Pokazywanie postów oznaczonych etykietą circa survive. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą circa survive. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 grudnia 2010

Circa Survive - Appendage EP


O Circa Survive zdawało mi się pisać całkiem niedawno, gdyż jakiś czas temu postanowiłem grupą zainteresować się bardziej na poważnie, aniżeli przesłuchując na sławetnym YouTube kilku nagrań. I tak „Blue Sky Noise” było dla mnie czymś porażającym. Świetnym połączenie popowej melodyki 30 Seconds To Mars z lekko progresywnym zadziorem i delikatnym kopnięciem po twarzy za pomocą wokalu Anthony’ego Green’a. Jeszcze nie zdążyłem się z tego wszystkiego otrząsnąć i dopiero co wracałem do szerszego słuchania przeróżniastych nagrań innych niż owy zespół, a tu nagle natrafiłem na najnowszą EPkę grupy zwaną „Appendage”. Długo się nie zastanawiając, zdobyłem ją i z błogą miną na twarzy powiedziałem sobie: włączaj! I pecet odpalił. A z nim pięć utworów składający się na ten mini twór z serii „extended play”. 

Stylistyka grupy nie uległa wielkiej zmianie w stosunku do tego, co grane jest na albumie. Znaczącą różnicą jest jedynie to, iż nie jest to już tak ostro, jak na „Blue Sky Noise” – kompozycje troszkę zostały ujarzmione i uporządkowane. Zespół widocznie postawił na to, żeby tu nie było krzyku i ataku, zamiast tego pojawiły się ciekawie skomponowane gitary, wyraziste i soczyste basy i mieszające gęsto perkusje. Wszystko (standardowo) okraszone głosem naszego kastrata Anthony’ego.

Ale w sumie wszystko to było, bo przecież proces uspokajania i gaszenia energii na rzecz budowy nagrania w sposób co najmniej stonowany rozpoczął się już znacznie wcześniej, więc logicznym byłoby rzec, że przecież jest to kolejne stadium ewolucji. Tylko dla mnie jest to już kapkę przesadzone. Wygląda to tak, jakby zespół wypuszczony został z jakiejś procy nad wielkim kanionem z myślą, że przelecą na drugą stronę bez szwanku, a jednak spadają niżej niczym Kojot z bajek Looney Tunes, bo nie wszystko jest, jak to w życiu bywa, takie proste. 

„Sleep Underground (Demo)” jako opener zwyczajnie nuży. Mimo ładnego rozdmuchania quasi-smyczków i organów patos nie zżera, tylko z lekka doskwiera. Dalej przy „Stare Like You’ll Stay” zespół trochę stara się rozwinąć tempo i buduje ciekawy riff gitarowy, który brzmi dla mnie jak popowa wersja nowego Kings of Leon ze zmienionym wokalem. „Everyway” brzmi najlepiej z całej EPki. Lekko przeciętnie z początku, ale wszystko zmienia się, gdy w drugiej minucie wchodzi ten przejmujący wokal, ciekawie zbudowane partie werbla i całość zwyczajnie się rozkręca. Nie jest to stare, dobre Circa Survive, ale wszystkiego mieć nie można. Im bliżej końca, tym z poziomem jest lepiej, bo nie wchodzi w dziwną sinusoidę, tylko trzyma się nawet horyzontalnie. „Backmask” brzmi, jak dobry odrzut z sesji ostatniego albumu, głównie za sprawą energetycznego refrenu z ciekawą harmonią gitar, po czym całość płynnie przechodzi do zamykającego „Lazarus”. Utwór ten brzmi dla mnie, jak kawałek z końca lat 90-tych, gdzie czterech smutnych panów siedzi w dusznym, małym barze w centrum miasta i wypija duszkiem kolejne kieliszki taniej whisky słuchając w kółko tych samych, zdartych płyt. Przy okazji stanowi miłe zakończenie płyty (dobra końcówka!).

Nowa EPka Circa Survive troszkę mnie zaskoczyła, bo ciągle zmniejszająca się ilość mocniejszego, rockowego uderzenia troszkę mnie dezorientuje. Bo ja lubię mocniejsze uderzenie w wykonaniu Circa Survive. Ale zmianę stylu pozostanie mi ocenić dopiero w momencie, kiedy na rynku pojawi się nowe, pełno-grające wydawnictwo, a nie pięcio-utworowa pierdółka. Choć droga, którą zmierza zespół, nie podoba mi się tak bardzo, to i tak się cieszę, że poniżej pewnego poziomu nie spadają, a w dzisiejszych czasach nie jest to takie proste.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Circa Survive - Blue Sky Noise


Muzyka popularna w swoich szeregach ukrywa wiele asów w niesamowicie długich rękawach wiele talentów umiejętnie wykraczających poza standardowe ramy muzyki znanej pod wielkim zbiorowiskiem zwanym „mainstream”. Współczesny świat dźwięków i melodii zagmatwany jest w swojej naturze, tworzy szum i chaos wokół różnorakich wykonawców. Wykonawców wybranych.

Wiele czynników decyduje o tym, czy zespół powinien dotrzeć do dużej liczby odbiorców. Czy ma odpowiednie predyspozycje, czy wytrzyma presję, czy nie ssie na żywo. Bombardowanie w stacjach radiowych tych samych singli, od których robi nam się już niedobrze, bo słyszymy je już po raz dziesiąty tego samego dnia. Wielkie trasy, które obejmą kraje wszelakie, nawet takie, o których słyszy się po raz pierwszy. Wszystkie te marketingowo-promująco-muzyczne wydarzenia nadają rozpęd kapelom i jest o nich głośno. Faktem jest jednak to, że zarezerwowane jest to tylko dla tych dużych, znanych, rozpoznawalnych, chwytliwych. Wszystko to tworzy swoistą hierarchię opartą na niepisanych zasadach muzyki rozrywkowej, której przeciętny słuchacz włączający radio po to, aby „coś grało” w drodze do pracy nie pojmuje albo nie chce pojąć. Przemysł fonograficzny, szara eminencja mediów, więzi w swych sidłach na całym świecie zdolnych i młodych. Lecz dzięki dobrodziejstwom szybkiego łącza internetowego otwierającego drzwi i poszerzającego horyzonty można uświadczyć talentów, które do Polski trafiłyby za późno, tak jak wszystko.

Circa Survive z pozoru wydaje się zwyczajną kapelą gdzieś ze Stanów Zjednoczonych. Ot, pięciu gości coś pobrzdęka, pokrzyczy, a ludzie potupią, poskaczą, pocieszą się przez ulotną chwilę utworem, by summa sumarum go zapomnieć i pójść dalej. Lecz to wszystko jest tylko grą pozorów, elementem większej całości. Bo kolejnym czynnikiem decydującym o ty, czy zespół posiada niedefiniowalne „coś” – element, który sprawia, że staje się nagle jedynym w swoim rodzaju.
W przypadku tego zespołu jest to niewątpliwie umiejętność inkorporacji muzyki typowej dla amerykańskiego rynku muzycznego – ostrych gitar, szaleństwa z –core na końcu, skocznego stylu dla smutnych nastolatków. Mimo wszystko dodają też coś od siebie, a mianowicie dawkę eksperymentów i zawadiackich, progresywnych motywów, które sprawiają, że wpisanie i szufladkowanie tej grupy jest zadaniem wyjątkowo ciężkim.

„Blue Sky Noise”, czyli ostatni album Circa Survive jest kwintesencją stylu, szczytem ewolucji jako zespołu. Mniej w tym wszystkim ostrego naparzania po strunach, bardziej skupiono się na tym, żeby utwory miały większy potencjał, były bardziej dopracowane. Po prostu lepsze. Co prawda single „Get Out” czy „Imaginary Enemy” to killery radiowe z chwytliwymi gitarami, których zadaniem jest naprowadzić słuchacza na zespół, jednak wnętrze płyty odkrywa zupełnie inną twarz. Otwierające „Strange Terrain” to pseudo-radosna, quasi-pompatyczna i rozgrzewająca piosenka, która żywo czerpie z popu nie bojąc się targać kiczu za uszy i przekształcać go na swój własny styl, „Frozen Creek” zachwyca swoim klimatem swawolnej ballady, która melodyką chwyta za serce, „Glass Arrows” uderza swoją mocą gitar naładowanych delay’em w 5/4 z wybuchającymi co rusz emocjami, „Compendium” to eksperymenty brzmiące niczym nowe dokonania duńskiego Mew, które przechodzą w „Dyed In The Wool”, czyli akustyczny, genialny closer, świetnie spinający ten dwunasto-utworowy organizm pełen różnych eksperymentów i kombinacji.

Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że „Blue Sky Noise” jest bodaj najlepszym albumem grupy. Choć mniej w tym wszystkim młodzieńczej świeżości, to utwory zdają się być dojrzałe, a tym samym bardziej przyswajalne. Dzięki temu melodii słucha się wyśmienicie, wokal Anthony’ego Green’a, który kombinuje cały czas śpiewając spokojnie, dodając mruczących chrypek i krzyków zyskał wyższy poziom i potencjał. Circa Survive niewątpliwie podążyła dobrą drogą, teraz tylko czekać kolejnych, mam nadzieję, jeszcze lepszych rezultatów.