sobota, 18 grudnia 2010

Metronova - Demo


8-bit jest spoko. Ostatnio nawróciło mnie na dźwięki wywodzące się z wszelakich Atari- i Nintendo-podobnych instrumentów klawiszowo-beat’owych. Odkryłem również wiele interesujących źródeł, skąd można pobierać i poznawać tego typu muzykę. Zaznajamiając się, siadając coraz głębiej w te psychodeliczne, mocne tony zacząłem wyczuwać różnice między nintendocore’m, 8-bit punkiem  czy innymi, zwariowanymi gatunkami. W trakcie takich bezustannych poszukiwań w celu odnalezienia kapel wartych zawieszenia ucha na moment udało mi się natrafić na młody i nikomu nieznany zespół Metronova z Włoch, który to w tym roku wydał swoje demo zwracający moją uwagę w pełni.


Palermo na ogół kojarzy się ze słońcem, plażą, Europejkami w bikini, filmem Wesa Wendersa, gdzie muzykę tworzył np. Portishead. Metronova na pewno w jakiś sposób nawiązuje do klimatu sycylijskiego, tworząc swoją pokręconą, potarganą 8-bit’em muzykę, ale właściwie nie do końca. Najnowsze EP zespołu zatytułowane po prostu „Demo” jest zlepkiem pięciu utworów ze wspólnym pierwiastkiem – elektro. Tejże elektroniki jest tutaj dość dużo, właściwie stanowi integralną całość z resztą instrumentów. Zakres jest dość klasyczny dla rocka elektronicznego. Mamy żywe gitary, basy i perkusje, resztę załatwiają syntezatory i sample. Sam pomysł nie jest niczym nowym i świeżym, jednak muzyka czyni coś zupełnie odwrotnego. Szalone połączenie drum n’ bass’u z punkową energią, hardcore’owym uderzeniem kończąc na soft rockowych melodiach potrafi sporo namieszać w czasie słuchania EPki. 

„Private” – opener „Demo” charakteryzuje się surowym i mocnym perkusyjnym beat’em z dołożonymi przesterowanymi krzykami przeplatającymi się ze spokojnym wokalem Ricardo de Fleur. Oliwy do ognia dokładają mocno „nintendowe” klawisze, które w drugiej połowie utworu wiodą prym i prowadzą utwór coraz dalej i głębiej w oszałamiającą moc elektro. „Delta” oprócz bycia singlem z  teledyskiem ma do zaoferowania basy i klawisze w stylu Mindless Self Indulgence, tylko na trochę innej fali. Muzyka ta nie jest aż tak agresywna i kłująca. Określić ją mógłbym po prostu jako „młodzieżową”, buntowniczą, pełną poszukiwań. „Where’s The Exit Door” to utwór nawiązujący lekko do stylistyki funkowej, głównie za sprawą bujającego basu. Kiczowaty klawisz dokłada wrażenia powrotu do lat 70-tych. Coś, jak „Gorączka Sobotniej Nocy XXI wieku” w kostiumach Marsjan pijących drinki z absyntem. 

„Miss Got-it” jest dla mnie największą zagadką EPki. Rozpoczyna się niczym elektro-Nirvana, Kurt Cobain zmartwychwstały na kilka sekund introdukcji utworu, który uciekł do grobu, gdy usłyszał motyw klawiszowy. Muzyka tu przekształca się, atakuje głośną perkusją. Klawisze brudzą i komplikują całą sytuację, gdyż z każdą chwilą robi się coraz dziwniej i bardziej psychodelicznie. Zaś finał utworu jest największą niespodzianką, gdyż dziki rytm nagle zwalnia, przekształca się w walczykowe ¾, a zespół zaczyna śpiewać niczym folkowy zespół na weselu gdzieś na wschodzie Europy. Klawisze brzmią, jak MIDI wyjęte z lat 90-tych, wokalne „nanana” pobrzmiewa echem zwietrzałego alkoholu. Lecz sielanka się kończy, zespół natychmiastowo i bez wytchnienia wraca do motywu pierwotnego, niszczącego głowę uderzenia. Zamykający EPkę „Wasn’t Me” miesza ze sobą lekko jamajską stylistykę reggae łącząc ją z hardcore’owymi przerywnikami. Jednak im bliżej końca, tym robi się intensywniej, goręcej. Instrumenty zaczynają grać głośniej, mocniej. Tworzy się czysta elektropunkowa moc, klawiszowy, dziki motyw, przesterowane i jazgoczące gitary i mocna perkusja. Wszystko to generuje nieznośną wręcz ilość energii, która kojarzy mi się z finałem wielkiego i epickiego koncertu. I nagle przy apogeum koniec. Gitary znikają w eter, klawisze dogorywają, a muzycy wychodzą ze studia.

Metronova to miły projekt do posłuchania. Nie jestem pewien, czy uda im się przebić do mainstream’u, ale taka muzyka chyba nawet nie ma tak dużej siły, aby dostać się na listy przebojów. To off’owe, undergroundowe brzmienie, świetne dla koncertów klubowych. I w sumie dobrze, że Metronova nie wybije się nigdzie dalej, bo inaczej zabiłoby to świeżość i dynamizm zespołu. Niech grają dalej swoje nie zważając na wszystko, a może w pewnych środowiskach będzie o nich głośno. Na razie głośno grają w moim odtwarzaczu i szybko nie przestaną.

środa, 15 grudnia 2010

Yann Tiersen - Wrocław, Kultowa. Kultowy koncert.


Yann Tiersen – wszystkim kojarzony przede wszystkim z dwoma tytułami – „Amelia” i „Good Bye, Lenin!”. Do obu napisał świetne, instrumentalne utwory. Oba wpłynęły na narastającą falę popularności jako tego, który tworzy proste melodie, bogato je obkręca przeróżnymi instrumentami tworząc niesamowity klimat i moc. A w tym roku postanowił lekko zaskoczyć. Wydał album „Dust Lane” pełen gitar i ciężkości zespołów pokroju Joy Division. I z tym albumem ruszył do Europy promując go na najnowszej trasie. Traf chciał, że Tiersen trafił także do mojego rodzinnego Wrocławia, co pozwoliło mi osobiście skonfrontować jego muzykę w wykonaniu live. 

Zaczęło się od niemieckiego duetu Lonski & Classen. Dwóch panów zaprezentowało niezwykłą mieszankę gatunkową skacząc między ciężkim, przesterowanym, grunge’owym brzmieniem, radosnym beach rockiem kończąc na delikatnych i skocznych indie popowych balladkach kończąc. Całość okraszona sympatycznymi osobowościami, jakimi niewątpliwie jest tych dwóch dżentelmenów. Dla mnie swoją rolę supportu spełnili wyjątkowo porządnie, gdyż udało im się zawiesić moje ucho na ich muzyce, zagnieździć ją wewnątrz i spowodować uśmiech na twarzy. Były jednak jednostki, którym muzyka przeszkadzała w rozmowie, ale cóż, przecież oni przybyli na koncert Tiersena.

Wraz z wybiciem godziny 21 na scenę wtłoczył się powoli Yann Tiersen ze swoją muzyczną świtą i od pierwszych sekund wprowadzał nas w hipnotyczny, rockowo-elektroniczno-folkowy klimat swojej twórczości. Zagrany został cały ostatni album, zdecydowanie wyróżniający się mocniejszym i energetycznym brzmieniem. Pięknie wybrzmiewał psychodeliczny „Dark Stuff”, rozbawił mnie „Fuck Me”, wzruszyła „Amy”. Lecz oprócz utworów z „Dust Lane” pojawiły się także starsze rzeczy, które zostały przedstawione w mocniejszej, bardziej rockowej i surowej formie. „Le Train”  uderzył mnie swoją punk’owością połączoną z piękną partią skrzypiec jazgoczących, jak porządna gitara elektryczna. „Kala” stanowiła piękne połączenie muzyki wschodniej ze ścianą dźwięku uderzającą od sceny. Połączenie tego z delikatnymi synthami i genialnym wokalem spowodowało, że w moim przekonaniu był to jeden z najmocniejszych punktów całego koncertu.

Fani starszych „tiersenów” niestety byli troszkę zawiedzeni, gdyż tych było zdecydowanie mniej, jednak nie umniejsza to wartości koncertu, gdyż wykonanie „Sur De Fil” powaliło wszystkich na kolana. Tiersen nie szczędził smyczka, uderzał nim tak prędko i mocno, że musiał wyrywać ogromną część zerwanego włosia. Szczerze powiedziawszy, obawiałem się, że w końcu może pójść mu struna. Chociaż spodziewam się, że niczym mistrz Paganini doprowadziłby swoją uwerturę do końca. Do tego świetnie wykonany został bodaj na to najsłynniejszy z utworów – La Valse d'Amelie w zdumiewająco chwytającym za serce wykonaniu. Intensywnym, krwiożerczym, ale przez to wszystko przepięknym.

Yann Tiersen pokazał, że jest jednym z ciekawszych kompozytorów współczesnych. Jego muzyka obok takich osób, jak Tom Tykwer czy Hans Zimmer wciąż żyje, na swój sposób przemienia się i modyfikuje, ale porusza i łączy ze sobą pozornie niezłożone. A koncert taki, jak we wrocławskiej Kultowej udowodnił, że ten artysta tworzy coś wartego zatrzymania się przez chwilę, posłuchania, przetworzenia i co najważniejsze, zrozumienia.

zdj. Marta Chrobak

czwartek, 9 grudnia 2010

Circa Survive - Appendage EP


O Circa Survive zdawało mi się pisać całkiem niedawno, gdyż jakiś czas temu postanowiłem grupą zainteresować się bardziej na poważnie, aniżeli przesłuchując na sławetnym YouTube kilku nagrań. I tak „Blue Sky Noise” było dla mnie czymś porażającym. Świetnym połączenie popowej melodyki 30 Seconds To Mars z lekko progresywnym zadziorem i delikatnym kopnięciem po twarzy za pomocą wokalu Anthony’ego Green’a. Jeszcze nie zdążyłem się z tego wszystkiego otrząsnąć i dopiero co wracałem do szerszego słuchania przeróżniastych nagrań innych niż owy zespół, a tu nagle natrafiłem na najnowszą EPkę grupy zwaną „Appendage”. Długo się nie zastanawiając, zdobyłem ją i z błogą miną na twarzy powiedziałem sobie: włączaj! I pecet odpalił. A z nim pięć utworów składający się na ten mini twór z serii „extended play”. 

Stylistyka grupy nie uległa wielkiej zmianie w stosunku do tego, co grane jest na albumie. Znaczącą różnicą jest jedynie to, iż nie jest to już tak ostro, jak na „Blue Sky Noise” – kompozycje troszkę zostały ujarzmione i uporządkowane. Zespół widocznie postawił na to, żeby tu nie było krzyku i ataku, zamiast tego pojawiły się ciekawie skomponowane gitary, wyraziste i soczyste basy i mieszające gęsto perkusje. Wszystko (standardowo) okraszone głosem naszego kastrata Anthony’ego.

Ale w sumie wszystko to było, bo przecież proces uspokajania i gaszenia energii na rzecz budowy nagrania w sposób co najmniej stonowany rozpoczął się już znacznie wcześniej, więc logicznym byłoby rzec, że przecież jest to kolejne stadium ewolucji. Tylko dla mnie jest to już kapkę przesadzone. Wygląda to tak, jakby zespół wypuszczony został z jakiejś procy nad wielkim kanionem z myślą, że przelecą na drugą stronę bez szwanku, a jednak spadają niżej niczym Kojot z bajek Looney Tunes, bo nie wszystko jest, jak to w życiu bywa, takie proste. 

„Sleep Underground (Demo)” jako opener zwyczajnie nuży. Mimo ładnego rozdmuchania quasi-smyczków i organów patos nie zżera, tylko z lekka doskwiera. Dalej przy „Stare Like You’ll Stay” zespół trochę stara się rozwinąć tempo i buduje ciekawy riff gitarowy, który brzmi dla mnie jak popowa wersja nowego Kings of Leon ze zmienionym wokalem. „Everyway” brzmi najlepiej z całej EPki. Lekko przeciętnie z początku, ale wszystko zmienia się, gdy w drugiej minucie wchodzi ten przejmujący wokal, ciekawie zbudowane partie werbla i całość zwyczajnie się rozkręca. Nie jest to stare, dobre Circa Survive, ale wszystkiego mieć nie można. Im bliżej końca, tym z poziomem jest lepiej, bo nie wchodzi w dziwną sinusoidę, tylko trzyma się nawet horyzontalnie. „Backmask” brzmi, jak dobry odrzut z sesji ostatniego albumu, głównie za sprawą energetycznego refrenu z ciekawą harmonią gitar, po czym całość płynnie przechodzi do zamykającego „Lazarus”. Utwór ten brzmi dla mnie, jak kawałek z końca lat 90-tych, gdzie czterech smutnych panów siedzi w dusznym, małym barze w centrum miasta i wypija duszkiem kolejne kieliszki taniej whisky słuchając w kółko tych samych, zdartych płyt. Przy okazji stanowi miłe zakończenie płyty (dobra końcówka!).

Nowa EPka Circa Survive troszkę mnie zaskoczyła, bo ciągle zmniejszająca się ilość mocniejszego, rockowego uderzenia troszkę mnie dezorientuje. Bo ja lubię mocniejsze uderzenie w wykonaniu Circa Survive. Ale zmianę stylu pozostanie mi ocenić dopiero w momencie, kiedy na rynku pojawi się nowe, pełno-grające wydawnictwo, a nie pięcio-utworowa pierdółka. Choć droga, którą zmierza zespół, nie podoba mi się tak bardzo, to i tak się cieszę, że poniżej pewnego poziomu nie spadają, a w dzisiejszych czasach nie jest to takie proste.

środa, 8 grudnia 2010

Igor Boxx - Breslau


Muzyka jako tło instrumentalne, opis wydarzeń odległych bądź nie. Znamionujące echa przeszłości wylewające się z dźwięków, sączące z głośników i dochodzące gdzieś w okolice naszych bębenków, wchodzące delikatnie, rześko rezonujące przechodzą z wibracji w impuls elektryczny, który pędem gna do naszego mózgu, a my niczym Archimedes wyskakujący z wanny krzyczymy „Eureka!”

Taką muzykę wytworzył polski muzyk imieniem Igor Pudło, połówka duetu Skalpel, który został zaszczycony, by zostać wydany za pośrednictwem wytwórni Ninja Tune. Poza tym dwa albumy tej grupy: „Skalpel” i „Konfusion” uznawane są za jedne z najważniejszych albumów dekady ubiegłej z uwagi na swoją dużą wrażliwość muzyczną, pomieszanie z poplątaniem i specyficzny, duszny klimat, jaki udało się wysączyć z sampli i instrumentów. Tym razem jednak Pudło przyjął pseudonim Boxx i jako jedna połówka postanowił rozprawić się muzycznie ze swoimi demonami.

Album „Breslau” jest osobistą, intersubiektywną reminiscencją z czasów nieodległych, bo opowiada na swój sposób o wydarzeniach z roku 1944, kiedy to Wrocław (miasto rodzinne Pudła) został ogłoszony twierdzą. Mam tu na myśli słynne „Festung Breslau”, które wałkowane jest w pełnej krasie za pomocą licznych książek i publikacji. Tym razem jednak zamiast setek zdjęć i milionów słów mamy do czynienia z instrumentalnym opisem wydarzeń, własną interpretacją tego, co działo się w oblężonym Wrocławiu.

Boxx umiejętnie bawi się gatunkami, zahacza śmiało o różnorakie stylistyki, by najlepiej oddać klimat szarego i przestraszonego miasta. „Alarm” delikatnie jazzuje, nawołuje w pewien sposób do zebrania się, skupienia uwagi. Ma to wymiar niemal zabawowy, gdyż lekkość przekazu za sprawą klawiszy i oralnych wygłupów rusza i buja. Kolejny „Festung” przekazuje informację o przemianie Wrocławia w „twierdzę” – tutaj sprawa jest już cięższa, mocniejsza. Zabawa ulatnia się i ucieka najprędzej, jak może, a jej miejsce zastępuje strach, niepewność genialnie oddane za sprawą muzyki.
Tak dzieje się właściwie z całą płytą, gdyż każdy kolejny jej fragment, każda kolejna część opisująca nowe wydarzenia pełne wzlotów i upadków zbliża nas do nieuchronnego końca. „Goliath” w niemal ascetyczny, ambientowy sposób przedstawia końcowe podrygi upadającego miasta, zaś „Nightfall” swoim dźwięcznym motywem delikatnie odchodzi w eter, gdyż i obrońcy znikają powoli w cień historii.

Igor Boxx solowo daje popis i kunszt swoich umiejętności. Ten jegomość przepięknie obrazuje losy i dzieje Breslau, czy Wrocławia. Niewątpliwie jest to jeden z najlepszych i najważniejszych albumów kończącego żywot roku 2010. Pełen przepięknych, muzycznych odwołań i brudnego, duszącego wręcz klimatu miasta zawartego w dźwiękach. Nie gorzej, niż Marek Krajewski, Igor Pudło otwiera naszą wyobraźnię, sięga w jej najgłębsze zakamarki, łapie okruszki i wyrzuca je na wierzch, by lepiej i dobitniej pokazać historię pięknego Wrocławia.

wtorek, 7 grudnia 2010

Festiwal Ambientalny - ciężka sprawa

Ambient od zawsze był dla mnie nie lada zgryzotą. Bo przecież osoby, które tworzą taki gatunek, a tym bardziej go rozumieją, są dla mnie w pewnym stopniu oderwani od świata, gdyż przestrzenność tej muzyki, wynajdywanie piękna w szumach, trzaskach, dźwiękach rozciągających się do granicy wytrzymałości ciekawości ludzkiej sprawiają, że mnie samemu ciężko jest ogarnąć całe to zjawisko. Jednak powstrzymać się nie mogłem, by na nowo nie spróbować swych sił w tej pracy syzyfowej i wybrałem się na 3. Edycję Festiwalu Ambientalnego, która to działa się w „świetnym miejscu w świetnym miejscu”, a mianowicie we wrocławskim klubie Włodkowica 21.

PIĄTEK
Pierwszy dzień niewątpliwie był dużym szokiem już od samego wejścia, bo tak zanurzyć się i próbować wchłonąć ambient bez rozgrzewki jest niesłychanie ciężko. Sprawę ułatwił trochę Nejmano, który swoim 50-minutowym setem pełnym delikatnych smaczków w postaci lekko przemykających beat’ów, rozciągniętych pseudo-synthów i wolnej, spokojnej kanonady szumów stworzył całkiem niezły klimat na rozpoczęcie wieczora. Drugim wykonawcą był Etamski. I tutaj sprawa była trochę gorsza, bo wywindował on moje niezrozumienie tej muzyki o kilka oczek w górę. Chaotyczna i nieuporządkowana, bardzo nieregularna i totalnie odjechana. Tak można streścić mniej więcej to, co działo się za konsolą u Etamskiego. Piwo zwyciężyło.

W momencie, gdy polska gromadka opuściła stanowisko, scenę zaczął zajmować grecki Subheim. Niepozorny człowiek wyglądający, jak sprzedawca oliwek/superman na wakacjach postanowił pokazać troszkę inne oblicze aniżeli senne i nużące utwory. Muzyka, którą nam dawkował była bardzo zmienna, a przez to żywa i w pewnym sensie dynamiczna. Elementy spokojne i klimatyczne mieszały się z wręcz plemiennymi zagrywkami, jak gdyby chciano nam przypomnieć czasy Olimpu i Wielkie Dionizje. Miło oglądało się twarz Kostas'a K, gdyż na niej rysowały się przeróżne emocje – od powagi do orgazmatycznego szczęścia rysującego się na obliczu, szczególnie w momentach, gdy wyprawiał cuda uderzając w specjalną beczułkę robiącą za bęben. Słowem – szoł. Szkoda tylko, że występował razem z kwiczącą wokalistką wprawiającą swoje gardło w ciągłe wibracje i lecącą dźwiękami pokroju Bjork.

Ostatnim wykonawcą zamykający pierwszo dniowe zmagania z festiwalem był litewski Eleven Tigers. Sympatyczny, młody człowiek zaskoczył wszystkich żywym i mocnym setem, który był ciekawie poplątaną hybrydą gatunkową, która łączyła ze sobą sprawnie dubstep, jungle, elementy techno, IDM kończąc na ambientowych wstawkach. Jak dla mnie zdecydowana gwiazda wieczoru, gdyż szalał, hipnotyzował, budził ludzi swoją energiczną muzyką, ciągle ewoluującą muzyką. Jeden z lepszych setów, jaki udało mi się usłyszeć w ostatnim czasie, którego dźwięki długo towarzyszyły mi przy powrocie do domu późną, chłodną porą.

SOBOTA
Drugi dzień w założeniu miał przynieść kolejną dawkę wrażeń, kolejne ekstatyczne uniesienia spowodowane piękną i wspaniałą muzyką. Na dzień dobry jednak dostałem duży kubeł zimnej wody, gdyż Tilman Ehrhorn, teoretyczna gwiazda sobotniego wieczoru, zachorował i szczerze przepraszając na swojej głównej stronie cierpiał, gdyż go nie będzie na festiwalu i szczerze tego żałował. Ja również.

Ale organizatorzy, Wrocławski Klub Formaty, byli bardzo szybcy i spostrzegawczy, więc załatwili zastępstwo – Tomasza Bednarczyka. I trzeba przyznać, że wywiązał się dość dobrze ze swojej roli openera, gdyż zaserwował publiczności klimatyczny i przyjemny dla ucha set, który mnie bardzo przypadł do gustu. Przede wszystkim dlatego, że był mało „inwazyjny”, a przez to znośny. Cóż, nie zawsze trzeba wrzucać miliardy szumów, prawda?
Drugim wykonawcą był człowiek, który istniał dla mnie w podobnym stopniu, co Etamski. Krzysztof Orluk, bo o nim mowa, uderzył mnie swoją melodią po twarzy. Siedząc niepozornie przy komputerze i majstrując coś nieustannie skutecznie odstraszał mnie od podejścia bliżej. Miało być trochę jazzu, lo-fi, a pozostał niesmak i totalne niezrozumienie.
Kolejny artysta to polski Pleq, który do swojego ambientalnego setu wrzucił całą paletę przepięknych wizualizacji, które wciągnęły mnie bez reszty. Były tak piękne, że stały się dla mnie niespodziewanie najważniejszym punktem jego koncertu, a cała muzyka stała się tłem, instrumentalizacją dla obrazów przesuwających się po ekranie. A szkoda, bo i muzyka dawała radę.

Dzień drugi dobiegał końca wraz z pojawieniem się ostatniego artysty, gwiazdy wieczoru i chyba jedynej osoby, która całkowicie uratowała festiwal od klęski. Był to Kangding Ray, czyli młody, francuski człowieczek o imieniu David Letterlier. Jego muzyka była ciężka i wywrotowa. Pełna odwołań do dubstep’u i klasycznych, narodowych dźwięków muzyki elektronicznej, eklektyczna. Pełno trzasków, wyładowań, świetnie budujących nastrój beat’ów. Niezwykła atmosfera podbudowana tajemniczym uśmiechem Letterlier’a udzielała się chętnie zgromadzonym, ponieważ ekstatyczne och! i ach! zdawało się być słyszalnym z czeluści świadomości uczestników. Taka to była moc, tak świetne zakończenie.

Tak pokrótce reasumując muszę przyznać, że zagraniczni wykonawcy zaprezentowali się znacznie lepiej. Więcej w tym było nutki orientalizmu, eksperymentu, szaleństwa (jeśli można użyć takiego słowa w stosunku do ambientu). Trzecia edycja dobiegła końca, a wraz z nią wspomnienia ciekawych koncertów, miłych przeżyć, dużego rozładunku emocji, przyjemnego roztopienia czaszki. W sumie to dobrze, że taki festiwal zdarza się co rok, bo co za dużo, to niezdrowo. A ambient trzeba przyjmować w dawkach niezbyt wielkich, gdyż gdzieś można się zatracić i zaniknąć w tej muzycznej przestrzeni. Z przyjemnością więc oczekiwać będę edycji kolejnej, gdyż wiele zdarzyć się może.

czwartek, 2 grudnia 2010

Imagination Quartet - IQ


Jazz w moim przekonaniu jest najbardziej „połamanym” gatunkiem muzycznym. Wynika to z faktu, że muzycy, którzy oscylują wokół tego typu grania są bardzo wykształceni. Grają w sposób niemal matematyczny, a często zdarza się, że kompozycje, które tworzą, powstają wyłącznie w sposób zrozumiały dla nich samych bądź osób im podobnych. Jak w każdym gatunku są grupy bardziej i mniej przystępne. Polski Imagination Quartet jest zdecydowanie w tej tej pierwszej.

Jak nazwa zespołu wskazuje, panowie są kwartetem. Owy czteroosobowy team złożony jest z instrumentów podpiętych pod kanon klasyczny. Jest więc gitara, saksofon tenorowy, kontrabas i bębny. I zdecydowanie tyle wystarczy, by utworzyć niesamowity klimat. I nie jest to zwykłe pitu-pitu, jest to muzyka żywa, niemal organiczna. Cztery utwory, jakie stanowią EPkę „IQ” to świetne i pięknie dopracowane kompozycje nie pozwalające przejść obojętnie obok tak zmysłowej i emocjonalnej muzyki. Dużą rolę spełniają tutaj przede wszystkim partie gitarowe tworzone przez Michała Sołtana oraz saksofonowe, których sprawcą jest Jarosław Bothur. Muzycznie nie pozwalają na stagnację utworu, kombinują z dynamiką i melodyką. Z jednej strony bywa spokojnie, jak na początku „Ewu”, gdzie delikatne akordy łączą się z powolnymi dźwiękami tenoru saksofonowego, by potem rozwinąć się w mocniejsze i drapieżne wrażenie, jakie zostawia „Question”. 

Muzyka rozpływa się i rozmywa, by później wrócić do stałej i twardej formy, niemal ascetycznej warstwy, jaką nieraz tworzy ta czwórka muzyków. Wszystko brzmi, jak zabawa, ale taka poważniejsza i na poziomie. Panowie chętnie bawią się z eksperymentami i przejściami, zmieniają motywy rozbudzając w słuchaczu dużą dozę wyobraźni. Tłumaczy to także w pewien sposób pierwszy człon nazwy, gdyż niewątpliwie zagłębiając się w kolejne minuty EPki można rozmarzyć się, znaleźć na chwilkę w innym świecie. Poczuć jazz delikatnie przechadzający się po ciele, dostarczającym gęstej skórki, by zaraz odprężyć Cię w powolnych i zanikających dźwiękach.

Imagination Quartet jako debiutant pokazuje, że na wiele jest tę grupę stać. Inteligentne połączenie jazzu i fusion, które brzmi w klasyczny i dobrze znany sposób, jednak ma w sobie iskierkę tego czegoś, co sprawia, że człowiek może poczuć dreszcze. A, że „IQ” mocno skojarzone jest z terminem inteligencja, a ona jest niezbędna dla rozwoju wyobraźni, to wszystko skondensowane razem tworzy przyjemne drapanie za uszkiem. Na chłodne wieczory i zawieje za oknami dziełko Imagination Quartet w sam raz. Pozostaje wziąć tylko kubek ciepłej herbaty i zamknąć się w tym wielkim i przestrzennym świecie, jaki na naszych oczach tworzy tych czterech, niezwykle uzdolnionych dżentelmenów.

A jeszcze sprawa tak poza jazzowym szaleństwem.
Otóż chcę zaprosić Państwa serdecznie na pewien myk.
Ów myk zwany jest EKG (Elektronika Każdego Gatunku) i jest to audycja zaprzyjaźnionego kolegi (swoją drogą dziwny zwrot) polegająca na tym, że ów kolega puszcza przez godzinę dobrą elektronikę skacząc pomiędzy IDM, dubstep'em, dnb i innymi ciekawymi rodzajami muzyki tworzonej przez Panią Komputer!


Grupa na Facebook'u
Grupa na last.fm
Strona
Podcasty

Zapraszam serdecznie!

środa, 1 grudnia 2010

Therion w Klubie Studio

Zauważyłem, że chcąc rozpocząć wpis z reguły opisuję w jakiś sposób warunki pogodowe, jakie miały miejsce w ramach konkretnego dnia. Chciałem nie pisać o tym, ale uznałem, że przecież tradycji musi stać się zadość. Więc… była zima. A właściwie coś na kształt zimy, bo mróz ogarniał coraz większe terytoria naszego kraju. A że Wrocław jest stosunkowo ciepłym miastem, postanowiłem wyjechać gdzieś, gdzie bliżej mi będzie do białego puchu. Cel drogi – Kraków. Lecz szukanie zmarzniętej wody było jedynie aktem drugoplanowym, bo przecież pięć godzin drogi pociągiem, błądzenie po mieście w otoczce wieczornej łuny – wszystko to miało jedno przeznaczenie. A była nim Bestia.

Therion, zespół, który znam od gimnazjum. Zespół, który wprowadzał mnie delikatnie w arkana muzyki znanej pod nazwą metal. Do tego te fascynacje mieszania elementów symfonicznych – chórków, orkiestracji z mocnymi gitarami były w jakiś sposób przyciągające. Koniec końców zespół znałem naprawdę dobrze. Ogarniałem kiedyś całą dyskografię i szalałem, gdy słyszałem jakiekolwiek kompozycje z rozległego repertuaru, tylko nie dało rady nigdy być na koncercie, bo przecież wiekiem ja wtedy nie grzeszyłem. A nikt z rodzicieli nie myślał nawet, by wyjechać ze mną do innego miasta po to, aby posłuchać „plugawej, ciężkiej muzyki”. Czekałem więc lata, by w końcu Therion zjawił się w naszym kraju po raz kolejny. Jednak tym razem ja, już na szczęście w wieku około-męskim, wyszedłem naprzeciw i spotkałem się twarzą w twarz.

Jednak o samym głównym daniu opowiem za chwilę, gdyż najpierw powinienem opowiedzieć co nieco o przystawkach. Pierwszą, zdecydowanie mniej zjadliwą, był szwedzki Loch Vostok. Choć swoją muzykę opisują jako metal progresywny, to mogłem dopatrzyć się tam jedynie pierwszego członu, bo owej progresywy było jak na lekarstwo. Dużo prostej melodyki, sporo quasi-growlów, krzyków. Główną zasadą koncertu było: głośno, mocno, mocno, mocno, głośno. Nie dopatrzyłem się zbyt wiele walorów z owego performance’u, ale mimo wszystko stanowili mocną rozgrzewkę przed tym, co dziać się ma później.

Drugi z support’ów, zdecydowanie bardziej smaczny, o nazwie Leprous to norweski kwintet, któremu znacznie bliżej było do okraszenia ich zacnym mianem prog-metalowców. Częste zmiany rytmów, ciekawe wykorzystanie rozbudowanych akordów gitarowych, trochę klawiszy. Miło też było słuchać wokalisty, Einar’a Solberg’a, który chwalił się często umiejętnościami wokalnymi, które były generalnie niezgorsze. Potrafił wydrzeć się głośno i solidnie, miło zaskakiwał delikatnymi falsecikami i ciepłą, barytonową barwą głosu. Ogólnie bardzo na tak. Tak bardzo, że czekam na kolejny album, który premierę ma mieć w roku przyszłym.

Koncertu Therion’a się obawiałem. Nowy trzon zespołu, nowa płyta, która nie łapie tak mocno za serce, jak albumy poprzednie, nowa trasa. To wszystko rzutowało na tym, że myślałem, iż zespół zwyczajnie nie podoła moim wymaganiom stawianym przeze mnie przez lata. I całe szczęście, pomyliłem się. Koncert zagrany został wyjątkowo mocno i energetycznie. Ciepłe przywitanie, entuzjastyczne reakcje, pełna sala – ludności niewątpliwie się podobało. Samemu zespołowi również, gdyż radośnie reagowali na wrzaski i klaski. Christofer Johnsson i spółka niewątpliwie pokazali klasę tamtego wieczoru. Liczne popisy instrumentalne, w tym solo perkusyjne Johan’a Koleberg’a współdzielone z świetną solówką Christian’a Vidal’a - nowych nabytków Theriona, wybrzmiewały solidnie i mocno. Styl delikatnie uległ zmianie za sprawą nowych muzyków, jednak nie ma to wielkiego wpływu, wzmocniło to w pewien sposób nowe brzmienie. Nowy wokal w postaci Thomasa Vikström również pokazał, na co go stać. Swobodnie przemieszczając się od mocnych dołów po wysokie, tenorowe skale ubarwił śpiewnie zespół. Pozostała trójka wokalistów również spisała się świetnie. Szczególnie na brawa zasługuje Lori Lewis, która, pomimo swojego chorego gardła, pokazała, że jej sopran na wysokim poziomie jest!

Setlista zagrana na koncercie nie była zaskakująca. Zespół od dawna gra ten sam, reżyserowany set, gdzie ruch i dźwięk jest dopracowany, a samych improwizacji jest tu niewiele. Mimo wszystko nie można narzekać, gdyż udało się usłyszeć wiele ciekawych kompozycji. Były utwory premierowe, jak „Sitra Ahra”, „Hellequin” czy „Unguentum Sabbati”, kawałki znane – „The Blood Of Kingu”, „Rise of Sodom and Gomorrah”, a także te mniej znane, jak „Ljusalfheim”, „Voyage of Gurdijeff”. Miłym akcentem była też swawolna interpretacja Mozart’owskiego „Dies Irae” , która udowodniła, że przecież metalowe covery klasycznych utworów są przecież genialną sprawą!

Therion Anno domini 2010 jest świetnym, rozbudowanym i świeżym, jak na te dwadzieścia lat działalności zespołem. Nie ma tu wielkiego show, nie ma tysiąca lampek i telebimów. Nie ma tutaj epickich ruchów, pięknych i zgrabnie ułożonych zdań. Jest za to klimat i magia, jakiej zazdrościć może wiele zespołów. A co najważniejsze, jest muzyka. Świetna muzyka, która potrafi wstrząsnąć, wzruszyć, wykręcić od środka. A jedyne, czego mogę w tym momencie życzyć, to kolejne dwadzieścia lat dla Theriona.

foto: Rafał Baran/fotografia-koncertowa.pl