W czwartej części Filmowej Przelotki co nieco o Stalowym Człowieku, skrawek humoru w stylu Nintendo, remake’i, szalone musicale i wiele innych bzdurek!
Iron Man 2 – sequel o tym, jak Tony Stark wdziewa swój kosmiczny kostium i walczy ze złem. Historia drugiej części kończy się w momencie „jedynki”, kiedy to Stark publicznie mówi, iż jest Iron Man’em powodując tym samym natarcia ze strony armii, mediów, a także szalonego, ruskiego koleżki pragnącego pomścić swojego ojca, któremu tato Tony’ego zrobił kuku x-dziesiąt lat temu. Film zachwyca efektami specjalnymi, rolą główną graną przez Roberta Downey Jr.’a i tyle. Popatrzeć zawsze można.
6/10
Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans – swobodny remake filmu Abela Ferrary w wersji Wernera Herzoga, w którym swoją błyskotliwością i umiejętnościami powalił sam Nicholas Cage – człowiek-zbolała-wieczna-mina pokazujący w tym filmie troszkę inną twarz. Detektyw Terence McDonagh w wyniku próby ratowania więźnia uszkadza sobie plecy, dzięki czemu dostaje awans na porucznika. Oprócz tego zyskuje uzależnienie od narkotyków, środków przeciwbólowych, hazardu. Sam balansuje na granicy prawa po to, aby odnaleźć morderców pewnej senegalskiej rodziny. A wszystko okraszone obrazem Nowego Orleanu po uderzeniu huraganu Katrina. Dobry, bardzo dobry, tyle powiem!
8/10
Angielska Robota – film oparty na faktach. Grupa włamywaczy tworzy genialny plan napadu na bank, w którym oprócz złota, pieniążków i innych świecidełek znajdują się kompromitujące zdjęcia skandali seksualnych z brytyjską księżniczką i bardziej wpływowymi lordami w roli głównej. Jason Statham gra twardziela i prowadzi swą ekipę ku wiecznemu szczęściu i krainie mamoną płynącej, lecz nie odbywa się bez pokuty. Trzyma w napięciu, o dziwo.
6,5/10
Good Night, Good Luck – pięknie zrealizowany, stylizowany na stare lata czernią i bielą, z mocną fabułą. Historia Edwarda Murrow, legendarnego dziennikarza NBS, który postanawia mierzyć się z senatorem Stanów Zjednoczonych, Joseph’em McCarthy’m szalejącym w latach 50-tych ze swoją Komisją oskarżając wpływowych ludzi o kontakty z komunistami. Jak na Hollywood tanio, bo 7 milionów dolarów kosztów produkcji. Jak na Hollywood świetnie, bo jest to jeden z lepszych filmów traktujących o amerykańskiej telewizji. I wciągający obraz. Wciąga, jak cholera.
8,5/10
Solomon Kane – film na kanwie opowiadań Roberta Ervina Howarda znanego bardziej jako twórcy Conana! Tytułowy Solomon Kane to purytanin błąkający się po Ameryce czasów kolonialnych i walczący z demonicznymi kreaturami. Tylko sam Kane ma złą przeszłość, która nie daje mu zapomnieć o swoim pochodzeniu.
Ogląda się nieźle, dobrze odzwierciedlono klimat tamtych czasów. Ponure, ciemne niebo, wilgoć i mgła przesiąkająca przez ekran. Aktorstwo też niezłe.
7/10
Scott Pilgrim vs. The World – historia kanadyjskiego 22-latka, który nie robi w życiu nic oprócz grania w zespole. Bez celu na życie, mając 17-letnią dziewczynę zmierza destrukcyjnie w czarną dziurę niczym Mario, który nie przeszkoczy na drugą stronę przeszkody. Wszystko zmienia się jednak, gdy poznaje Ramonę – amerykańską dziewczynę, w której Pilgrim szaleńczo się zakochuje. Haczyk tkwi w tym, że Scott musi pokonać siedmiu byłych Ramony, aby móc być z nią razem.
Historia zrodzona na podstawie komiksu, klimat komiksu oddany wiernie na ekranie. Każde uderzenie, chwyt, ruch. Wszystko poparte jest odpowiednio napisaną onomatopeją, więc „kaboom”, „watoosh”, „bum”, „jeb” istnieje na porządku dziennym. Do tego Michael Cera grający filigranowego i zagubionego Pilgrima, świetna muzyka Nigel’a Goodricha, klimat Nintendo. Nie pozostaje nic innego, tylko „insert coin & fight”.
9/10
The Day Earth Stood Still – remake znanego filmu sci-fi z lat 50-tych. Keanu Reeves jako kosmita przybywający na Ziemię informując o tym, iż mieszkańcy planety niszczą piękne lasy i knieje i spotka ich za to kara z rąk pozaziemskich istot. Film nawet niezły, chociaż oryginał miał większy klimat. Tutaj wszystko przerysowane, naładowane efektami i nowinkami technologicznymi. Mimo wszystko wyszedł obronną ręką, bo z reguły remake=śmieć, a tutaj na szczęście tak się nie skończyło.
7/10
Terminator: Salvation – kolejna część sagi o zabójczych maszynach walczących z hordą ludzi, którzy chowają się po kątach niszczejących miast. Tym razem John Connor (grany przez Christiana Bale’a) męcząc i jęcząć szykuje się do ostatecznej walki ze SkyNet’em. Po drodze napotyka jednak Marcusa Wright’a (Avatarowski bożyszcze, miszczu z „Clash of the Titans” – Sam Worthington – człowiek ujeżdżający smoki i inne bestie, zwiastun ratunku, martyrologii za naród cierpiący), który to okazuje się być robo-człowiekiem. W wyniku współpracy obu osobników szykuje się jatka.
W sumie film jest jedynie marnym pociągnięciem klimatu pierwszych dwóch części. Nawet Schwarzenegger jest tu wmontowany komputerowo. Ale wybuchy są fajne.
4,5/10
Zgon na pogrzebie – brytyjski, czarny humor w pełnej krasie. Miał ojciec dwóch synów. Jeden poszedł w świat i został pisarzem, a drugi został w domu. Tato umiera, rodzina spotyka się na pogrzebie. Wśród gości zaś pojawia się tajemniczy karzeł, który skrywa sekret, mroczny sekret. Taki sekret, który zaszkodziłby tej rodzinie. Nie jest idealna, ale łączy się, by ukryć skrzętnie sekret skrzata. Humor czarny, ale nie tak, jakbym się tego spodziewał. Są śmieszne gagi, szczególnie, gdy dochodzą narkotyki, ale nie było to tak dobitne, jak sądziłem. Dało radę obejrzeć, lecz jest wiele śmieszniejszych, a tym samym lepszych obrazów.
6/10
Sen Kasandry – Woody Allen dramatycznie. Historia dwóch braci, którzy prowadzili swoje spokojne, acz standardowe życie. Jednak obaj pragną czegoś więcej, chcą wybić się ponad swoje umiejętności. Jeden uprawia namiętnie hazard, drugi udaje bogacza, by poderwać śliczną i wspaniałą kobietę. Lecz dobra passa się kończy. Zadłużeni i spodleni panowie chwytają się ostatniej deski ratunku – ich wujka, który jest bogatym właścicielem wielu nieruchomości w Stanach Zjednoczonych. Lecz sam jest w kropce, gdyż jego majątek stoi pod znakiem zapytania. Pewien uczciwy pan chce wyjawić wszystkie sekrety i przekręty jego działalności. Więc wujek obiecując gruszki na wierzbie młodym, prosi ich o zamordowanie owego pana. Sama historia jest dość banalna, bardziej zaznaczono tu profile psychologiczne i cierpienia wewnętrzne obu braci (Ewan McGregor i Colin Farrell). Ich rozterki, głębokie rozmyślania pt. „zabić czy nie”. I przede wszystkim za tą głęboką głowo-logię podziwiam kunszt Allena.
8/10
The Rocky Horror Picture Show – klasyk gatunku znanego jako musical. Narzeczeńska para, Brad i Janet, jadą do swojego zaprzyjaźnionego profesora, ale jak to w każdym kiepskim horrorze być musi, samochód się psuje. Do tego pada i jest brudno. Po drodze jednak widzą zamek, do którego niezwłocznie się udają. Tam zamiast strasznego kata, mordercy czy wampira wita ich dziwaczny doktor-transwestyta z planety Transylwania, który na ich oczach powołuje do życia pięknego mężczyznę, z którego chce uczynić idealnego kochanka w siedem dni.
Film mnie zafascynował. Liczne nawiązania historyczno-biblijne, gdzie ów doktor niczym wąż kusi narzeczonych do grzechu (co udaje się zarówno na kobiecie, jak i mężczyźnie). Do tego świetna, główna rola Tima Curry’ego, chwytliwe piosenki i absurdalna fabuła przechodząca nieraz w totalną psychodelę dają w rezultacie przyjemny dla oka obraz pełen magii, kolorów, krwi, pożądania i dzikości.
7,5/10
Machete – Robert Rodriguez postanawia wykorzystać pomysł pochodzący z wymyślonych trailerów przy projekcie Grindhouse i powstaje pełnometrażowy obraz o niesamowitym bohaterze-zabójcy, który swoją maczetą wycina sobie sprawiedliwość przez kończyny zła. Plejada gwiazd: Danny Trejo, Robert De Niro, Jessica Alba, Lindsay Lohan. Kamera prowadzona w iście Rodriguez’owym stylu – ubrudzona, obniżona jakościowo, niedokładnie wycinana. Klimatu dodaje też stylizacja na kiepskie filmy klasy B/C, gdzie sztuczna krew leje się litrami, a dialogi są sztywne. Ale przez to wszystko obraz dostaje specyficznego kolorytu. Tego nie można wziąć poważnie. Ale od tego nie można się oderwać.
8/10