swoje demo zwracający moją uwagę w pełni.
Palermo na ogół kojarzy się ze słońcem, plażą, Europejkami w bikini, filmem Wesa Wendersa, gdzie muzykę tworzył np. Portishead. Metronova na pewno w jakiś sposób nawiązuje do klimatu sycylijskiego, tworząc swoją pokręconą, potarganą 8-bit’em muzykę, ale właściwie nie do końca. Najnowsze EP zespołu zatytułowane po prostu „Demo” jest zlepkiem pięciu utworów ze wspólnym pierwiastkiem – elektro. Tejże elektroniki jest tutaj dość dużo, właściwie stanowi integralną całość z resztą instrumentów. Zakres jest dość klasyczny dla rocka elektronicznego. Mamy żywe gitary, basy i perkusje, resztę załatwiają syntezatory i sample. Sam pomysł nie jest niczym nowym i świeżym, jednak muzyka czyni coś zupełnie odwrotnego. Szalone połączenie drum n’ bass’u z punkową energią, hardcore’owym uderzeniem kończąc na soft rockowych melodiach potrafi sporo namieszać w czasie słuchania EPki.
„Private” – opener „Demo” charakteryzuje się surowym i mocnym perkusyjnym beat’em z dołożonymi przesterowanymi krzykami przeplatającymi się ze spokojnym wokalem Ricardo de Fleur. Oliwy do ognia dokładają mocno „nintendowe” klawisze, które w drugiej połowie utworu wiodą prym i prowadzą utwór coraz dalej i głębiej w oszałamiającą moc elektro. „Delta” oprócz bycia singlem z teledyskiem ma do zaoferowania basy i klawisze w stylu Mindless Self Indulgence, tylko na trochę innej fali. Muzyka ta nie jest aż tak agresywna i kłująca. Określić ją mógłbym po prostu jako „młodzieżową”, buntowniczą, pełną poszukiwań. „Where’s The Exit Door” to utwór nawiązujący lekko do stylistyki funkowej, głównie za sprawą bujającego basu. Kiczowaty klawisz dokłada wrażenia powrotu do lat 70-tych. Coś, jak „Gorączka Sobotniej Nocy XXI wieku” w kostiumach Marsjan pijących drinki z absyntem.
„Miss Got-it” jest dla mnie największą zagadką EPki. Rozpoczyna się niczym elektro-Nirvana, Kurt Cobain zmartwychwstały na kilka sekund introdukcji utworu, który uciekł do grobu, gdy usłyszał motyw klawiszowy. Muzyka tu przekształca się, atakuje głośną perkusją. Klawisze brudzą i komplikują całą sytuację, gdyż z każdą chwilą robi się coraz dziwniej i bardziej psychodelicznie. Zaś finał utworu jest największą niespodzianką, gdyż dziki rytm nagle zwalnia, przekształca się w walczykowe ¾, a zespół zaczyna śpiewać niczym folkowy zespół na weselu gdzieś na wschodzie Europy. Klawisze brzmią, jak MIDI wyjęte z lat 90-tych, wokalne „nanana” pobrzmiewa echem zwietrzałego alkoholu. Lecz sielanka się kończy, zespół natychmiastowo i bez wytchnienia wraca do motywu pierwotnego, niszczącego głowę uderzenia. Zamykający EPkę „Wasn’t Me” miesza ze sobą lekko jamajską stylistykę reggae łącząc ją z hardcore’owymi przerywnikami. Jednak im bliżej końca, tym robi się intensywniej, goręcej. Instrumenty zaczynają grać głośniej, mocniej. Tworzy się czysta elektropunkowa moc, klawiszowy, dziki motyw, przesterowane i jazgoczące gitary i mocna perkusja. Wszystko to generuje nieznośną wręcz ilość energii, która kojarzy mi się z finałem wielkiego i epickiego koncertu. I nagle przy apogeum koniec. Gitary znikają w eter, klawisze dogorywają, a muzycy wychodzą ze studia.
Metronova to miły projekt do posłuchania. Nie jestem pewien, czy uda im się przebić do mainstream’u, ale taka muzyka chyba nawet nie ma tak dużej siły, aby dostać się na listy przebojów. To off’owe, undergroundowe brzmienie, świetne dla koncertów klubowych. I w sumie dobrze, że Metronova nie wybije się nigdzie dalej, bo inaczej zabiłoby to świeżość i dynamizm zespołu. Niech grają dalej swoje nie zważając na wszystko, a może w pewnych środowiskach będzie o nich głośno. Na razie głośno grają w moim odtwarzaczu i szybko nie przestaną.
środa, 15 grudnia 2010
Yann Tiersen - Wrocław, Kultowa. Kultowy koncert.
Yann Tiersen – wszystkim kojarzony przede wszystkim z dwoma tytułami – „Amelia” i „Good Bye, Lenin!”. Do obu napisał świetne, instrumentalne utwory. Oba wpłynęły na narastającą falę popularności jako tego, który tworzy proste melodie, bogato je obkręca przeróżnymi instrumentami tworząc niesamowity klimat i moc. A w tym roku postanowił lekko zaskoczyć. Wydał album „Dust Lane” pełen gitar i ciężkości zespołów pokroju Joy Division. I z tym albumem ruszył do Europy promując go na najnowszej trasie. Traf chciał, że Tiersen trafił także do mojego rodzinnego Wrocławia, co pozwoliło mi osobiście skonfrontować jego muzykę w wykonaniu live.
Zaczęło się od niemieckiego duetu Lonski & Classen. Dwóch panów zaprezentowało niezwykłą mieszankę gatunkową skacząc między ciężkim, przesterowanym, grunge’owym brzmieniem, radosnym beach rockiem kończąc na delikatnych i skocznych indie popowych balladkach kończąc. Całość okraszona sympatycznymi osobowościami, jakimi niewątpliwie jest tych dwóch dżentelmenów. Dla mnie swoją rolę supportu spełnili wyjątkowo porządnie, gdyż udało im się zawiesić moje ucho na ich muzyce, zagnieździć ją wewnątrz i spowodować uśmiech na twarzy. Były jednak jednostki, którym muzyka przeszkadzała w rozmowie, ale cóż, przecież oni przybyli na koncert Tiersena.
Wraz z wybiciem godziny 21 na scenę wtłoczył się powoli Yann Tiersen ze swoją muzyczną świtą i od pierwszych sekund wprowadzał nas w hipnotyczny, rockowo-elektroniczno-folkowy klimat swojej twórczości. Zagrany został cały ostatni album, zdecydowanie wyróżniający się mocniejszym i energetycznym brzmieniem. Pięknie wybrzmiewał psychodeliczny „Dark Stuff”, rozbawił mnie „Fuck Me”, wzruszyła „Amy”. Lecz oprócz utworów z „Dust Lane” pojawiły się także starsze rzeczy, które zostały przedstawione w mocniejszej, bardziej rockowej i surowej formie. „Le Train” uderzył mnie swoją punk’owością połączoną z piękną partią skrzypiec jazgoczących, jak porządna gitara elektryczna. „Kala” stanowiła piękne połączenie muzyki wschodniej ze ścianą dźwięku uderzającą od sceny. Połączenie tego z delikatnymi synthami i genialnym wokalem spowodowało, że w moim przekonaniu był to jeden z najmocniejszych punktów całego koncertu.
Fani starszych „tiersenów” niestety byli troszkę zawiedzeni, gdyż tych było zdecydowanie mniej, jednak nie umniejsza to wartości koncertu, gdyż wykonanie „Sur De Fil” powaliło wszystkich na kolana. Tiersen nie szczędził smyczka, uderzał nim tak prędko i mocno, że musiał wyrywać ogromną część zerwanego włosia. Szczerze powiedziawszy, obawiałem się, że w końcu może pójść mu struna. Chociaż spodziewam się, że niczym mistrz Paganini doprowadziłby swoją uwerturę do końca. Do tego świetnie wykonany został bodaj na to najsłynniejszy z utworów – La Valse d'Amelie w zdumiewająco chwytającym za serce wykonaniu. Intensywnym, krwiożerczym, ale przez to wszystko przepięknym.
Yann Tiersen pokazał, że jest jednym z ciekawszych kompozytorów współczesnych. Jego muzyka obok takich osób, jak Tom Tykwer czy Hans Zimmer wciąż żyje, na swój sposób przemienia się i modyfikuje, ale porusza i łączy ze sobą pozornie niezłożone. A koncert taki, jak we wrocławskiej Kultowej udowodnił, że ten artysta tworzy coś wartego zatrzymania się przez chwilę, posłuchania, przetworzenia i co najważniejsze, zrozumienia.
zdj. Marta Chrobak
zdj. Marta Chrobak
czwartek, 9 grudnia 2010
Circa Survive - Appendage EP
O Circa Survive zdawało mi się pisać całkiem niedawno, gdyż jakiś czas temu postanowiłem grupą zainteresować się bardziej na poważnie, aniżeli przesłuchując na sławetnym YouTube kilku nagrań. I tak „Blue Sky Noise” było dla mnie czymś porażającym. Świetnym połączenie popowej melodyki 30 Seconds To Mars z lekko progresywnym zadziorem i delikatnym kopnięciem po twarzy za pomocą wokalu Anthony’ego Green’a. Jeszcze nie zdążyłem się z tego wszystkiego otrząsnąć i dopiero co wracałem do szerszego słuchania przeróżniastych nagrań innych niż owy zespół, a tu nagle natrafiłem na najnowszą EPkę grupy zwaną „Appendage”. Długo się nie zastanawiając, zdobyłem ją i z błogą miną na twarzy powiedziałem sobie: włączaj! I pecet odpalił. A z nim pięć utworów składający się na ten mini twór z serii „extended play”.
Stylistyka grupy nie uległa wielkiej zmianie w stosunku do tego, co grane jest na albumie. Znaczącą różnicą jest jedynie to, iż nie jest to już tak ostro, jak na „Blue Sky Noise” – kompozycje troszkę zostały ujarzmione i uporządkowane. Zespół widocznie postawił na to, żeby tu nie było krzyku i ataku, zamiast tego pojawiły się ciekawie skomponowane gitary, wyraziste i soczyste basy i mieszające gęsto perkusje. Wszystko (standardowo) okraszone głosem naszego kastrata Anthony’ego.
Ale w sumie wszystko to było, bo przecież proces uspokajania i gaszenia energii na rzecz budowy nagrania w sposób co najmniej stonowany rozpoczął się już znacznie wcześniej, więc logicznym byłoby rzec, że przecież jest to kolejne stadium ewolucji. Tylko dla mnie jest to już kapkę przesadzone. Wygląda to tak, jakby zespół wypuszczony został z jakiejś procy nad wielkim kanionem z myślą, że przelecą na drugą stronę bez szwanku, a jednak spadają niżej niczym Kojot z bajek Looney Tunes, bo nie wszystko jest, jak to w życiu bywa, takie proste.
„Sleep Underground (Demo)” jako opener zwyczajnie nuży. Mimo ładnego rozdmuchania quasi-smyczków i organów patos nie zżera, tylko z lekka doskwiera. Dalej przy „Stare Like You’ll Stay” zespół trochę stara się rozwinąć tempo i buduje ciekawy riff gitarowy, który brzmi dla mnie jak popowa wersja nowego Kings of Leon ze zmienionym wokalem. „Everyway” brzmi najlepiej z całej EPki. Lekko przeciętnie z początku, ale wszystko zmienia się, gdy w drugiej minucie wchodzi ten przejmujący wokal, ciekawie zbudowane partie werbla i całość zwyczajnie się rozkręca. Nie jest to stare, dobre Circa Survive, ale wszystkiego mieć nie można. Im bliżej końca, tym z poziomem jest lepiej, bo nie wchodzi w dziwną sinusoidę, tylko trzyma się nawet horyzontalnie. „Backmask” brzmi, jak dobry odrzut z sesji ostatniego albumu, głównie za sprawą energetycznego refrenu z ciekawą harmonią gitar, po czym całość płynnie przechodzi do zamykającego „Lazarus”. Utwór ten brzmi dla mnie, jak kawałek z końca lat 90-tych, gdzie czterech smutnych panów siedzi w dusznym, małym barze w centrum miasta i wypija duszkiem kolejne kieliszki taniej whisky słuchając w kółko tych samych, zdartych płyt. Przy okazji stanowi miłe zakończenie płyty (dobra końcówka!).
Nowa EPka Circa Survive troszkę mnie zaskoczyła, bo ciągle zmniejszająca się ilość mocniejszego, rockowego uderzenia troszkę mnie dezorientuje. Bo ja lubię mocniejsze uderzenie w wykonaniu Circa Survive. Ale zmianę stylu pozostanie mi ocenić dopiero w momencie, kiedy na rynku pojawi się nowe, pełno-grające wydawnictwo, a nie pięcio-utworowa pierdółka. Choć droga, którą zmierza zespół, nie podoba mi się tak bardzo, to i tak się cieszę, że poniżej pewnego poziomu nie spadają, a w dzisiejszych czasach nie jest to takie proste.
Subskrybuj:
Posty (Atom)