poniedziałek, 29 listopada 2010

Circa Survive - Blue Sky Noise


Muzyka popularna w swoich szeregach ukrywa wiele asów w niesamowicie długich rękawach wiele talentów umiejętnie wykraczających poza standardowe ramy muzyki znanej pod wielkim zbiorowiskiem zwanym „mainstream”. Współczesny świat dźwięków i melodii zagmatwany jest w swojej naturze, tworzy szum i chaos wokół różnorakich wykonawców. Wykonawców wybranych.

Wiele czynników decyduje o tym, czy zespół powinien dotrzeć do dużej liczby odbiorców. Czy ma odpowiednie predyspozycje, czy wytrzyma presję, czy nie ssie na żywo. Bombardowanie w stacjach radiowych tych samych singli, od których robi nam się już niedobrze, bo słyszymy je już po raz dziesiąty tego samego dnia. Wielkie trasy, które obejmą kraje wszelakie, nawet takie, o których słyszy się po raz pierwszy. Wszystkie te marketingowo-promująco-muzyczne wydarzenia nadają rozpęd kapelom i jest o nich głośno. Faktem jest jednak to, że zarezerwowane jest to tylko dla tych dużych, znanych, rozpoznawalnych, chwytliwych. Wszystko to tworzy swoistą hierarchię opartą na niepisanych zasadach muzyki rozrywkowej, której przeciętny słuchacz włączający radio po to, aby „coś grało” w drodze do pracy nie pojmuje albo nie chce pojąć. Przemysł fonograficzny, szara eminencja mediów, więzi w swych sidłach na całym świecie zdolnych i młodych. Lecz dzięki dobrodziejstwom szybkiego łącza internetowego otwierającego drzwi i poszerzającego horyzonty można uświadczyć talentów, które do Polski trafiłyby za późno, tak jak wszystko.

Circa Survive z pozoru wydaje się zwyczajną kapelą gdzieś ze Stanów Zjednoczonych. Ot, pięciu gości coś pobrzdęka, pokrzyczy, a ludzie potupią, poskaczą, pocieszą się przez ulotną chwilę utworem, by summa sumarum go zapomnieć i pójść dalej. Lecz to wszystko jest tylko grą pozorów, elementem większej całości. Bo kolejnym czynnikiem decydującym o ty, czy zespół posiada niedefiniowalne „coś” – element, który sprawia, że staje się nagle jedynym w swoim rodzaju.
W przypadku tego zespołu jest to niewątpliwie umiejętność inkorporacji muzyki typowej dla amerykańskiego rynku muzycznego – ostrych gitar, szaleństwa z –core na końcu, skocznego stylu dla smutnych nastolatków. Mimo wszystko dodają też coś od siebie, a mianowicie dawkę eksperymentów i zawadiackich, progresywnych motywów, które sprawiają, że wpisanie i szufladkowanie tej grupy jest zadaniem wyjątkowo ciężkim.

„Blue Sky Noise”, czyli ostatni album Circa Survive jest kwintesencją stylu, szczytem ewolucji jako zespołu. Mniej w tym wszystkim ostrego naparzania po strunach, bardziej skupiono się na tym, żeby utwory miały większy potencjał, były bardziej dopracowane. Po prostu lepsze. Co prawda single „Get Out” czy „Imaginary Enemy” to killery radiowe z chwytliwymi gitarami, których zadaniem jest naprowadzić słuchacza na zespół, jednak wnętrze płyty odkrywa zupełnie inną twarz. Otwierające „Strange Terrain” to pseudo-radosna, quasi-pompatyczna i rozgrzewająca piosenka, która żywo czerpie z popu nie bojąc się targać kiczu za uszy i przekształcać go na swój własny styl, „Frozen Creek” zachwyca swoim klimatem swawolnej ballady, która melodyką chwyta za serce, „Glass Arrows” uderza swoją mocą gitar naładowanych delay’em w 5/4 z wybuchającymi co rusz emocjami, „Compendium” to eksperymenty brzmiące niczym nowe dokonania duńskiego Mew, które przechodzą w „Dyed In The Wool”, czyli akustyczny, genialny closer, świetnie spinający ten dwunasto-utworowy organizm pełen różnych eksperymentów i kombinacji.

Z całą stanowczością mogę stwierdzić, że „Blue Sky Noise” jest bodaj najlepszym albumem grupy. Choć mniej w tym wszystkim młodzieńczej świeżości, to utwory zdają się być dojrzałe, a tym samym bardziej przyswajalne. Dzięki temu melodii słucha się wyśmienicie, wokal Anthony’ego Green’a, który kombinuje cały czas śpiewając spokojnie, dodając mruczących chrypek i krzyków zyskał wyższy poziom i potencjał. Circa Survive niewątpliwie podążyła dobrą drogą, teraz tylko czekać kolejnych, mam nadzieję, jeszcze lepszych rezultatów.

poniedziałek, 22 listopada 2010

Filmowa Przelotka 4

W czwartej części Filmowej Przelotki co nieco o Stalowym Człowieku, skrawek humoru w stylu Nintendo, remake’i, szalone musicale i wiele innych bzdurek!

Iron Man 2 – sequel o tym, jak Tony Stark wdziewa swój kosmiczny kostium i walczy ze złem. Historia drugiej części kończy się w momencie „jedynki”, kiedy to Stark publicznie mówi, iż jest Iron Man’em powodując tym samym natarcia ze strony armii, mediów, a także szalonego, ruskiego koleżki pragnącego pomścić swojego ojca, któremu tato Tony’ego zrobił kuku x-dziesiąt lat temu. Film zachwyca efektami specjalnymi, rolą główną graną przez Roberta Downey Jr.’a i tyle. Popatrzeć zawsze można.
6/10

Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans – swobodny remake filmu Abela Ferrary w wersji Wernera Herzoga, w którym swoją błyskotliwością i umiejętnościami powalił sam Nicholas Cage – człowiek-zbolała-wieczna-mina pokazujący w tym filmie troszkę inną twarz. Detektyw Terence McDonagh w wyniku próby ratowania więźnia uszkadza sobie plecy, dzięki czemu dostaje awans na porucznika. Oprócz tego zyskuje uzależnienie od narkotyków, środków przeciwbólowych, hazardu. Sam balansuje na granicy prawa po to, aby odnaleźć morderców pewnej senegalskiej rodziny. A wszystko okraszone obrazem Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina. Dobry, bardzo dobry, tyle powiem!
8/10

Angielska Robota – film oparty na faktach. Grupa włamywaczy tworzy genialny plan napadu na bank, w którym oprócz złota, pieniążków i innych świecidełek znajdują się kompromitujące zdjęcia skandali seksualnych z brytyjską księżniczką i bardziej wpływowymi lordami w roli głównej. Jason Statham gra twardziela i prowadzi swą ekipę ku wiecznemu szczęściu i krainie mamoną płynącej, lecz nie odbywa się bez pokuty. Trzyma w napięciu, o dziwo.
6,5/10


Good Night, Good Luck – pięknie zrealizowany, stylizowany na stare lata czernią i bielą, z mocną fabułą. Historia Edwarda Murrow, legendarnego dziennikarza NBS, który postanawia mierzyć się z senatorem Stanów Zjednoczonych, Joseph’em McCarthy’m szalejącym w latach 50-tych ze swoją Komisją oskarżając wpływowych ludzi o kontakty z komunistami. Jak na Hollywood tanio, bo 7 milionów dolarów kosztów produkcji. Jak na Hollywood świetnie, bo jest to jeden z lepszych filmów traktujących o amerykańskiej telewizji. I wciągający obraz. Wciąga, jak cholera.
8,5/10 

Solomon Kane – film na kanwie opowiadań Roberta Ervina Howarda znanego bardziej jako twórcy Conana! Tytułowy Solomon Kane to purytanin błąkający się po Ameryce czasów kolonialnych i walczący z demonicznymi kreaturami. Tylko sam Kane ma złą przeszłość, która nie daje mu zapomnieć o swoim pochodzeniu.
Ogląda się nieźle, dobrze odzwierciedlono klimat tamtych czasów. Ponure, ciemne niebo, wilgoć i mgła przesiąkająca przez ekran. Aktorstwo też niezłe.
7/10

Scott Pilgrim vs. The World – historia kanadyjskiego 22-latka, który nie robi w życiu nic oprócz grania w zespole. Bez celu na życie, mając 17-letnią dziewczynę zmierza destrukcyjnie w czarną dziurę niczym Mario, który nie przeszkoczy na drugą stronę przeszkody. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje Ramonę – amerykańską dziewczynę, w której Pilgrim szaleńczo się zakochuje. Haczyk tkwi w tym, że Scott musi pokonać siedmiu byłych Ramony, aby móc być z nią razem.
Historia zrodzona na podstawie komiksu, klimat komiksu oddany wiernie na ekranie. Każde uderzenie, chwyt, ruch. Wszystko poparte jest odpowiednio napisaną onomatopeją, więc „kaboom”, „watoosh”, „bum”, „jeb” istnieje na porządku dziennym. Do tego Michael Cera grający filigranowego i zagubionego Pilgrima, świetna muzyka Nigel’a Goodricha, klimat Nintendo. Nie pozostaje nic innego, tylko „insert coin & fight”.
9/10


The Day Earth Stood Still – remake znanego filmu sci-fi z lat 50-tych. Keanu Reeves jako kosmita przybywający na Ziemię informując o tym, iż mieszkańcy planety niszczą piękne lasy i knieje i spotka ich za to kara z rąk pozaziemskich istot. Film nawet niezły, chociaż oryginał miał większy klimat. Tutaj wszystko przerysowane, naładowane efektami i nowinkami technologicznymi. Mimo wszystko wyszedł obronną ręką, bo z reguły remake=śmieć, a tutaj na szczęście tak się nie skończyło.
7/10

Terminator: Salvation – kolejna część sagi o zabójczych maszynach walczących z hordą ludzi, którzy chowają się po kątach niszczejących miast. Tym razem John Connor (grany przez Christiana Bale’a) męcząc i jęcząć szykuje się do ostatecznej walki ze SkyNet’em. Po drodze napotyka jednak Marcusa Wright’a (Avatarowski bożyszcze, miszczu z „Clash of the Titans” – Sam Worthington – człowiek ujeżdżający smoki i inne bestie, zwiastun ratunku, martyrologii za naród cierpiący), który to okazuje się być robo-człowiekiem. W wyniku współpracy obu osobników szykuje się jatka.
W sumie film jest jedynie marnym pociągnięciem klimatu pierwszych dwóch części. Nawet Schwarzenegger jest tu wmontowany komputerowo. Ale wybuchy są fajne.
4,5/10

Zgon na pogrzebie – brytyjski, czarny humor w pełnej krasie. Miał ojciec dwóch synów. Jeden poszedł w świat i został pisarzem, a drugi został w domu. Tato umiera, rodzina spotyka się na pogrzebie. Wśród gości zaś pojawia się tajemniczy karzeł, który skrywa sekret, mroczny sekret. Taki sekret, który zaszkodziłby tej rodzinie. Nie jest idealna, ale łączy się, by ukryć skrzętnie sekret skrzata. Humor czarny, ale nie tak, jakbym się tego spodziewał. Są śmieszne gagi, szczególnie, gdy dochodzą narkotyki, ale nie było to tak dobitne, jak sądziłem. Dało radę obejrzeć, lecz jest wiele śmieszniejszych, a tym samym lepszych obrazów.
6/10

Sen Kasandry – Woody Allen dramatycznie. Historia dwóch braci, którzy prowadzili swoje spokojne, acz standardowe życie. Jednak obaj pragną czegoś więcej, chcą wybić się ponad swoje umiejętności. Jeden uprawia namiętnie hazard, drugi udaje bogacza, by poderwać śliczną i wspaniałą kobietę. Lecz dobra passa się kończy. Zadłużeni i spodleni panowie chwytają się ostatniej deski ratunku – ich wujka, który jest bogatym właścicielem wielu nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Lecz sam jest w kropce, gdyż jego majątek stoi pod znakiem zapytania. Pewien uczciwy pan chce wyjawić wszystkie sekrety i przekręty jego działalności. Więc wujek obiecując gruszki na wierzbie młodym, prosi ich o zamordowanie owego pana. Sama historia jest dość banalna, bardziej zaznaczono tu profile psychologiczne i cierpienia wewnętrzne obu braci (Ewan McGregor i Colin Farrell). Ich rozterki, głębokie rozmyślania pt. „zabić czy nie”. I przede wszystkim za tą głęboką głowo-logię podziwiam kunszt Allena.
8/10

The Rocky Horror Picture Show – klasyk gatunku znanego jako musical. Narzeczeńska para, Brad i Janet, jadą do swojego zaprzyjaźnionego profesora, ale jak to w każdym kiepskim horrorze być musi, samochód się psuje. Do tego pada i jest brudno. Po drodze jednak widzą zamek, do którego niezwłocznie się udają. Tam zamiast strasznego kata, mordercy czy wampira wita ich dziwaczny doktor-transwestyta z planety Transylwania, który na ich oczach powołuje do życia pięknego mężczyznę, z którego chce uczynić idealnego kochanka w siedem dni.
Film mnie zafascynował. Liczne nawiązania historyczno-biblijne, gdzie ów doktor niczym wąż kusi narzeczonych do grzechu (co udaje się zarówno na kobiecie, jak i mężczyźnie). Do tego świetna, główna rola Tima Curry’ego, chwytliwe piosenki i absurdalna fabuła przechodząca nieraz w totalną psychodelę dają w rezultacie przyjemny dla oka obraz pełen magii, kolorów, krwi, pożądania i dzikości.
7,5/10

Machete – Robert Rodriguez postanawia wykorzystać pomysł pochodzący z wymyślonych trailerów przy projekcie Grindhouse i powstaje pełnometrażowy obraz o niesamowitym bohaterze-zabójcy, który swoją maczetą wycina sobie sprawiedliwość przez kończyny zła. Plejada gwiazd: Danny Trejo, Robert De Niro, Jessica Alba, Lindsay Lohan. Kamera prowadzona w iście Rodriguez’owym stylu – ubrudzona, obniżona jakościowo, niedokładnie wycinana. Klimatu dodaje też stylizacja na kiepskie filmy klasy B/C, gdzie sztuczna krew leje się litrami, a dialogi są sztywne. Ale przez to wszystko obraz dostaje specyficznego kolorytu. Tego nie można wziąć poważnie. Ale od tego nie można się oderwać.
8/10

niedziela, 21 listopada 2010

Była granda! I to jaka! BRODKA W KULTOWEJ

Piątkowy wieczór upłynął mi pod znakiem dobrej imprezy. W piątkowy wieczór nie wypada siedzieć tak w domu, bo ponoć to niepoprawnie, poza tym za często gniję w moich czterech ścianach i postanowiłem wyruszyć, by się dobrze wybawić. A gdzie było centrum zabawy dnia wczorajszego? Bez zająknięcia powiem: wrocławski klub Kultowa. A dlaczego? Za sprawą sympatycznej dwudziestokilkulatki, która zrobiła oszałamiający koncert w centrum Wrocławia rozpoczynając w tym mieście trasę swojej nowej płyty, która wygenerowała niemały szum w światku muzyki rozrywkowej. A nie może być to nikt inny, jak Monika Brodka ze swoją „Grandą”.

W wieczór piątkowy kluby na ogół są oblegane i trudno znaleźć miejsce dla siebie. Kultowa przed tym się też nie uchroniła, gdyż z każdą chwilą chętnych imprezowiczów przybywało coraz więcej. Nie dość, że kolejka była długa, to odwracając co rusz głowę w stronę przeciwną do wejścia obserwowało się coraz więcej ludzi stojących jeszcze dalej niż ja. Przybywali mniej więcej w tempie 10-15 osób na minutę, a rządek się nie zmniejszał. Wręcz przeciwnie, szedł dalej i dalej, i dalej. O tym, jak dużo ludzi było świadczyć może fakt, że połowa ludzi przybyła na koncert w kurtkach, bo w szatniach nie było już miejsca. I właściwie cud sprawił, że znalazłem się w drugim rzędzie, by obserwować to, co dziać się będzie na scenie.

Zaczęło się od Sorry Boys. Panie i panowie debiutanci niedawno, bo w ósmy dzień listopada wydali swój debiutancki krążek „Hard Working Classes” i trasa z Brodką jest skuteczną reklamą, bo patrząc po frekwencji, wiele osób może zainteresować się tą grupą. Sam koncert wypadł dość dobrze z wyjątkowo subiektywnego punktu widzenia. Zagrali miły i przyjemny dla ucha koncert, który rozruszał ludzi. Pokazał też zespół jako dobrych instrumentalistów nie bojących się kombinować z różnorakimi stylami. Głos Izabeli Komoszyńskiej skakał sinusoidalnie od dołów, aż po wysokie falseciki i dodawało to jakiejś różnorodności. Trochę Bjork, trochę Camera Obscura. Za to ładnie, zgrabnie i powabnie. W każdym razie nie zanudzili, a jak na support, to duży sukces!

Chwila wyczekiwania i ku wielkiej uciesze gawiedzi zjawiła się Ona. W pięknej, kolorowej sukience, z misiem na plecach i uśmiechem na twarzy. Szczerze zdziwiona, że aż tyle ludzi przybyło na koncert, bo warto nadmienić, iż Wrocław rozpoczął wielką grandę będąc pierwszym przystankiem na trasie. Poleciał „Hejnał” zmiksowany z „Bez tytułu” jako szaleńcze intro, później było już tylko lepiej. Materiał z „Grandy” został zagrany niemal w całości (oprócz akustycznej „Syberii”) z licznym wykorzystaniem wgranych sampli wspartych sekcją instrumentalną. Szał publiczności na „W pięciu smakach”, „Krzyżówce dnia” czy tytułowym utworze wzrastał z kolejną nutą. Brodka niczym prowodyr, niczym wódz prowadziła przekrojowo przez całą płytę. Rozkładała ją na części pierwsze, dorzucała świetny i dopracowany wokal, podawała energię, tańczyła, wirowała, skakała, uderzała w dzwonki, dwoiła się i troiła, by zachwycić rozochoconą publikę. Ale na samych nowych utworach się nie skończyło. Pojawiły się trzy covery, pełne inwencji twórczej i elektro-wrażliwości. „Two Times” z repertuaru Ann Lee dostał lekko funkowej nuty, „King Of My Castle” jako przejście po „Grandzie” ładnie się scaliło i zabłysnęło elektro-folkową stylistyką, a „We Used To Wait” autorstwa Arcade Fire zachwyciło swoim klimatem i użyciem omnichordu. Miłym akcentem była także swobodna przeróbka „Dziewczyny mojego chłopaka” w iście dance’owym stylu, który rozbrajał i budził nogi do szaleńczego pląsu. Szkoda, że tylko jeden stary szlagier został przekształcony na nową modę, ale lepszy rydz niż nic, a w szczególności tak świetny.

Nowa Brodka budzi zachwyt, tutaj nie ma wątpliwości. Frekwencja pokazała, że zmiana stylu skomercjalizowała jej muzykę, przeniosła ją daleko do szerokiego grona odbiorców. A ona na koncertach trafia do słuchacza w sposób wyjątkowy i radosny. Atmosfera tęczy, kwiatków i czystego uśmiechu udzieliła się każdemu, bo rzadko się zdarza, żeby wokalistka, i to tak młoda, przyciągała tabuny ludzi, wywracała ich mózgi do góry nogami, sprawiła, by skakali jak najęci, śpiewali wszystkie teksty, wydzielali krew, pot i endorfiny w hektolitrach. Brodka wyszła z tego koncertu obronną ręką i na szczęście granda zamiast degrengolady udała się w stu procentach.

zdj: Nieustraszona Maria Grudowska

wtorek, 16 listopada 2010

Pure Reason Revolution - Hammer and Anvil


Elektronika w rocku nie jest niczym niezwykłym. Szczególnie, że każdy zespół, który w miarę stać, kupuje sobie przynajmniej syntezator i stara się dorzucać trochę dodatkowych dźwięków, by sprawić słuchaczowi wielką radość z różnorodności instrumentalnej, którą rzekomo wprowadzają. Muszę przyznać, że teraz to klawisze i beaty przeżywają swój renesans. Świadczyć o tym mogą wszystkie elektro-punkowe kapele wybijające się znikąd. Śmiem nawet nazwać takie grupy, jak Crystal Castles czy Bloody Beetroots Death Crew 77 mianem „punku XXI wieku”, bo poziom szaleństwa, jaki przeżywa się na takich koncertach sięga zenitu. Teraz gitary to przeżytek, a jak już są to z jakimś nieodłącznym combobreaker-beatem, który zmiecie wszystkich z powierzchni ziemi. A wtedy 6-strunowiec dostaje kopa, włącza jakiś wyrąbany w kosmos przester i uderza dźwiękiem łączącym się z owym beatem i dostajemy syto po twarzy, bo czegoś takiego właśnie chcemy. Uderzenia w muzyce.

Grupa Pure Reason Revolution od powstania trochę mieszała w progresywnym półświatku, bo pierwsza płytą, jaką zaserwowali, była pełna krwiożerczych i rozpaćkanych kompozycji układający się w kalejdoskop emocji zgrabnie spięty za pomocą miłych dla ucha melodii negliżujących od środka. Ach, jakież było zaskoczenie, gdy rok 2009 dał mi drugi album grupy. Po pierwsze tytuł: Amor Vincit Omnia. „Miłość zwycięża wszystko” w martwym języku dało trochę patosu już na same wejście, ale cóż, takie mieli prawo. Dura lex, sed lex. Dołóżmy jeszcze trochę popapraną okładkę złożoną w figurę z ludzkich ciał. A wnętrze płyty cóż ukazuje? Diametralną zmianę brzmienia, gdzie gitar prawie nie ma. Doszły klasyczne, lekkie perkusje, dużo szumów, teł, ale przede wszystkim nowe i dojrzałe kompozycje, które zaskoczyły w naprawdę urokliwy sposób.

Teraz mamy 2010 i cóż się stało? Pure Reason Revolution pijane sukcesem i pozytywnymi recenzjami poprzednika stworzyło album numer 3. Do tego posłuchała jojczenia starych fanów i wyjadaczy jęczących gdzieś, że „The Dark Third to było cudo, qwa!” i dorzuciła trochę z debiutanckiego brzmienia tworząc kosmiczną wypadkową w postaci „Hammer and Anvil”.

Powiem tak: gdybym był panem Kowalskim, który zna oba poprzednie albumy na wylot, ale wcześniej nie wiedział nic nt. nowo powstałej płyty, byłbym zdziwiony. Za to, gdybym spotkał innych Kowalskich znających wszystkie trzy albumy i powiedzieliby „słuchaj mnie, Kowalski. Hammer and Anvil to taki mix poprzednich płyt. Wiesz, jakbyś wrzucił dźwięki do miksera i włączył tryb turbo”, to bez słuchania wiedziałbym, czego się spodziewać. 

Bo właśnie „Hammer and Anvil” to kompilacja proporcjonalnych do siebie dźwięków. Mamy pseudo-kosmiczną elektronikę, pełno klawiszy, beatów, do tego kompozycje w stylu „The Dark Third” łączące się w dziwny, ale zaskakująco dobry sposób. „Black Mourning” brzmi iście, jak odrzut z „Amor Vincit Omnia”. Pełen polifonii wokalnych, klawiszy kojarzących się wybitnie z „Deus Ex Machina”. Są też kawałki zbliżające się na swój sposób do debiutu, jak „Open Insurrection”, czyli 7 minut około-progresywnego grania z przeładowanymi efektami gitarami rozkręcającymi się w wirującym, naddźwiękowym tańcu, które w końcu uderzają niczym ostre i mocne kawałki z początków działalności. Jest też sporo nowinek. „Blitzkrieg” to brytyjskie Justice wymieszane z przeróbkami pokroju nowego Pendulum. Otwierające album „Fight Fire”  to zaś taki kawałek świetnie nadający się do Matrixa. Elektroniczna kanonada uderzająca trochę w nutę industrialnej i ciężkiej atmosfery toczącej się ciężko po utworze, gdzie prym wiedzie szaleńczy głos boskiej Chloe Alper.

Nie jest to płyta świetna, nie jest też na pewno lepsza od poprzedników. Mimo wszystko warto się zapoznać, by trochę się pobujać, trochę poszaleć, zastanowić się. Choć Pure Reason Revolution skończyło się na Kill’ Em All, to i tak można sprawdzić, jak miło dogorywają i ciągle eksperymentują. Kto wie, może następna płyta skończy się zmartwychwstaniem?

sobota, 13 listopada 2010

TIDES FROM NEBULA W FIRLEJU

Listopad w pełni, za oknem widać już, jak mokro i nieprzyjemnie. Jak robi się ciemno o 16-tej. Czeka się tylko na moment, gdy zza rogu wyskoczy Pani Zima i poprószy swoim chłodnym oddechem późnojesienny świat, by zakryć go puszkiem, zamrożoną wodą, która otaczać nas będzie przez kolejne, chłodne miesiące. Taka pora to idealny czas, by wejść do ciepłego klubu, posłuchać dobrej, mocnej muzyki adekwatnej do warunków pogodowych. Jeden z takich wieczorów dopadł mnie we wrocławskim Firleju, gdzie naprzeciw plusze wyskoczył warszawski czteroosobowy wymiatacz, czyli Tides From Nebula – zwycięzcy Neuro Music czy Knock Out, post-metalowi szarlatani, których muzyka wzrusza i uderza w odpowiednią nutę.

Wieczór jednak zaczął się od występów dwóch support’ów, czyli Obscure Sphinx i NAO. Pierwszy to mieszanka post-metalu z nutą eksperymentów. Animuszu dodawała wokalistka, która swoim obandażowanym ciałem i growlem dorównującym niejednemu długowłosemu panu z rzęsistą brodą i gardłem wyciętym od palenia, zaskakiwała od samego wejścia. Dodajmy do tego kompozycje dość typowe dla gatunku, chociaż ciekawym było stosowanie 8-strunowej gitary, 6-strunowego basu i  dokładając do tego samplery delikatnie przewijające się przez dźwięki instrumentów. Całość tworzyła dość kuriozalny, trochę szamański i wydziwiony obraz, który części publiki podpasował. Mnie jednak mniej.

Drugi support, NAO, to troszkę inna para kaloszy. Choć znów kobieta na wokalu, to tym razem większy nacisk położony był na jego melodykę, a nie samą ekspresję. Interesującym dodatkiem było też używanie Kaoss Pad’a przez wokalistkę, która zapętlała, dodawała echa i flangery dla swojego wysokiego i cukierkowego głosu dając nam ogółem piękny pokaz możliwości strun głosowych. Zespół chętnie zaś manewrował zręcznie między post-rockową ścianą dźwięku, a wolnymi, trochę shoegaze’owymi wstawkami tworząc miły i ciepły klimat przed mającą nadejść główną gwiazdą.

Co do wielkości Tides From Nebula nie mam wątpliwości, gdyż już przy wydaniu debiutanckiej „Aury” pokazali, że na wiele ich stać i jako młodzi i doświadczeni zarazem muzycy mają szansę wypłynąć poza polski post-rockowy grunt, by trafić gdzieś dalej, hen, hen, daleko. Klimatyczne światła, dużo dymu na scenie i jednostajne, ciche buczenie sprzęgających gitar towarzyszyło zespołowi na wejście. Radość, z jaką wrocławska publika przyjęła kwartet była oszałamiająca, szczególnie dla niego samego. Lecz panowie nie pozostali dłużni, gdyż zagrali porywczy i wspaniały koncert pełen świetnej instrumentalnej gry, popisów gitarowych i emocji pojawiających się w każdym ruchu muzyków. Gitary cudem nie wypadały z pasków, pałki ledwo trzymały się rąk, lecz energia, którą Tides From Nebula wykrzesała z siebie była wręcz niezwykła. 

Grupa raczyła nas w dużej mierze materiałem z „Aury”. Piorunujące wrażenie robiło świetne wykonanie „Purr”, „Higgs Boson” czy „When There Were No Connections”. Lecz to nie było wszystko, gdyż zespół od jakiegoś czasu ma gotowy album, który czeka na datę premiery. Jednak udało nam się usłyszeć kilka premierowych utworów z owej płyty. Nie wiadomo na jej temat właściwie nic oprócz jednej, istotnej rzeczy: warto na nią czekać, gdyż to, co zespół zaprezentował na wrocławskim koncercie to nowa, lepsza jakość polskiego post-rocka. Nowe utwory są dojrzalszymi, bardziej dopracowanymi i bogatszymi kompozycjami. Częste zmiany metrum, dodatki w postaci nowych, zaawansowanych technicznie efektów gitarowych, klawiszowe pasaże – wszystko to świadczy o tym, że Tides From Nebula ewoluowało i zaczęło szukać swojej drogi, nowych inspiracji. 

Koncert we Wrocławiu zespół może uznać za niezwykle udany. Świetnie ustawiony pod względem akustycznym (brawo, Firlej!), pełen emocji i wzruszeń. Powiedzieli, że wrócą z nowym albumem na wiosnę. Byle prędko, bo takie katharsis chcę przeżyć raz jeszcze.

(fot. Maria Grudowska)

P.S. Taki dodatek!











niedziela, 7 listopada 2010

Hurts - Happiness


Gatunkowość w muzyce jest sprawą w moim mniemaniu irytującą. Nie dlatego, że nie lubię rozróżniać rzeczy, których słucham. Sprawa bardziej polega na samym fakcie, iż nazewnictwo i szufladkowanie wykonawców jest teraz zjawiskiem nagminnym, które wręcz przechodzi do formy krytycznej. Bo ile można słuchać, że jakiś zespół jest tak trudny do nazwania, że tworzy się dla niego osobny nurt? W pewnym momencie jest już tego zdecydowanie za dużo, bo nagle okazuje się, że zespół X (nie mówię teraz o zespole X, który istnieje) ma siedem różnych nazw i gatunków go określających. Ale właściwie kogo to obchodzi?!

Zespół Hurts ze swoim nazewnictwem ma trochę prościej. Chociaż wydawcy zawile kombinują mówiąc, że inspirują się disco lento pochodzącym z nurtu Italo, bla, bla, bla, to duet z Manchesteru można definitywnie określić mianem synthpopu. A to głównie za sprawą debiutu, jakim jest „Happiness”. Chociaż zespół był nikomu wcześniej nieznany, w swoim angielskim zaciszu komponowali muzykę będąc pod wielkim wpływem melancholii i smutku, gdyż „znowu w życiu im nie wyszło” i utworzyli hit – „Wonderful Life”. Teledysk za 20 funtów, charakterystyczny styl minimalistów-gangsterów z lat 30’tych i pieśń, która rozrosła się na całą Europę atakując ją niczym dobra dżuma. I tu się ujawniły ich inspiracje. Depeche Mode, Duran Duran i pełno innych, światłych wykonawców szalonych lat 80’tych zaowocowało utworzeniem się muzyki, jaką Hurts będzie się chlubił.

Nie powiem, że płyta jest zła, bo nie jest. Sporo utworów ma w sobie duży, singlowy potencjał i mogłyby rozbrzmiewać w stacjach radiowych przez długi, długi czas. Oprócz „Wonderful Life”, który swoją prostotą i surowością, acz niesamowitą chwytliwością pokroju tych zabawnych rzepów, które ma taka roślinka, którą dzieci uwielbiają się rzucać będąc małymi szkrabami są też inne. „Stay” to typowa, popowa melodyjka z chwytliwym chórkiem, prowadzącym pianinem i melodyką wokalu Theo Hutchcraft’a. Nie ma niepotrzebnych elementów, tutaj wszystko jest świetnie wyważone. Takie „Silver Lining” czy „Devotion” z gościnnym udziałem Kylie Minogue to także świetna zabawa i rozrywka. Nie jest to muzyka do intelektualnych chuci, tutaj nie znajdziesz głębokiego przesłania. Może jedynie w tekstach, które prawią o wartościach takich, jak miłość czy poszukiwanie szczęścia. Może to akurat jest tak bardzo przejmujące, bo duet pisał te melodie w czasach, gdy nie mieli za co żyć, więc takie podbudowanie było najpotrzebniejsze, by dalej istnieć.

Hurts to zespół, który szuka sposobu na wskrzeszenie starego i dobrego brzmienia z czasów, które dobrze znamy. Ten skrajny minimalizm, jakim chełpi się zespół sprawia, że są bardziej rzeczywiści. Bardziej w stronę odbiorców. Kiedy widzisz dwóch facetów: jednego z mikrofonem, drugiego z klawiszami i to jest wszystko, co Tobie oferują, kojarzy Ci się to z zespołem weselnym. Tylko tutaj nie usłyszysz „Białego Misia”, tylko wspaniałe, europejskie hity wkradające się do serc. „Happiness” jest płytą wybitnie popową, ale przez tą stylistykę wybitnie zostającą w pamięci.

czwartek, 4 listopada 2010

Get Well Soon - Vexations


Z projektem Konstantina Groppera o nazwie Get Well Soon mam styczność od jakiegoś tygodnia, ale już zdążył on zawładnąć moim sercem swoim wdzięcznym i dźwięcznym brzmieniem właściwie natychmiast. „Vexations” to nowy, tegoroczny album grupy, który swoim sukcesem zaskoczył niejednego, w tym i mnie, bo muzyka, która wychodzi z odtwarzacza nie jest typowym popowym i słodkim brzmieniem, które bez problemu przebija się przez komercyjną barierę.

Konstantin Gropper, czyli mózg, ręka i oko całej operacji o kryptonimie „Get Well Soon” tym razem postarał się, by nad płytą nie pracować samemu, dlatego poprosił do pomocy swój zespół i razem tworzyli w studiu. I trudzili się, gromadzili te dźwięki, i w końcu zamknęli je w godzinnej kompozycji pełnej niespodzianek, o których z chęcią co nieco opowiem. 

Płyta od początku jest zachwycającą mieszanką przeróżnych stylów i gatunków tworząc ciekawe kompromisy muzyczne. Chwytliwe melodie oparte na prostych i podstawowych dźwiękach, które w tajemniczy sposób zyskują niezwykle rozbudowane tło dają w rezultacie utwory-potwory, czyli takie, od których trudno się uwolnić. Mamy tu więc mnogość instrumentów, które w każdym utworze są eksponowane w nowy sposób, choć przede wszystkim pierwsze skrzypce grają skrzypce. No i pianino, które przewija się właściwie przez cały album.

Gatunkowość poszczególnych utworów rozstrzelona jest po całej gamie różnorakich stylów, jakie człowiek stworzył za pomocą nutek i pięciolinii. Dużo w tym wszystkim świeżości i wigoru. Chociaż Gropper ma 27 lat i powinien przeżywać w tym momencie post-studenckie szaleństwo, i nie bać się mierzyć ze światem w jakiś niezwykły sposób, to on wytwarza kompozycje pokroju „That Love”. Niski, przejmujący głos Groppera łączy się tutaj z pianinem będącym szarą eminencją kompozycji. Stojąc trochę z tyłu, lecz ciągnąc całość naprzód. Wszystko tutaj jest wolne, spokojne, melancholijne, a słuchając tego utworu mam dziwne wrażenie gdzieś z tyłu głowy, że zagubiłem gdzieś coś ważnego, czego nie mogę odzyskać i łzy prawie cisną się do oczu z powodu wspaniałości tej emocjonalnej kanonady.
Get Well Soon to nie tylko utwory wolne i ciche, są też rzeczy wyjątkowo radosne i ciekawie brzmiące z licznym akompaniantem całej gromady przeróżnych instrumentów, gdyż Konstantin Gropper nie boi się improwizować i zestawia ze sobą klasyczne i nieklasyczne dźwiękotwórcze przyrządzenia. „Seneca’s Silence” to harfy, marimba, chórki i skrzypce tworzące razem coś nieprawdopodobnie radosnego. Coś kojarzącego się z kiczowatym placem zabaw dla dzieci, gdzie w środku znajduje się gigantyczny basen z kulkami, w którym chcesz się taplać przez wieczność. „5 Steps-7 Words” z początku kojarzyło mi się z wykonawcami takimi, jak Beirut czy Arcade Fire, by potem przeskoczyć w pseudo-filmowe orkiestracje nadające się idealnie do filmów z Jamesem Bondem i jego gadżetami w akcji. 

Lecz muzyka to nie wszystko w tym zespole. Konstantin Gropper jako post-student filozofii chętnie zaglębia się w różne rejony ludzkiej świadomości posiłkując się swoimi ulubionymi twórcami: Nietzsche’m, Kafką i innymi, interesującymi postaciami. Teksty głębokie, choć nie pozbawione ironii mocno uderzają w nutę człowieka zastanawiającego się nad swoim jestestwem, szukającego odpowiedzi na ważne i nurtujące człowieka pytania. Wzruszające, jak tekst „A Voice In The Louvre”: Deep in the swarm/Hold on mother/to the shaky hands/in open waters/save me, father/from the flood. W połączeniu z genialną melodią ciarki gwarantowane.

Get Well Soon to świetny projekt dla ludzi, którzy w muzyce szukają zawsze czegoś więcej, jakiegoś pierwiastka mocy i tajemniczości. Synteza różnych gatunków każdemu powinna przypaść do gustu, bo ich jest tu wręcz w nadmiarze. A wszystko to tworzy niezapomnianą, godzinną podróż przez zakamarki ludzkiego ducha i mocy ukrytej w tych niebanalnych melodiach.


P.S. Jak macie jak, pojedźcie na Ars Cameralis do Chorzowa, grają 22.11 razem z grupą Lambchop.
Polecam, autor.