środa, 8 grudnia 2010

Igor Boxx - Breslau


Muzyka jako tło instrumentalne, opis wydarzeń odległych bądź nie. Znamionujące echa przeszłości wylewające się z dźwięków, sączące z głośników i dochodzące gdzieś w okolice naszych bębenków, wchodzące delikatnie, rześko rezonujące przechodzą z wibracji w impuls elektryczny, który pędem gna do naszego mózgu, a my niczym Archimedes wyskakujący z wanny krzyczymy „Eureka!”

Taką muzykę wytworzył polski muzyk imieniem Igor Pudło, połówka duetu Skalpel, który został zaszczycony, by zostać wydany za pośrednictwem wytwórni Ninja Tune. Poza tym dwa albumy tej grupy: „Skalpel” i „Konfusion” uznawane są za jedne z najważniejszych albumów dekady ubiegłej z uwagi na swoją dużą wrażliwość muzyczną, pomieszanie z poplątaniem i specyficzny, duszny klimat, jaki udało się wysączyć z sampli i instrumentów. Tym razem jednak Pudło przyjął pseudonim Boxx i jako jedna połówka postanowił rozprawić się muzycznie ze swoimi demonami.

Album „Breslau” jest osobistą, intersubiektywną reminiscencją z czasów nieodległych, bo opowiada na swój sposób o wydarzeniach z roku 1944, kiedy to Wrocław (miasto rodzinne Pudła) został ogłoszony twierdzą. Mam tu na myśli słynne „Festung Breslau”, które wałkowane jest w pełnej krasie za pomocą licznych książek i publikacji. Tym razem jednak zamiast setek zdjęć i milionów słów mamy do czynienia z instrumentalnym opisem wydarzeń, własną interpretacją tego, co działo się w oblężonym Wrocławiu.

Boxx umiejętnie bawi się gatunkami, zahacza śmiało o różnorakie stylistyki, by najlepiej oddać klimat szarego i przestraszonego miasta. „Alarm” delikatnie jazzuje, nawołuje w pewien sposób do zebrania się, skupienia uwagi. Ma to wymiar niemal zabawowy, gdyż lekkość przekazu za sprawą klawiszy i oralnych wygłupów rusza i buja. Kolejny „Festung” przekazuje informację o przemianie Wrocławia w „twierdzę” – tutaj sprawa jest już cięższa, mocniejsza. Zabawa ulatnia się i ucieka najprędzej, jak może, a jej miejsce zastępuje strach, niepewność genialnie oddane za sprawą muzyki.
Tak dzieje się właściwie z całą płytą, gdyż każdy kolejny jej fragment, każda kolejna część opisująca nowe wydarzenia pełne wzlotów i upadków zbliża nas do nieuchronnego końca. „Goliath” w niemal ascetyczny, ambientowy sposób przedstawia końcowe podrygi upadającego miasta, zaś „Nightfall” swoim dźwięcznym motywem delikatnie odchodzi w eter, gdyż i obrońcy znikają powoli w cień historii.

Igor Boxx solowo daje popis i kunszt swoich umiejętności. Ten jegomość przepięknie obrazuje losy i dzieje Breslau, czy Wrocławia. Niewątpliwie jest to jeden z najlepszych i najważniejszych albumów kończącego żywot roku 2010. Pełen przepięknych, muzycznych odwołań i brudnego, duszącego wręcz klimatu miasta zawartego w dźwiękach. Nie gorzej, niż Marek Krajewski, Igor Pudło otwiera naszą wyobraźnię, sięga w jej najgłębsze zakamarki, łapie okruszki i wyrzuca je na wierzch, by lepiej i dobitniej pokazać historię pięknego Wrocławia.

wtorek, 7 grudnia 2010

Festiwal Ambientalny - ciężka sprawa

Ambient od zawsze był dla mnie nie lada zgryzotą. Bo przecież osoby, które tworzą taki gatunek, a tym bardziej go rozumieją, są dla mnie w pewnym stopniu oderwani od świata, gdyż przestrzenność tej muzyki, wynajdywanie piękna w szumach, trzaskach, dźwiękach rozciągających się do granicy wytrzymałości ciekawości ludzkiej sprawiają, że mnie samemu ciężko jest ogarnąć całe to zjawisko. Jednak powstrzymać się nie mogłem, by na nowo nie spróbować swych sił w tej pracy syzyfowej i wybrałem się na 3. Edycję Festiwalu Ambientalnego, która to działa się w „świetnym miejscu w świetnym miejscu”, a mianowicie we wrocławskim klubie Włodkowica 21.

PIĄTEK
Pierwszy dzień niewątpliwie był dużym szokiem już od samego wejścia, bo tak zanurzyć się i próbować wchłonąć ambient bez rozgrzewki jest niesłychanie ciężko. Sprawę ułatwił trochę Nejmano, który swoim 50-minutowym setem pełnym delikatnych smaczków w postaci lekko przemykających beat’ów, rozciągniętych pseudo-synthów i wolnej, spokojnej kanonady szumów stworzył całkiem niezły klimat na rozpoczęcie wieczora. Drugim wykonawcą był Etamski. I tutaj sprawa była trochę gorsza, bo wywindował on moje niezrozumienie tej muzyki o kilka oczek w górę. Chaotyczna i nieuporządkowana, bardzo nieregularna i totalnie odjechana. Tak można streścić mniej więcej to, co działo się za konsolą u Etamskiego. Piwo zwyciężyło.

W momencie, gdy polska gromadka opuściła stanowisko, scenę zaczął zajmować grecki Subheim. Niepozorny człowiek wyglądający, jak sprzedawca oliwek/superman na wakacjach postanowił pokazać troszkę inne oblicze aniżeli senne i nużące utwory. Muzyka, którą nam dawkował była bardzo zmienna, a przez to żywa i w pewnym sensie dynamiczna. Elementy spokojne i klimatyczne mieszały się z wręcz plemiennymi zagrywkami, jak gdyby chciano nam przypomnieć czasy Olimpu i Wielkie Dionizje. Miło oglądało się twarz Kostas'a K, gdyż na niej rysowały się przeróżne emocje – od powagi do orgazmatycznego szczęścia rysującego się na obliczu, szczególnie w momentach, gdy wyprawiał cuda uderzając w specjalną beczułkę robiącą za bęben. Słowem – szoł. Szkoda tylko, że występował razem z kwiczącą wokalistką wprawiającą swoje gardło w ciągłe wibracje i lecącą dźwiękami pokroju Bjork.

Ostatnim wykonawcą zamykający pierwszo dniowe zmagania z festiwalem był litewski Eleven Tigers. Sympatyczny, młody człowiek zaskoczył wszystkich żywym i mocnym setem, który był ciekawie poplątaną hybrydą gatunkową, która łączyła ze sobą sprawnie dubstep, jungle, elementy techno, IDM kończąc na ambientowych wstawkach. Jak dla mnie zdecydowana gwiazda wieczoru, gdyż szalał, hipnotyzował, budził ludzi swoją energiczną muzyką, ciągle ewoluującą muzyką. Jeden z lepszych setów, jaki udało mi się usłyszeć w ostatnim czasie, którego dźwięki długo towarzyszyły mi przy powrocie do domu późną, chłodną porą.

SOBOTA
Drugi dzień w założeniu miał przynieść kolejną dawkę wrażeń, kolejne ekstatyczne uniesienia spowodowane piękną i wspaniałą muzyką. Na dzień dobry jednak dostałem duży kubeł zimnej wody, gdyż Tilman Ehrhorn, teoretyczna gwiazda sobotniego wieczoru, zachorował i szczerze przepraszając na swojej głównej stronie cierpiał, gdyż go nie będzie na festiwalu i szczerze tego żałował. Ja również.

Ale organizatorzy, Wrocławski Klub Formaty, byli bardzo szybcy i spostrzegawczy, więc załatwili zastępstwo – Tomasza Bednarczyka. I trzeba przyznać, że wywiązał się dość dobrze ze swojej roli openera, gdyż zaserwował publiczności klimatyczny i przyjemny dla ucha set, który mnie bardzo przypadł do gustu. Przede wszystkim dlatego, że był mało „inwazyjny”, a przez to znośny. Cóż, nie zawsze trzeba wrzucać miliardy szumów, prawda?
Drugim wykonawcą był człowiek, który istniał dla mnie w podobnym stopniu, co Etamski. Krzysztof Orluk, bo o nim mowa, uderzył mnie swoją melodią po twarzy. Siedząc niepozornie przy komputerze i majstrując coś nieustannie skutecznie odstraszał mnie od podejścia bliżej. Miało być trochę jazzu, lo-fi, a pozostał niesmak i totalne niezrozumienie.
Kolejny artysta to polski Pleq, który do swojego ambientalnego setu wrzucił całą paletę przepięknych wizualizacji, które wciągnęły mnie bez reszty. Były tak piękne, że stały się dla mnie niespodziewanie najważniejszym punktem jego koncertu, a cała muzyka stała się tłem, instrumentalizacją dla obrazów przesuwających się po ekranie. A szkoda, bo i muzyka dawała radę.

Dzień drugi dobiegał końca wraz z pojawieniem się ostatniego artysty, gwiazdy wieczoru i chyba jedynej osoby, która całkowicie uratowała festiwal od klęski. Był to Kangding Ray, czyli młody, francuski człowieczek o imieniu David Letterlier. Jego muzyka była ciężka i wywrotowa. Pełna odwołań do dubstep’u i klasycznych, narodowych dźwięków muzyki elektronicznej, eklektyczna. Pełno trzasków, wyładowań, świetnie budujących nastrój beat’ów. Niezwykła atmosfera podbudowana tajemniczym uśmiechem Letterlier’a udzielała się chętnie zgromadzonym, ponieważ ekstatyczne och! i ach! zdawało się być słyszalnym z czeluści świadomości uczestników. Taka to była moc, tak świetne zakończenie.

Tak pokrótce reasumując muszę przyznać, że zagraniczni wykonawcy zaprezentowali się znacznie lepiej. Więcej w tym było nutki orientalizmu, eksperymentu, szaleństwa (jeśli można użyć takiego słowa w stosunku do ambientu). Trzecia edycja dobiegła końca, a wraz z nią wspomnienia ciekawych koncertów, miłych przeżyć, dużego rozładunku emocji, przyjemnego roztopienia czaszki. W sumie to dobrze, że taki festiwal zdarza się co rok, bo co za dużo, to niezdrowo. A ambient trzeba przyjmować w dawkach niezbyt wielkich, gdyż gdzieś można się zatracić i zaniknąć w tej muzycznej przestrzeni. Z przyjemnością więc oczekiwać będę edycji kolejnej, gdyż wiele zdarzyć się może.

czwartek, 2 grudnia 2010

Imagination Quartet - IQ


Jazz w moim przekonaniu jest najbardziej „połamanym” gatunkiem muzycznym. Wynika to z faktu, że muzycy, którzy oscylują wokół tego typu grania są bardzo wykształceni. Grają w sposób niemal matematyczny, a często zdarza się, że kompozycje, które tworzą, powstają wyłącznie w sposób zrozumiały dla nich samych bądź osób im podobnych. Jak w każdym gatunku są grupy bardziej i mniej przystępne. Polski Imagination Quartet jest zdecydowanie w tej tej pierwszej.

Jak nazwa zespołu wskazuje, panowie są kwartetem. Owy czteroosobowy team złożony jest z instrumentów podpiętych pod kanon klasyczny. Jest więc gitara, saksofon tenorowy, kontrabas i bębny. I zdecydowanie tyle wystarczy, by utworzyć niesamowity klimat. I nie jest to zwykłe pitu-pitu, jest to muzyka żywa, niemal organiczna. Cztery utwory, jakie stanowią EPkę „IQ” to świetne i pięknie dopracowane kompozycje nie pozwalające przejść obojętnie obok tak zmysłowej i emocjonalnej muzyki. Dużą rolę spełniają tutaj przede wszystkim partie gitarowe tworzone przez Michała Sołtana oraz saksofonowe, których sprawcą jest Jarosław Bothur. Muzycznie nie pozwalają na stagnację utworu, kombinują z dynamiką i melodyką. Z jednej strony bywa spokojnie, jak na początku „Ewu”, gdzie delikatne akordy łączą się z powolnymi dźwiękami tenoru saksofonowego, by potem rozwinąć się w mocniejsze i drapieżne wrażenie, jakie zostawia „Question”. 

Muzyka rozpływa się i rozmywa, by później wrócić do stałej i twardej formy, niemal ascetycznej warstwy, jaką nieraz tworzy ta czwórka muzyków. Wszystko brzmi, jak zabawa, ale taka poważniejsza i na poziomie. Panowie chętnie bawią się z eksperymentami i przejściami, zmieniają motywy rozbudzając w słuchaczu dużą dozę wyobraźni. Tłumaczy to także w pewien sposób pierwszy człon nazwy, gdyż niewątpliwie zagłębiając się w kolejne minuty EPki można rozmarzyć się, znaleźć na chwilkę w innym świecie. Poczuć jazz delikatnie przechadzający się po ciele, dostarczającym gęstej skórki, by zaraz odprężyć Cię w powolnych i zanikających dźwiękach.

Imagination Quartet jako debiutant pokazuje, że na wiele jest tę grupę stać. Inteligentne połączenie jazzu i fusion, które brzmi w klasyczny i dobrze znany sposób, jednak ma w sobie iskierkę tego czegoś, co sprawia, że człowiek może poczuć dreszcze. A, że „IQ” mocno skojarzone jest z terminem inteligencja, a ona jest niezbędna dla rozwoju wyobraźni, to wszystko skondensowane razem tworzy przyjemne drapanie za uszkiem. Na chłodne wieczory i zawieje za oknami dziełko Imagination Quartet w sam raz. Pozostaje wziąć tylko kubek ciepłej herbaty i zamknąć się w tym wielkim i przestrzennym świecie, jaki na naszych oczach tworzy tych czterech, niezwykle uzdolnionych dżentelmenów.

A jeszcze sprawa tak poza jazzowym szaleństwem.
Otóż chcę zaprosić Państwa serdecznie na pewien myk.
Ów myk zwany jest EKG (Elektronika Każdego Gatunku) i jest to audycja zaprzyjaźnionego kolegi (swoją drogą dziwny zwrot) polegająca na tym, że ów kolega puszcza przez godzinę dobrą elektronikę skacząc pomiędzy IDM, dubstep'em, dnb i innymi ciekawymi rodzajami muzyki tworzonej przez Panią Komputer!


Grupa na Facebook'u
Grupa na last.fm
Strona
Podcasty

Zapraszam serdecznie!

środa, 1 grudnia 2010

Therion w Klubie Studio

Zauważyłem, że chcąc rozpocząć wpis z reguły opisuję w jakiś sposób warunki pogodowe, jakie miały miejsce w ramach konkretnego dnia. Chciałem nie pisać o tym, ale uznałem, że przecież tradycji musi stać się zadość. Więc… była zima. A właściwie coś na kształt zimy, bo mróz ogarniał coraz większe terytoria naszego kraju. A że Wrocław jest stosunkowo ciepłym miastem, postanowiłem wyjechać gdzieś, gdzie bliżej mi będzie do białego puchu. Cel drogi – Kraków. Lecz szukanie zmarzniętej wody było jedynie aktem drugoplanowym, bo przecież pięć godzin drogi pociągiem, błądzenie po mieście w otoczce wieczornej łuny – wszystko to miało jedno przeznaczenie. A była nim Bestia.

Therion, zespół, który znam od gimnazjum. Zespół, który wprowadzał mnie delikatnie w arkana muzyki znanej pod nazwą metal. Do tego te fascynacje mieszania elementów symfonicznych – chórków, orkiestracji z mocnymi gitarami były w jakiś sposób przyciągające. Koniec końców zespół znałem naprawdę dobrze. Ogarniałem kiedyś całą dyskografię i szalałem, gdy słyszałem jakiekolwiek kompozycje z rozległego repertuaru, tylko nie dało rady nigdy być na koncercie, bo przecież wiekiem ja wtedy nie grzeszyłem. A nikt z rodzicieli nie myślał nawet, by wyjechać ze mną do innego miasta po to, aby posłuchać „plugawej, ciężkiej muzyki”. Czekałem więc lata, by w końcu Therion zjawił się w naszym kraju po raz kolejny. Jednak tym razem ja, już na szczęście w wieku około-męskim, wyszedłem naprzeciw i spotkałem się twarzą w twarz.

Jednak o samym głównym daniu opowiem za chwilę, gdyż najpierw powinienem opowiedzieć co nieco o przystawkach. Pierwszą, zdecydowanie mniej zjadliwą, był szwedzki Loch Vostok. Choć swoją muzykę opisują jako metal progresywny, to mogłem dopatrzyć się tam jedynie pierwszego członu, bo owej progresywy było jak na lekarstwo. Dużo prostej melodyki, sporo quasi-growlów, krzyków. Główną zasadą koncertu było: głośno, mocno, mocno, mocno, głośno. Nie dopatrzyłem się zbyt wiele walorów z owego performance’u, ale mimo wszystko stanowili mocną rozgrzewkę przed tym, co dziać się ma później.

Drugi z support’ów, zdecydowanie bardziej smaczny, o nazwie Leprous to norweski kwintet, któremu znacznie bliżej było do okraszenia ich zacnym mianem prog-metalowców. Częste zmiany rytmów, ciekawe wykorzystanie rozbudowanych akordów gitarowych, trochę klawiszy. Miło też było słuchać wokalisty, Einar’a Solberg’a, który chwalił się często umiejętnościami wokalnymi, które były generalnie niezgorsze. Potrafił wydrzeć się głośno i solidnie, miło zaskakiwał delikatnymi falsecikami i ciepłą, barytonową barwą głosu. Ogólnie bardzo na tak. Tak bardzo, że czekam na kolejny album, który premierę ma mieć w roku przyszłym.

Koncertu Therion’a się obawiałem. Nowy trzon zespołu, nowa płyta, która nie łapie tak mocno za serce, jak albumy poprzednie, nowa trasa. To wszystko rzutowało na tym, że myślałem, iż zespół zwyczajnie nie podoła moim wymaganiom stawianym przeze mnie przez lata. I całe szczęście, pomyliłem się. Koncert zagrany został wyjątkowo mocno i energetycznie. Ciepłe przywitanie, entuzjastyczne reakcje, pełna sala – ludności niewątpliwie się podobało. Samemu zespołowi również, gdyż radośnie reagowali na wrzaski i klaski. Christofer Johnsson i spółka niewątpliwie pokazali klasę tamtego wieczoru. Liczne popisy instrumentalne, w tym solo perkusyjne Johan’a Koleberg’a współdzielone z świetną solówką Christian’a Vidal’a - nowych nabytków Theriona, wybrzmiewały solidnie i mocno. Styl delikatnie uległ zmianie za sprawą nowych muzyków, jednak nie ma to wielkiego wpływu, wzmocniło to w pewien sposób nowe brzmienie. Nowy wokal w postaci Thomasa Vikström również pokazał, na co go stać. Swobodnie przemieszczając się od mocnych dołów po wysokie, tenorowe skale ubarwił śpiewnie zespół. Pozostała trójka wokalistów również spisała się świetnie. Szczególnie na brawa zasługuje Lori Lewis, która, pomimo swojego chorego gardła, pokazała, że jej sopran na wysokim poziomie jest!

Setlista zagrana na koncercie nie była zaskakująca. Zespół od dawna gra ten sam, reżyserowany set, gdzie ruch i dźwięk jest dopracowany, a samych improwizacji jest tu niewiele. Mimo wszystko nie można narzekać, gdyż udało się usłyszeć wiele ciekawych kompozycji. Były utwory premierowe, jak „Sitra Ahra”, „Hellequin” czy „Unguentum Sabbati”, kawałki znane – „The Blood Of Kingu”, „Rise of Sodom and Gomorrah”, a także te mniej znane, jak „Ljusalfheim”, „Voyage of Gurdijeff”. Miłym akcentem była też swawolna interpretacja Mozart’owskiego „Dies Irae” , która udowodniła, że przecież metalowe covery klasycznych utworów są przecież genialną sprawą!

Therion Anno domini 2010 jest świetnym, rozbudowanym i świeżym, jak na te dwadzieścia lat działalności zespołem. Nie ma tu wielkiego show, nie ma tysiąca lampek i telebimów. Nie ma tutaj epickich ruchów, pięknych i zgrabnie ułożonych zdań. Jest za to klimat i magia, jakiej zazdrościć może wiele zespołów. A co najważniejsze, jest muzyka. Świetna muzyka, która potrafi wstrząsnąć, wzruszyć, wykręcić od środka. A jedyne, czego mogę w tym momencie życzyć, to kolejne dwadzieścia lat dla Theriona.

foto: Rafał Baran/fotografia-koncertowa.pl

poniedziałek, 29 listopada 2010

Circa Survive - Blue Sky Noise


Muzyka popularna w swoich szeregach ukrywa wiele asów w niesamowicie długich rękawach wiele talentów umiejętnie wykraczających poza standardowe ramy muzyki znanej pod wielkim zbiorowiskiem zwanym „mainstream”. Współczesny świat dźwięków i melodii zagmatwany jest w swojej naturze, tworzy szum i chaos wokół różnorakich wykonawców. Wykonawców wybranych.

Wiele czynników decyduje o tym, czy zespół powinien dotrzeć do dużej liczby odbiorców. Czy ma odpowiednie predyspozycje, czy wytrzyma presję, czy nie ssie na żywo. Bombardowanie w stacjach radiowych tych samych singli, od których robi nam się już niedobrze, bo słyszymy je już po raz dziesiąty tego samego dnia. Wielkie trasy, które obejmą kraje wszelakie, nawet takie, o których słyszy się po raz pierwszy. Wszystkie te marketingowo-promująco-muzyczne wydarzenia nadają rozpęd kapelom i jest o nich głośno. Faktem jest jednak to, że zarezerwowane jest to tylko dla tych dużych, znanych, rozpoznawalnych, chwytliwych. Wszystko to tworzy swoistą hierarchię opartą na niepisanych zasadach muzyki rozrywkowej, której przeciętny słuchacz włączający radio po to, aby „coś grało” w drodze do pracy nie pojmuje albo nie chce pojąć. Przemysł fonograficzny, szara eminencja mediów, więzi w swych sidłach na całym świecie zdolnych i młodych. Lecz dzięki dobrodziejstwom szybkiego łącza internetowego otwierającego drzwi i poszerzającego horyzonty można uświadczyć talentów, które do Polski trafiłyby za późno, tak jak wszystko.

Circa Survive z pozoru wydaje się zwyczajną kapelą gdzieś ze Stanów Zjednoczonych. Ot, pięciu gości coś pobrzdęka, pokrzyczy, a ludzie potupią, poskaczą, pocieszą się przez ulotną chwilę utworem, by summa sumarum go zapomnieć i pójść dalej. Lecz to wszystko jest tylko grą pozorów, elementem większej całości. Bo kolejnym czynnikiem decydującym o ty, czy zespół posiada niedefiniowalne „coś” – element, który sprawia, że staje się nagle jedynym w swoim rodzaju.
W przypadku tego zespołu jest to niewątpliwie umiejętność inkorporacji muzyki typowej dla amerykańskiego rynku muzycznego – ostrych gitar, szaleństwa z –core na końcu, skocznego stylu dla smutnych nastolatków. Mimo wszystko dodają też coś od siebie, a mianowicie dawkę eksperymentów i zawadiackich, progresywnych motywów, które sprawiają, że wpisanie i szufladkowanie tej grupy jest zadaniem wyjątkowo ciężkim.

„Blue Sky Noise”, czyli ostatni album Circa Survive jest kwintesencją stylu, szczytem ewolucji jako zespołu. Mniej w tym wszystkim ostrego naparzania po strunach, bardziej skupiono się na tym, żeby utwory miały większy potencjał, były bardziej dopracowane. Po prostu lepsze. Co prawda single „Get Out” czy „Imaginary Enemy” to killery radiowe z chwytliwymi gitarami, których zadaniem jest naprowadzić słuchacza na zespół, jednak wnętrze płyty odkrywa zupełnie inną twarz. Otwierające „Strange Terrain” to pseudo-radosna, quasi-pompatyczna i rozgrzewająca piosenka, która żywo czerpie z popu nie bojąc się targać kiczu za uszy i przekształcać go na swój własny styl, „Frozen Creek” zachwyca swoim klimatem swawolnej ballady, która melodyką chwyta za serce, „Glass Arrows” uderza swoją mocą gitar naładowanych delay’em w 5/4 z wybuchającymi co rusz emocjami, „Compendium” to eksperymenty brzmiące niczym nowe dokonania duńskiego Mew, które przechodzą w „Dyed In The Wool”, czyli akustyczny, genialny closer, świetnie spinający ten dwunasto-utworowy organizm pełen różnych eksperymentów i kombinacji.

Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że „Blue Sky Noise” jest bodaj najlepszym albumem grupy. Choć mniej w tym wszystkim młodzieńczej świeżości, to utwory zdają się być dojrzałe, a tym samym bardziej przyswajalne. Dzięki temu melodii słucha się wyśmienicie, wokal Anthony’ego Green’a, który kombinuje cały czas śpiewając spokojnie, dodając mruczących chrypek i krzyków zyskał wyższy poziom i potencjał. Circa Survive niewątpliwie podążyła dobrą drogą, teraz tylko czekać kolejnych, mam nadzieję, jeszcze lepszych rezultatów.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Filmowa Przelotka 4

W czwartej części Filmowej Przelotki co nieco o Stalowym Człowieku, skrawek humoru w stylu Nintendo, remake’i, szalone musicale i wiele innych bzdurek!

Iron Man 2 – sequel o tym, jak Tony Stark wdziewa swój kosmiczny kostium i walczy ze złem. Historia drugiej części kończy się w momencie „jedynki”, kiedy to Stark publicznie mówi, iż jest Iron Man’em powodując tym samym natarcia ze strony armii, mediów, a także szalonego, ruskiego koleżki pragnącego pomścić swojego ojca, któremu tato Tony’ego zrobił kuku x-dziesiąt lat temu. Film zachwyca efektami specjalnymi, rolą główną graną przez Roberta Downey Jr.’a i tyle. Popatrzeć zawsze można.
6/10

Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans – swobodny remake filmu Abela Ferrary w wersji Wernera Herzoga, w którym swoją błyskotliwością i umiejętnościami powalił sam Nicholas Cage – człowiek-zbolała-wieczna-mina pokazujący w tym filmie troszkę inną twarz. Detektyw Terence McDonagh w wyniku próby ratowania więźnia uszkadza sobie plecy, dzięki czemu dostaje awans na porucznika. Oprócz tego zyskuje uzależnienie od narkotyków, środków przeciwbólowych, hazardu. Sam balansuje na granicy prawa po to, aby odnaleźć morderców pewnej senegalskiej rodziny. A wszystko okraszone obrazem Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina. Dobry, bardzo dobry, tyle powiem!
8/10

Angielska Robota – film oparty na faktach. Grupa włamywaczy tworzy genialny plan napadu na bank, w którym oprócz złota, pieniążków i innych świecidełek znajdują się kompromitujące zdjęcia skandali seksualnych z brytyjską księżniczką i bardziej wpływowymi lordami w roli głównej. Jason Statham gra twardziela i prowadzi swą ekipę ku wiecznemu szczęściu i krainie mamoną płynącej, lecz nie odbywa się bez pokuty. Trzyma w napięciu, o dziwo.
6,5/10


Good Night, Good Luck – pięknie zrealizowany, stylizowany na stare lata czernią i bielą, z mocną fabułą. Historia Edwarda Murrow, legendarnego dziennikarza NBS, który postanawia mierzyć się z senatorem Stanów Zjednoczonych, Joseph’em McCarthy’m szalejącym w latach 50-tych ze swoją Komisją oskarżając wpływowych ludzi o kontakty z komunistami. Jak na Hollywood tanio, bo 7 milionów dolarów kosztów produkcji. Jak na Hollywood świetnie, bo jest to jeden z lepszych filmów traktujących o amerykańskiej telewizji. I wciągający obraz. Wciąga, jak cholera.
8,5/10 

Solomon Kane – film na kanwie opowiadań Roberta Ervina Howarda znanego bardziej jako twórcy Conana! Tytułowy Solomon Kane to purytanin błąkający się po Ameryce czasów kolonialnych i walczący z demonicznymi kreaturami. Tylko sam Kane ma złą przeszłość, która nie daje mu zapomnieć o swoim pochodzeniu.
Ogląda się nieźle, dobrze odzwierciedlono klimat tamtych czasów. Ponure, ciemne niebo, wilgoć i mgła przesiąkająca przez ekran. Aktorstwo też niezłe.
7/10

Scott Pilgrim vs. The World – historia kanadyjskiego 22-latka, który nie robi w życiu nic oprócz grania w zespole. Bez celu na życie, mając 17-letnią dziewczynę zmierza destrukcyjnie w czarną dziurę niczym Mario, który nie przeszkoczy na drugą stronę przeszkody. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje Ramonę – amerykańską dziewczynę, w której Pilgrim szaleńczo się zakochuje. Haczyk tkwi w tym, że Scott musi pokonać siedmiu byłych Ramony, aby móc być z nią razem.
Historia zrodzona na podstawie komiksu, klimat komiksu oddany wiernie na ekranie. Każde uderzenie, chwyt, ruch. Wszystko poparte jest odpowiednio napisaną onomatopeją, więc „kaboom”, „watoosh”, „bum”, „jeb” istnieje na porządku dziennym. Do tego Michael Cera grający filigranowego i zagubionego Pilgrima, świetna muzyka Nigel’a Goodricha, klimat Nintendo. Nie pozostaje nic innego, tylko „insert coin & fight”.
9/10


The Day Earth Stood Still – remake znanego filmu sci-fi z lat 50-tych. Keanu Reeves jako kosmita przybywający na Ziemię informując o tym, iż mieszkańcy planety niszczą piękne lasy i knieje i spotka ich za to kara z rąk pozaziemskich istot. Film nawet niezły, chociaż oryginał miał większy klimat. Tutaj wszystko przerysowane, naładowane efektami i nowinkami technologicznymi. Mimo wszystko wyszedł obronną ręką, bo z reguły remake=śmieć, a tutaj na szczęście tak się nie skończyło.
7/10

Terminator: Salvation – kolejna część sagi o zabójczych maszynach walczących z hordą ludzi, którzy chowają się po kątach niszczejących miast. Tym razem John Connor (grany przez Christiana Bale’a) męcząc i jęcząć szykuje się do ostatecznej walki ze SkyNet’em. Po drodze napotyka jednak Marcusa Wright’a (Avatarowski bożyszcze, miszczu z „Clash of the Titans” – Sam Worthington – człowiek ujeżdżający smoki i inne bestie, zwiastun ratunku, martyrologii za naród cierpiący), który to okazuje się być robo-człowiekiem. W wyniku współpracy obu osobników szykuje się jatka.
W sumie film jest jedynie marnym pociągnięciem klimatu pierwszych dwóch części. Nawet Schwarzenegger jest tu wmontowany komputerowo. Ale wybuchy są fajne.
4,5/10

Zgon na pogrzebie – brytyjski, czarny humor w pełnej krasie. Miał ojciec dwóch synów. Jeden poszedł w świat i został pisarzem, a drugi został w domu. Tato umiera, rodzina spotyka się na pogrzebie. Wśród gości zaś pojawia się tajemniczy karzeł, który skrywa sekret, mroczny sekret. Taki sekret, który zaszkodziłby tej rodzinie. Nie jest idealna, ale łączy się, by ukryć skrzętnie sekret skrzata. Humor czarny, ale nie tak, jakbym się tego spodziewał. Są śmieszne gagi, szczególnie, gdy dochodzą narkotyki, ale nie było to tak dobitne, jak sądziłem. Dało radę obejrzeć, lecz jest wiele śmieszniejszych, a tym samym lepszych obrazów.
6/10

Sen Kasandry – Woody Allen dramatycznie. Historia dwóch braci, którzy prowadzili swoje spokojne, acz standardowe życie. Jednak obaj pragną czegoś więcej, chcą wybić się ponad swoje umiejętności. Jeden uprawia namiętnie hazard, drugi udaje bogacza, by poderwać śliczną i wspaniałą kobietę. Lecz dobra passa się kończy. Zadłużeni i spodleni panowie chwytają się ostatniej deski ratunku – ich wujka, który jest bogatym właścicielem wielu nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Lecz sam jest w kropce, gdyż jego majątek stoi pod znakiem zapytania. Pewien uczciwy pan chce wyjawić wszystkie sekrety i przekręty jego działalności. Więc wujek obiecując gruszki na wierzbie młodym, prosi ich o zamordowanie owego pana. Sama historia jest dość banalna, bardziej zaznaczono tu profile psychologiczne i cierpienia wewnętrzne obu braci (Ewan McGregor i Colin Farrell). Ich rozterki, głębokie rozmyślania pt. „zabić czy nie”. I przede wszystkim za tą głęboką głowo-logię podziwiam kunszt Allena.
8/10

The Rocky Horror Picture Show – klasyk gatunku znanego jako musical. Narzeczeńska para, Brad i Janet, jadą do swojego zaprzyjaźnionego profesora, ale jak to w każdym kiepskim horrorze być musi, samochód się psuje. Do tego pada i jest brudno. Po drodze jednak widzą zamek, do którego niezwłocznie się udają. Tam zamiast strasznego kata, mordercy czy wampira wita ich dziwaczny doktor-transwestyta z planety Transylwania, który na ich oczach powołuje do życia pięknego mężczyznę, z którego chce uczynić idealnego kochanka w siedem dni.
Film mnie zafascynował. Liczne nawiązania historyczno-biblijne, gdzie ów doktor niczym wąż kusi narzeczonych do grzechu (co udaje się zarówno na kobiecie, jak i mężczyźnie). Do tego świetna, główna rola Tima Curry’ego, chwytliwe piosenki i absurdalna fabuła przechodząca nieraz w totalną psychodelę dają w rezultacie przyjemny dla oka obraz pełen magii, kolorów, krwi, pożądania i dzikości.
7,5/10

Machete – Robert Rodriguez postanawia wykorzystać pomysł pochodzący z wymyślonych trailerów przy projekcie Grindhouse i powstaje pełnometrażowy obraz o niesamowitym bohaterze-zabójcy, który swoją maczetą wycina sobie sprawiedliwość przez kończyny zła. Plejada gwiazd: Danny Trejo, Robert De Niro, Jessica Alba, Lindsay Lohan. Kamera prowadzona w iście Rodriguez’owym stylu – ubrudzona, obniżona jakościowo, niedokładnie wycinana. Klimatu dodaje też stylizacja na kiepskie filmy klasy B/C, gdzie sztuczna krew leje się litrami, a dialogi są sztywne. Ale przez to wszystko obraz dostaje specyficznego kolorytu. Tego nie można wziąć poważnie. Ale od tego nie można się oderwać.
8/10

niedziela, 21 listopada 2010

Była granda! I to jaka! BRODKA W KULTOWEJ

Piątkowy wieczór upłynął mi pod znakiem dobrej imprezy. W piątkowy wieczór nie wypada siedzieć tak w domu, bo ponoć to niepoprawnie, poza tym za często gniję w moich czterech ścianach i postanowiłem wyruszyć, by się dobrze wybawić. A gdzie było centrum zabawy dnia wczorajszego? Bez zająknięcia powiem: wrocławski klub Kultowa. A dlaczego? Za sprawą sympatycznej dwudziestokilkulatki, która zrobiła oszałamiający koncert w centrum Wrocławia rozpoczynając w tym mieście trasę swojej nowej płyty, która wygenerowała niemały szum w światku muzyki rozrywkowej. A nie może być to nikt inny, jak Monika Brodka ze swoją „Grandą”.

W wieczór piątkowy kluby na ogół są oblegane i trudno znaleźć miejsce dla siebie. Kultowa przed tym się też nie uchroniła, gdyż z każdą chwilą chętnych imprezowiczów przybywało coraz więcej. Nie dość, że kolejka była długa, to odwracając co rusz głowę w stronę przeciwną do wejścia obserwowało się coraz więcej ludzi stojących jeszcze dalej niż ja. Przybywali mniej więcej w tempie 10-15 osób na minutę, a rządek się nie zmniejszał. Wręcz przeciwnie, szedł dalej i dalej, i dalej. O tym, jak dużo ludzi było świadczyć może fakt, że połowa ludzi przybyła na koncert w kurtkach, bo w szatniach nie było już miejsca. I właściwie cud sprawił, że znalazłem się w drugim rzędzie, by obserwować to, co dziać się będzie na scenie.

Zaczęło się od Sorry Boys. Panie i panowie debiutanci niedawno, bo w ósmy dzień listopada wydali swój debiutancki krążek „Hard Working Classes” i trasa z Brodką jest skuteczną reklamą, bo patrząc po frekwencji, wiele osób może zainteresować się tą grupą. Sam koncert wypadł dość dobrze z wyjątkowo subiektywnego punktu widzenia. Zagrali miły i przyjemny dla ucha koncert, który rozruszał ludzi. Pokazał też zespół jako dobrych instrumentalistów nie bojących się kombinować z różnorakimi stylami. Głos Izabeli Komoszyńskiej skakał sinusoidalnie od dołów, aż po wysokie falseciki i dodawało to jakiejś różnorodności. Trochę Bjork, trochę Camera Obscura. Za to ładnie, zgrabnie i powabnie. W każdym razie nie zanudzili, a jak na support, to duży sukces!

Chwila wyczekiwania i ku wielkiej uciesze gawiedzi zjawiła się Ona. W pięknej, kolorowej sukience, z misiem na plecach i uśmiechem na twarzy. Szczerze zdziwiona, że aż tyle ludzi przybyło na koncert, bo warto nadmienić, iż Wrocław rozpoczął wielką grandę będąc pierwszym przystankiem na trasie. Poleciał „Hejnał” zmiksowany z „Bez tytułu” jako szaleńcze intro, później było już tylko lepiej. Materiał z „Grandy” został zagrany niemal w całości (oprócz akustycznej „Syberii”) z licznym wykorzystaniem wgranych sampli wspartych sekcją instrumentalną. Szał publiczności na „W pięciu smakach”, „Krzyżówce dnia” czy tytułowym utworze wzrastał z kolejną nutą. Brodka niczym prowodyr, niczym wódz prowadziła przekrojowo przez całą płytę. Rozkładała ją na części pierwsze, dorzucała świetny i dopracowany wokal, podawała energię, tańczyła, wirowała, skakała, uderzała w dzwonki, dwoiła się i troiła, by zachwycić rozochoconą publikę. Ale na samych nowych utworach się nie skończyło. Pojawiły się trzy covery, pełne inwencji twórczej i elektro-wrażliwości. „Two Times” z repertuaru Ann Lee dostał lekko funkowej nuty, „King Of My Castle” jako przejście po „Grandzie” ładnie się scaliło i zabłysnęło elektro-folkową stylistyką, a „We Used To Wait” autorstwa Arcade Fire zachwyciło swoim klimatem i użyciem omnichordu. Miłym akcentem była także swobodna przeróbka „Dziewczyny mojego chłopaka” w iście dance’owym stylu, który rozbrajał i budził nogi do szaleńczego pląsu. Szkoda, że tylko jeden stary szlagier został przekształcony na nową modę, ale lepszy rydz niż nic, a w szczególności tak świetny.

Nowa Brodka budzi zachwyt, tutaj nie ma wątpliwości. Frekwencja pokazała, że zmiana stylu skomercjalizowała jej muzykę, przeniosła ją daleko do szerokiego grona odbiorców. A ona na koncertach trafia do słuchacza w sposób wyjątkowy i radosny. Atmosfera tęczy, kwiatków i czystego uśmiechu udzieliła się każdemu, bo rzadko się zdarza, żeby wokalistka, i to tak młoda, przyciągała tabuny ludzi, wywracała ich mózgi do góry nogami, sprawiła, by skakali jak najęci, śpiewali wszystkie teksty, wydzielali krew, pot i endorfiny w hektolitrach. Brodka wyszła z tego koncertu obronną ręką i na szczęście granda zamiast degrengolady udała się w stu procentach.

zdj: Nieustraszona Maria Grudowska