poniedziałek, 25 października 2010

Team Ghost - Celebrate What You Can't See EP


Różnie w życiu bywa, gdy ścieżki się rozchodzą.  Można wybrać lepiej lub gorzej. Można trafić w niezłe bagno, albo z niego się wykaraskać i trafić na szczyt. Pełno jest wyborów w naszym życiu, których żałujemy bądź nie. Odejście z M83 było przełomowym wyborem dla Nicolasa Fromageau, jednak nie można robić niczego wbrew sobie. Dlatego zaszył się w Paryżu i tam razem z Christophe Guérin postanowił utworzyć nowy i interesujący projekt, jakim niewątpliwie jest Team Ghost.

Lata tworzenia ujrzały swój koniec w tym roku, gdzie udało nam się uświadczyć dwie ciekawe EPki od duetu.  Chłodny miesiąc, jakim jest październik dał nam w prezencie „Celebrate What You Can’t See”, czyli interesującą próbę stworzenia nowej jakości shoegaze i post-rocka w swój ciekawy i niebanalny sposób. Wynikiem tego działania jest pięć utworów, gdzie każdy z nich raczy nas pewną osobliwością. Jednak mimo wszystko cała EPka jest kojarząca się z różnorakimi wykonawcami, które gdzieś już na pewno słyszeliśmy.

Przykładem na to jest otwierający „High Hopes”, który ze swoim zacięciem i specjalnie rozbudowanymi gitarami brzmi niczym wyjęty z jakiegokolwiek krążka God is an Astronaut. Szczerze mówiąc, jedyną różnicą jest to, że delikatnie przebija się wokal, którego Irlandczycy nie używają w swoich utworach. No i sama końcówka, która uderza dużą ilością ładnie zgranej ze sobą elektroniki. Jednak nie zmienia to faktu, że prawie idealna zrzynka z utworów post-rock’owych jest niemałym grzeszkiem.

Fromageau ze swoim Team Ghost nie dał wielkiego popisu. EPka zadziwia swoim klimatem i rzeczywiście niektóre fragmenty po prostu wkręcają się w umysł niczym dobrze naostrzona śrubka i zostają tam na dość solidny kawał czasu, jednak mimo wszystko ciągle nie mogę wyłączyć tego wrażenia, że wiele elementów, jakie znajdują się na „Celebrate What You Can’t See” to podróbka idei, pomysłów, kompozycji, którymi szczycić się mogą inni wykonawcy. Będę czekał na więcej, bo jest na co czekać. W Team Ghost istnieje potencjał, który tylko czeka na rozwinięcie. To jeszcze nie ich czas. To były jeszcze błędne wybory. Ale niebawem, kto wie? Niezbadane są ścieżki ludzkości.

niedziela, 24 października 2010

Serj Tankian - Imperfect Harmonies


Serj Tankian to dziwny osobnik na rynku światowym. Szaleństwo, jakie stworzył razem ze swoim System of a Down to dość duża odskocznia od tego, co zwyczajnie można było usłyszeć w latach swojej działalności. Niby około-metal z elementami narodowymi, a jednak tak trudny do zaszufladkowania, że nawet doczekał się swojej nazwy – „soil”. SOAD się rozpada, a Serj się skupia na swojej solowej działalności. I o ile pierwszy album, „Elect The Dead” był czymś niezwykle interesującym – przede wszystkim dlatego, że przewijały się jeszcze echa System of a Down, jednak były one solidnie podparte nowymi doświadczeniami wokalisty. Wszystko miało swój cudowny, ujmujący klimat. 

Sprawy jednak zaczęły się psuć. Wydanie „Elect the Dead” w wersji symfonicznej było złym (w moim mniemaniu) posunięciem, bo ta siła, która przemawiała za oryginałem została rozpruta i rozdzielona na dziesiątki instrumentów towarzyszących Tankianowi w jego kanonadzie jęczącego wokalu. Jednak widocznie eksperyment z muzyką klasyczną jemu pasuje, bo w tym roku doczekaliśmy się „Imperfect Harmonies”, który jest niczym innym, jak symfonicznym „Elect the Dead” vol.2.

Od razu powiem, ta muzyka do mnie nie przemawia. Nie chodzi mi o muzykę klasyczną w ogóle, jednak sam pomysł Serja, by w tak dogłębny sposób połączyć ze sobą rozbudowaną orkiestrację ze swoimi politycznymi tekstami i jękami dodając do tego troszkę rocka gdzieś w tle jest niczym innym, jak strzałem w stopę. Energia albumu została tutaj zredukowana do minimum, a jedyną rzeczą, nad którą się zachwycamy jest symfonia wiodąca prym właściwie w każdym utworze „Imperfect Harmonies”.

Kompozycje na płycie sprawiały dla mnie wrażenie podobnej sprawy, jak przy „Elect The Dead”, tzn. nagrano zupełnie nie orkiestrowy album i przekonfigurowano go, rozpisano na partie skrzypiec czy różnorakich dęciaków. Co prawda, harmonia lepiej się zazębia w porównaniu do poprzedniej płyty, mimo wszystko pewnych rzeczy nawet nie mogę słuchać. „Gate 21” używa patentów wziętych wprost z muzyki popowej, tylko z dodatkowym uderzeniem smyczków, co nadaje wrażenie utworu „och, ach”. „Borders Are…” przez pierwsze sekundy rozpoczyna się, jak rasowy kawałek trance’owy, tylko zamiast ślicznego głosu kobiety pojawia się skrzeczący, dziwny pan.

Nie powiem, album nie przypadł mi szczególnie do gustu. Potwierdza to fakt, że za napisanie tej recenzji wziąłem się długo po pierwszym przesłuchaniu, bo nie wiedziałem wprost, co o tej płycie powiedzieć. Nie miałem zdania, bo album jest miałki i poniżej możliwości Serja. Są dobre i ciekawe elementy, które zdecydowanie pchają naprzód całe „Imperfect Harmonies”, jak singiel „Left of Center” czy „Deserving?” z prześwietnym refrenem, który swoją prostotą i głupotą powala, jednak ma w sobie coś interesującego. Coś, czego brakuje na większości płyty. Teraz przynajmniej wiadomo, dlaczego album to „Niedoskonałe harmonie”.

niedziela, 17 października 2010

Coma - Symfonicznie


Trzeba przyznać, że ostatnie lata były dla zespołu Coma wyjątkowo owocne. Liczne trasy, koncerty po całym kraju. Sława, którą przyniosła „Hipertrofia” była gigantycznym skokiem dla zespołu, który w niedługim czasie na stałe wskoczył do „kanonu polskiego rocka” obok nazw, jak Kult czy Happysad. Nagle Coma zaczęła obficie koncertować, gdyż w większych miastach zaczęli się pojawiać 2-3 razy do roku.

Rok 2010 to czas odcinania kuponów, gdyż zaczęło się od wydawnictwa „Coma – Live”, gdzie mieliśmy zapis DVD i CD z koncertu w warszawskiej Arenie Ursynów. Okres wrzesień-październik to istny boom fonograficzny dla Comy. Anglojęzyczna „Hipertrofia” , czyli „Excess”, a teraz jeszcze doszła płyta „Symfonicznie ”, czyli zapis z gdańskiego koncertu, który odbył się w roku 2009 wraz z akompaniamentem Gdańskiej Orkiestry Symfoników. 

Koncert pochodzący z „Symfonicznie” datujemy na 23 czerwca, gdy to Coma wystąpiła z gdańskimi symfonikami prezentując przekrój swojej twórczości z trzech albumów w wersjach orkiestrowych. Niby to taki eksperyment, za który bierze się coraz więcej skutków z różnorakim skutkiem. W przypadku Comy oceniłbym to na neutralny. A już tłumaczę, dlaczego.

Po pierwsze: pomysł ten nie jest niczym nowym i w pewnych przypadkach wersje orkiestrowe nie wprowadzają tak istotnych zmian ws. oceny poszczególnych utworów, co miało miejsce chociażby w epickim utworze o nazwie „Pasażer”. Ja go naprawdę lubię i w sumie miło, że się pojawił. Dla uczestników koncertu było to także sporą niespodzianką, jak mniemam. Jednak jedyną różnicą między wersją albumową, a tą z Gdańska był jęczący wokal Roguckiego, który wyraźnie się zmienił na przestrzeni lat. 

Są oczywiście części koncertu, które wypadły wyjątkowo dobrze, jak rozpoczynająca koncert „Wola istnienia…”, gdzie zamiast znanego wszem i wobec elektronicznego motywu pojawiają się skrzypce grające owe dźwięki. Do tego orkiestracja poszczególnych segmentów w dużym stopniu zwiększa odbiór samego utworu, który dostaje po prostu dużego kopa. 

Powiem krótko: Coma mogłaby już przestać. Nie mówię o przestaniu kariery, co z pewnością ucieszyłoby niemałe grono słuchaczy, które wręcz nie znosi Roguckiego i jego grafomanii połączonej z megalomanią.  Coma mogłaby natomiast przestać wysysać pieniądze z naszych kieszeni. Koncert z Gdańska wypadł dobrze, ale wydawanie dwóch wydawnictw w przeciągu miesiąca jest trochę kiepskim zagraniem. W pewnym momencie tego jest już za dużo, Coma osiągnęła tym samym swoją hipertrofię. Kolejne trzydzieści kilka złotych na nowy album nie jest niestety rzeczą, którą specjalnie pragnę.

Wolę wydać te pieniądze na nowy album. Jeśli zamierzają jakikolwiek w końcu wydać.

sobota, 16 października 2010

NowoBrzmienia - ach!


NowoBrzmienia to kolejny malutki festiwal na wielkiej mapie naszego kraju, który mimo wszystko zasługuje na wielką uwagę. Przede wszystkim dlatego, że takie lokalne inicjatywy warto wspierać, bo przez to poznaje się nowe i przyjemne dla ucha zespoły skumulowane w jednym miejscu. A tym miejscem był Pub Włodkowica 21 ulokowany niedaleko Rynku. Miejsce to znam dość dobrze, gdyż oprócz zwyczajnych wędrówek w celach rekreacyjnych, miałem okazję trafić także na Festiwal Ambientalny odbywający się w zeszłym roku w owym pubie. Wiedziałem więc, czego można się spodziewać.

Dzień 1 - Jazz, tłok i siwy dym.

Pierwszy dzień festiwalu odznaczał się dość dużą frekwencją. Przede wszystkim za sprawą mającego się pojawić jako gwiazda wieczoru jazzowego potwora, Pink Freud, ale o nim później.
Festiwal rozpoczął Układ SI, czyli avant-jazz?owa zabawa okraszona elektroniką i rapowanym wokalem. Nie spodziewałem się aż tak dobrego koncertu, przede wszystkim ze strony muzycznej. Perkusja, łamana i nieregularna, dodawała uroku do całego występu. Wokalista zaś mieszał między samplerem, który nieco szwankował, a on sam kombinował ze swoim śpiewaniem włączając i przełączając na różne sposoby efekt "distortion" . Do tego sam śpiewał nieco, jak Łona skrzyżowany z Fiszem. Wszystko to jednak tworzyło zaskakujący klimat, a cały koncert można zaliczyć in plus.

Gdy Układ SI powoli kierował się do wyjścia, druga scena, uroczo wyglądający podest z biblioteczką i staroświecką lampą,  zabłysł reflektorami, gdyż pojawił się tam drugi zespół wieczoru - Hellow Dog. Nazwa kontrastowa, muzyka syntetyczna, a grupa zdawała się być wyjęta z innego wymiaru.
Wokalistka na potrzeby owego kontrastu wymalowała sobie pół twarzy farbą, zdjęła buty i szaleńczo wywijała nogami i rękami. Właściwie, czym popadło. Trochę był to obcy, wyalienowany widok, ale o sceniczności się nie dyskutuje. A taka dziwna kontrowersyjność przyciąga, to pewne.
Muzycznie zaprezentowali się z jak najlepszej strony, bo proste i chwytliwe basy połączyli z ciekawymi gitarami i perkusją tworząc kicz-disco, pełne cekinów i błyszczących lampek choinkowych muzyczne szaleństwo, które zdecydowanie przypadło mi do gustu. Po tym koncercie zdecydowanie czekam na wydanie płyty przez zespół.

Gwiazda wieczoru - jazzowy Pink Freud, był zapewne głównym powodem przyjścia rzeszy ludzi, gdyż po skończeniu się koncertu Hellow Dog całe pomieszczenie było doszczętnie wypchane uczestnikami festiwalu. W sumie się nie dziwię, bo show, jakie wywalił zespół było niebywałe. Muzyka, jaką wydobywali ze swoich instrumentów ruszała do tańca, wzruszała, zastanawiała. Tempo ciągle nie zwalniało, a takie hity, jak "Monster of Jazz", czy swobodna interpretacja "Come as You Are" udowodniły, że zespół to pierwsza linia światowego fusion/jazz'u. Cudowna, swawolna zabawa na granicy dysonansu. Mój kolega, perkusista jazzowy, aż się rozpłakał, takie to było mocne. Genialne zakończenie dnia pierwszego, które rozbudziło dodatkowo mój apetyt na to, co przyniesie jutro.

Dzień 2 - funk, miliardy instrumentów i syte beaty.

Sobotni wieczór już na wejściu odznaczał się mniejszym zainteresowaniem. Mniejsza ilość ludzi pokazała, że najcięższy kaliber organizator wystawił dzień wcześniej. Mimo wszystko, ruszyłem dalej do znajomej mi już sceny, gdzie zagrał funkowy zespół KoFi.
Muszę przyznać, takiego koncertu w ogóle się nie spodziewałem. Myślałem, że chwilę tam postoję, pooglądam, co dzieje się na scenie i usiądę gdzieś spokojnie w kącie. Niestety, muzyka nie pozwoliła. Była zbyt hipnotyzująca, zbyt dobra. Gitary Kuby Mitoraja (znany również z Bipolar Bears) rozbrzmiewały tysiącem przeróżnych efektów, zaś wspaniały głos Alicji Kalinowskiej poruszający się swobodnie różnymi skalami i stylami rozgrzał moje serce. Do tego jej uśmiech i przyjemna konferansjerka pozytywnie nastawiły mnie na resztę wieczoru. Lepszego rozpoczęcia nie można było wymarzyć, rzeczywiście zadziałali troszkę jak mocna i rześka kawa.

Po KoFi druga scena zapełniła się ludźmi, gdyż rozstawiał się tam młody, polski kwartet, We Call It A Sound. Zwycięzcy zeszłorocznej edycji Coke Live Fresh Noise pokazali, na co ich stać. Ich monumentalne i melancholijne utwory brzmiały naprawdę intrygująco, choć czasem zbyt duża dawka spowodowana natłokiem dźwięków zwyczajnie męczyła. A szkoda, bo wiele z kompozycji miało ogromny potencjał, który został po prostu zmarnotrawiony. Jednak jest coś, co ujęło mnie w tym zespole - świetne możliwości aranżacyjne. Każdy z muzyków grał na więcej niż na jednym instrumencie, często używali zabawek niemal wyjętych z najdalszych zakątków muzycznego światka, jak kalimba, ale nie bali się też używać wszelakiej maści laptopów, samplerów czy modulatorów pokroju Kaoss Pada. Koniec końców, poczekam jeszcze trochę i myślę, że We Call It A Sound stworzy nową definicję dźwięku, która nieraz nas jeszcze zaskoczy. Lecz jeszcze to nie jest ich czas.

Po zakończonym drugim koncercie ruszyłem na występ ostatniego wykonawcy festiwalu - Deadbeat'a. Scoth Montieth pokazał swoje bogate tradycje dubstep'owe już od pierwszego dźwięku, jaki wydał ze swojego laptopa. Radosny uśmiech, jakim obdarzał nas od początku musiał świadczyć o tym, że mu się podobało (przecież nasza publiczność jest najlepsza!) i co rusz bawił się w dynamiczne kroki i dzikie tańce kojarzące mi się w dziwaczny sposób z cyfrowym walcem wiedeńskim. Ten Kanadyjczyk zamieszkały teraz w Berlinie zagrał we Wrocławiu dość nietypowy set: troszkę monotonny z uwagi na swoją stałą budowę, troszkę ożywiający, bo rytmy do bujania się były nierzadko zaiste pobudzające. Mimo wszystko występ jak najbardziej poprawny, niczego lepszego nie mogłem się spodziewać po takim gatunku muzycznym (co nie oznacza, że dubstep'u jako takiego nie lubię).

Oba dni pokazały, że nowych i oryginalnych brzmień w naszym kraju (i nie tylko) nie brakuje. Cieszę się więc, że znajdują się tak chętni organizatorzy, jak wrocławskie Formaty, które wynajdują takie zespoły, spraszają je w jedno miejsce tworząc tak urokliwy i miły festiwal, jakim zdecydowanie były NowoBrzmienia. A kto nie był, ten trąba.

niedziela, 10 października 2010

Coheed and Cambria - Year of the Black Rainbow

Coheed and Cambria nazywane „rockowym objawieniem ostatniej dekady”, jak głosi mój plakat reklamujący tegoroczny koncert tej grupy w Polsce, to amerykański kwartet grający muzykę z gatunku rocka progresywnego. Ale właściwie można rzec, że tworzą tak naprawdę osobny gatunek, bo w tym zespole nie tylko o samą muzykę chodzi. Opowiadają historię wyjętą z wymyślonego wszechświata, kosmiczną i zagmatwaną sagę, którą wymyślił gitarzysta i wokalista grupy, Claudio Sanchez. Mamy więc nie tylko muzykę, ale także serię komiksów, książkę. Kto wie, może dojdzie do tego film? Póki co, wydali w tym roku piąty album grupy, stanowiący zarazem początek sagi, „Year of the Black Rainbow”.

Od strony muzycznej album prezentuje się nader interesująco. Każdy poprzedni krążek grupy różnił się trochę i ewoluował tak, jak rozwijała się historia Coheed i Cambrii. W przypadku najnowszego albumu zespół spróbował zmienić swoje hard-rockowe brzmienie z „No World For Tomorrow” i spróbował je przenieść na grunt sprzed debiutu. Wynik tego eksperymentu to mieszanka ostrego, rockowego grania z elementami delikatnej elektroniki zahaczającej trochę o industrialny i mroczny akcent. 

Mamy więc pewien rozstrzał między tym, co możemy usłyszeć na albumie. Po pierwsze zespół wrócił do instrumentalnego intro rozpoczynającego album, czego na poprzedniej płycie niestety zabrakło. Po drugie, pojawiają się energetyczne i naładowane emocjami utwory idealnie nadające się na role singla („The Broken”, „Here We Are Juggernaut”). Mają w sobie pewien potencjał, nie są jednak rzeczami, które znamy z poprzednich dokonań. Ale to dobrze, bo to są naprawdę przyjemne niespodzianki, a takich na albumie jest pełno. Po trzecie: większe użycie elektroniki. Przez to programowany beat ze świetnej ballady „Far”, czy intrygujące tło w „Guns of Summer” może nieraz przyprawić o zawrót głowy. 

Nie wszystko jednak jest tak wspaniałe, jakby się mogło wydawać. „Year of the Black Rainbow” w moim odczuciu jest płytą trudną w odbiorze, bo o ile można było całkowicie wchłonąć się w proste i chwytliwe utwory, jak „World of Lines”, o tyle cięższe i bardziej progresywne utwory nie zawsze są przyjemne w słuchaniu i chwilę zajmuje dotarcie do sensu i lepsze go zrozumienie. „When Skeletons Live” może wydać się nudną zapchajdziurą, a „The Black Rainbow” zbyt chaotycznym i niepasującym zakończeniem płyty, ale dopiero pojęcie, że Coheed and Cambria to nie tylko historia, tylko głębszy przekaz kryjący się za dźwiękami da lepszy obraz, dlaczego „Year of the Black Rainbow” to album wyjątkowy w swoim rodzaju.

Saga zatoczyła krąg i wróciła do początku. Teraz historia Coheed i Cambrii jest zakończona. Teraz zespół może pójść w dowolnym kierunku. Jaką drogę teraz dobierze? Ja będę czekał ze zniecierpliwieniem.

poniedziałek, 4 października 2010

The Walkmen - Lisbon


Amerykański kwintet z The Walkmen nigdy specjalnie mnie nie zachwycał. Piosenki, które tworzyli, były dla mnie pożywką, którą mogłem się nasycić przez kilka przesłuchań, a dalej nic za tym nie szło. Ich muzyka przypomina mi trochę The Strokes na spowolnionym odtwarzaczu, bo ich energię można podzielić tak samo, jak bardzo dany utwór zwalnia. Nie są dla mnie ewenementem i zespołem wartym większej uwagi, a suma sumarum – w końcu wypadli mi z głowy. Aż do najnowszego, szóstego już albumu „Lisbon”, na który to trafiłem całkowicie przypadkiem. Wtedy to przypomniało mi się, czemu tak za nimi nie przepadam.

Styl, który sobą reprezentują nie zmienił się praktycznie w żaden sposób. Jedyną rzeczą, jaką można wyróżnić na tle poprzednich płyt jest fakt, że trochę się postarzeli i muzyka, którą grają troszkę się wyostrzyła i można wyłapać parę smaczków. Mają przez to kilka ciekawych pomysłów, które przypadły mi nawet do gustu, jak „Angela Surf City”, gdzie panuje ogólny hałas i szaleństwo ewidentnie kojarzące się z imprezą na plaży. Gęsta i rzęsista perkusja w połączeniu z pianinem i mile ustawioną dla ucha gitarą daje ulotne wrażenie podróży w czasie do radosnych lat 60-tych i 70-tych. Vintage jest zresztą ich broszką, bo uwielbiają grać na starych instrumentach, z których można to wycisnąć specyficzne dla starych epok dźwięki wchodzące doskonale do głowy.

Płyta posiada jednak szereg wad, których pozytywy nie zakrywają. Po pierwsze: część utworów brzmi zapychająco, tj. niesamowicie męczy i odbiera ochotę do dalszego słuchania albumu. Przykładem może być „Follow The Leader”, które pomimo swojego krótkiego czasu trwania, jakim są dwie minuty, robi ze słuchacza papkę, która skutecznie odbiera chęć do kolejnej partii „Lisbon”. Po drugie: warstwa tekstow. Ja nigdy specjalnie nie przepadałem za tym, co śpiewa Hamilton Leithauser, bo to wszystko jest takie smutne i melancholijne. Choć lekko pesymistyczny styl nie jest czymś złym, to w The Walkmen jest trochę irytujące, gdyż próby wpasowania się w muzykę, jaką zespół gra są trochę nieudane, jak w singlu „Stranded” (do przesłuchania tutaj) chociażby: There's broken glass all around my feet/Laid my plan so carelessly/What's the story/With my old friends/Drunk and lonely.
Do samego stylu śpiewania Leithausera nic nie mam, gdyż uważam, że jego maniera człowieka skrzywdzonego i doświadczonego przez życie jest nawet urocza i dobrze pasuje do klimatu zespołu.

The Walkmen ze swoim „Lisbon” nie zaskoczył. Moje zdanie na temat tej grupy dalej pozostanie podobne, bo nowym albumem nie udowodnili mi, że warto zmienić zdania na ich temat. Posiadając blisko trzydzieści nagranych utworów i wybierając te jedenaście na nowy album pokazali mi, że ich forma się nie zmieniła i dalej brną w swój styl. Pitchfork ocenił album jako jeden z najważniejszych tego roku. Ja niestety do takich opinii nie byłbym skłonny i postawiłbym „przeciętny”. Co najwyżej.

niedziela, 3 października 2010

Kings Of Leon - Come Around Sundown


W muzyce zauważa się nieraz tendencje do wyszukiwania zespołów, które brzmią znajomo, jednak wyróżniają się pod jakimś względem. Różnice wynikają często z tego, że żyje się w innym klimacie, na innej półkuli, w zupełnie innym środowisku. Stąd też pojawiają się ciekawe pomysły z całego świata, które często trafiają o wiele dalej niż swoje lokalne podwórko. Najlepiej jednak, kiedy taki oto zespół nagle podbija cały kontynent, bo tak było w przypadku Kings of Leon. W swojej Ameryce ledwo rozpoznawalni, w Europie zaś są to niemalże bogowie rocka. A szaleństwo spowodowane poprzednim albumem grupy „ Only By The Night” było gigantycznym szokiem, bo takie zwykłe rodzeństwo z Tennessee z dość przeciętną, moim zdaniem, płytą wyskoczyło tak daleko. Teraz tego szaleństwa ciąg dalszy ma spowodować najnowszy krążek, „Come Around Sundown”.

Panowie Followill poszli za przykładem przepisu na sukces z lat poprzednich: stworzenie genialnego i chwytliwego singla, który zawładnie stacjami radiowymi, a im otworzy drzwi do sal koncertowych całego kontynentu i statusów platynowych płyt, gdzie się da. Singlem takim jest „Radioactive”(do posłuchania tutaj), które pokazuje nowe i odświeżone Kings of Leon w pełnej krasie. Trochę to cliche, ale idealnie spełnia swoją rolę, bo utwór przyciąga swoją melodyką, a czarnoskóry chórek i głos Caleba łącznie daje kisiel w gaciach zagorzałych fanów zespołu. Chociaż moim zdaniem „Radioactive” jest mniej chwytliwe aniżeli takie „Use Somebody”, ale co kto lubi.

W przypadku reszty albumu sprawa ma się podobnie. Stylistyka grupy uległa trochę zmianie i z ckliwych, troszkę pop-rockowych melodyjek zespół zaczął bawić się bardziej w kierunkach blues i southern rocka. Wszystko to jest całkiem dobre, bo zespół powinien wręcz eksperymentować, ale tutaj wyszło z różnym rezultatem. Są utwory, które wręcz powalają swoją mocą jak piękne gitarowo „Pyro” czy pełne klimatu i zaciętości lat 70-tych „Mary”. Z drugiej jednak strony dostajemy także próby stworzenia czegoś wyjątkowego, co tylko (niestety) kończy się na próbach jak wieńczące album „Pickup Truck” i „Back Down South”, które jest niczym innym, jak typowym kawałkiem country, jakich wiele. To, że taki utwór gra Kings Of Leon nie ma żadnego wpływu na lepsze przyjęcie takiej stylistyki.
Dodatkowo zespół raczy nas rzeczami, które znamy z poprzednich płyt. Mamy więc opener w postaci „The End” z typowym, rozciągniętym refrenem i jęczącymi gitarami, które włączają tryb „patos +miliard” i „The Face” brzmiące jak odrzut z poprzedniej płyty. W dodatku taki słaby odrzut.

Kings of Leon kombinuje, jak tu się utrzymać na topie europejskiej listy zespołów. Na razie idzie im całkiem nieźle i spodziewam się, że w najbliższym czasie pojawi się kolejne boom, z którego zespół chętnie skorzysta. Płyta, którą wydali, jest przyzwoita, bo zawiera sporo ciekawych elementów, które brzmią naprawdę ciekawie, jednak pozostałość to jedynie przeciętność w całej okazałości. Ale czy aby na pewno można było spodziewać się czegoś więcej?