sobota, 16 października 2010

NowoBrzmienia - ach!


NowoBrzmienia to kolejny malutki festiwal na wielkiej mapie naszego kraju, który mimo wszystko zasługuje na wielką uwagę. Przede wszystkim dlatego, że takie lokalne inicjatywy warto wspierać, bo przez to poznaje się nowe i przyjemne dla ucha zespoły skumulowane w jednym miejscu. A tym miejscem był Pub Włodkowica 21 ulokowany niedaleko Rynku. Miejsce to znam dość dobrze, gdyż oprócz zwyczajnych wędrówek w celach rekreacyjnych, miałem okazję trafić także na Festiwal Ambientalny odbywający się w zeszłym roku w owym pubie. Wiedziałem więc, czego można się spodziewać.

Dzień 1 - Jazz, tłok i siwy dym.

Pierwszy dzień festiwalu odznaczał się dość dużą frekwencją. Przede wszystkim za sprawą mającego się pojawić jako gwiazda wieczoru jazzowego potwora, Pink Freud, ale o nim później.
Festiwal rozpoczął Układ SI, czyli avant-jazz?owa zabawa okraszona elektroniką i rapowanym wokalem. Nie spodziewałem się aż tak dobrego koncertu, przede wszystkim ze strony muzycznej. Perkusja, łamana i nieregularna, dodawała uroku do całego występu. Wokalista zaś mieszał między samplerem, który nieco szwankował, a on sam kombinował ze swoim śpiewaniem włączając i przełączając na różne sposoby efekt "distortion" . Do tego sam śpiewał nieco, jak Łona skrzyżowany z Fiszem. Wszystko to jednak tworzyło zaskakujący klimat, a cały koncert można zaliczyć in plus.

Gdy Układ SI powoli kierował się do wyjścia, druga scena, uroczo wyglądający podest z biblioteczką i staroświecką lampą,  zabłysł reflektorami, gdyż pojawił się tam drugi zespół wieczoru - Hellow Dog. Nazwa kontrastowa, muzyka syntetyczna, a grupa zdawała się być wyjęta z innego wymiaru.
Wokalistka na potrzeby owego kontrastu wymalowała sobie pół twarzy farbą, zdjęła buty i szaleńczo wywijała nogami i rękami. Właściwie, czym popadło. Trochę był to obcy, wyalienowany widok, ale o sceniczności się nie dyskutuje. A taka dziwna kontrowersyjność przyciąga, to pewne.
Muzycznie zaprezentowali się z jak najlepszej strony, bo proste i chwytliwe basy połączyli z ciekawymi gitarami i perkusją tworząc kicz-disco, pełne cekinów i błyszczących lampek choinkowych muzyczne szaleństwo, które zdecydowanie przypadło mi do gustu. Po tym koncercie zdecydowanie czekam na wydanie płyty przez zespół.

Gwiazda wieczoru - jazzowy Pink Freud, był zapewne głównym powodem przyjścia rzeszy ludzi, gdyż po skończeniu się koncertu Hellow Dog całe pomieszczenie było doszczętnie wypchane uczestnikami festiwalu. W sumie się nie dziwię, bo show, jakie wywalił zespół było niebywałe. Muzyka, jaką wydobywali ze swoich instrumentów ruszała do tańca, wzruszała, zastanawiała. Tempo ciągle nie zwalniało, a takie hity, jak "Monster of Jazz", czy swobodna interpretacja "Come as You Are" udowodniły, że zespół to pierwsza linia światowego fusion/jazz'u. Cudowna, swawolna zabawa na granicy dysonansu. Mój kolega, perkusista jazzowy, aż się rozpłakał, takie to było mocne. Genialne zakończenie dnia pierwszego, które rozbudziło dodatkowo mój apetyt na to, co przyniesie jutro.

Dzień 2 - funk, miliardy instrumentów i syte beaty.

Sobotni wieczór już na wejściu odznaczał się mniejszym zainteresowaniem. Mniejsza ilość ludzi pokazała, że najcięższy kaliber organizator wystawił dzień wcześniej. Mimo wszystko, ruszyłem dalej do znajomej mi już sceny, gdzie zagrał funkowy zespół KoFi.
Muszę przyznać, takiego koncertu w ogóle się nie spodziewałem. Myślałem, że chwilę tam postoję, pooglądam, co dzieje się na scenie i usiądę gdzieś spokojnie w kącie. Niestety, muzyka nie pozwoliła. Była zbyt hipnotyzująca, zbyt dobra. Gitary Kuby Mitoraja (znany również z Bipolar Bears) rozbrzmiewały tysiącem przeróżnych efektów, zaś wspaniały głos Alicji Kalinowskiej poruszający się swobodnie różnymi skalami i stylami rozgrzał moje serce. Do tego jej uśmiech i przyjemna konferansjerka pozytywnie nastawiły mnie na resztę wieczoru. Lepszego rozpoczęcia nie można było wymarzyć, rzeczywiście zadziałali troszkę jak mocna i rześka kawa.

Po KoFi druga scena zapełniła się ludźmi, gdyż rozstawiał się tam młody, polski kwartet, We Call It A Sound. Zwycięzcy zeszłorocznej edycji Coke Live Fresh Noise pokazali, na co ich stać. Ich monumentalne i melancholijne utwory brzmiały naprawdę intrygująco, choć czasem zbyt duża dawka spowodowana natłokiem dźwięków zwyczajnie męczyła. A szkoda, bo wiele z kompozycji miało ogromny potencjał, który został po prostu zmarnotrawiony. Jednak jest coś, co ujęło mnie w tym zespole - świetne możliwości aranżacyjne. Każdy z muzyków grał na więcej niż na jednym instrumencie, często używali zabawek niemal wyjętych z najdalszych zakątków muzycznego światka, jak kalimba, ale nie bali się też używać wszelakiej maści laptopów, samplerów czy modulatorów pokroju Kaoss Pada. Koniec końców, poczekam jeszcze trochę i myślę, że We Call It A Sound stworzy nową definicję dźwięku, która nieraz nas jeszcze zaskoczy. Lecz jeszcze to nie jest ich czas.

Po zakończonym drugim koncercie ruszyłem na występ ostatniego wykonawcy festiwalu - Deadbeat'a. Scoth Montieth pokazał swoje bogate tradycje dubstep'owe już od pierwszego dźwięku, jaki wydał ze swojego laptopa. Radosny uśmiech, jakim obdarzał nas od początku musiał świadczyć o tym, że mu się podobało (przecież nasza publiczność jest najlepsza!) i co rusz bawił się w dynamiczne kroki i dzikie tańce kojarzące mi się w dziwaczny sposób z cyfrowym walcem wiedeńskim. Ten Kanadyjczyk zamieszkały teraz w Berlinie zagrał we Wrocławiu dość nietypowy set: troszkę monotonny z uwagi na swoją stałą budowę, troszkę ożywiający, bo rytmy do bujania się były nierzadko zaiste pobudzające. Mimo wszystko występ jak najbardziej poprawny, niczego lepszego nie mogłem się spodziewać po takim gatunku muzycznym (co nie oznacza, że dubstep'u jako takiego nie lubię).

Oba dni pokazały, że nowych i oryginalnych brzmień w naszym kraju (i nie tylko) nie brakuje. Cieszę się więc, że znajdują się tak chętni organizatorzy, jak wrocławskie Formaty, które wynajdują takie zespoły, spraszają je w jedno miejsce tworząc tak urokliwy i miły festiwal, jakim zdecydowanie były NowoBrzmienia. A kto nie był, ten trąba.

niedziela, 10 października 2010

Coheed and Cambria - Year of the Black Rainbow

Coheed and Cambria nazywane „rockowym objawieniem ostatniej dekady”, jak głosi mój plakat reklamujący tegoroczny koncert tej grupy w Polsce, to amerykański kwartet grający muzykę z gatunku rocka progresywnego. Ale właściwie można rzec, że tworzą tak naprawdę osobny gatunek, bo w tym zespole nie tylko o samą muzykę chodzi. Opowiadają historię wyjętą z wymyślonego wszechświata, kosmiczną i zagmatwaną sagę, którą wymyślił gitarzysta i wokalista grupy, Claudio Sanchez. Mamy więc nie tylko muzykę, ale także serię komiksów, książkę. Kto wie, może dojdzie do tego film? Póki co, wydali w tym roku piąty album grupy, stanowiący zarazem początek sagi, „Year of the Black Rainbow”.

Od strony muzycznej album prezentuje się nader interesująco. Każdy poprzedni krążek grupy różnił się trochę i ewoluował tak, jak rozwijała się historia Coheed i Cambrii. W przypadku najnowszego albumu zespół spróbował zmienić swoje hard-rockowe brzmienie z „No World For Tomorrow” i spróbował je przenieść na grunt sprzed debiutu. Wynik tego eksperymentu to mieszanka ostrego, rockowego grania z elementami delikatnej elektroniki zahaczającej trochę o industrialny i mroczny akcent. 

Mamy więc pewien rozstrzał między tym, co możemy usłyszeć na albumie. Po pierwsze zespół wrócił do instrumentalnego intro rozpoczynającego album, czego na poprzedniej płycie niestety zabrakło. Po drugie, pojawiają się energetyczne i naładowane emocjami utwory idealnie nadające się na role singla („The Broken”, „Here We Are Juggernaut”). Mają w sobie pewien potencjał, nie są jednak rzeczami, które znamy z poprzednich dokonań. Ale to dobrze, bo to są naprawdę przyjemne niespodzianki, a takich na albumie jest pełno. Po trzecie: większe użycie elektroniki. Przez to programowany beat ze świetnej ballady „Far”, czy intrygujące tło w „Guns of Summer” może nieraz przyprawić o zawrót głowy. 

Nie wszystko jednak jest tak wspaniałe, jakby się mogło wydawać. „Year of the Black Rainbow” w moim odczuciu jest płytą trudną w odbiorze, bo o ile można było całkowicie wchłonąć się w proste i chwytliwe utwory, jak „World of Lines”, o tyle cięższe i bardziej progresywne utwory nie zawsze są przyjemne w słuchaniu i chwilę zajmuje dotarcie do sensu i lepsze go zrozumienie. „When Skeletons Live” może wydać się nudną zapchajdziurą, a „The Black Rainbow” zbyt chaotycznym i niepasującym zakończeniem płyty, ale dopiero pojęcie, że Coheed and Cambria to nie tylko historia, tylko głębszy przekaz kryjący się za dźwiękami da lepszy obraz, dlaczego „Year of the Black Rainbow” to album wyjątkowy w swoim rodzaju.

Saga zatoczyła krąg i wróciła do początku. Teraz historia Coheed i Cambrii jest zakończona. Teraz zespół może pójść w dowolnym kierunku. Jaką drogę teraz dobierze? Ja będę czekał ze zniecierpliwieniem.

poniedziałek, 4 października 2010

The Walkmen - Lisbon


Amerykański kwintet z The Walkmen nigdy specjalnie mnie nie zachwycał. Piosenki, które tworzyli, były dla mnie pożywką, którą mogłem się nasycić przez kilka przesłuchań, a dalej nic za tym nie szło. Ich muzyka przypomina mi trochę The Strokes na spowolnionym odtwarzaczu, bo ich energię można podzielić tak samo, jak bardzo dany utwór zwalnia. Nie są dla mnie ewenementem i zespołem wartym większej uwagi, a suma sumarum – w końcu wypadli mi z głowy. Aż do najnowszego, szóstego już albumu „Lisbon”, na który to trafiłem całkowicie przypadkiem. Wtedy to przypomniało mi się, czemu tak za nimi nie przepadam.

Styl, który sobą reprezentują nie zmienił się praktycznie w żaden sposób. Jedyną rzeczą, jaką można wyróżnić na tle poprzednich płyt jest fakt, że trochę się postarzeli i muzyka, którą grają troszkę się wyostrzyła i można wyłapać parę smaczków. Mają przez to kilka ciekawych pomysłów, które przypadły mi nawet do gustu, jak „Angela Surf City”, gdzie panuje ogólny hałas i szaleństwo ewidentnie kojarzące się z imprezą na plaży. Gęsta i rzęsista perkusja w połączeniu z pianinem i mile ustawioną dla ucha gitarą daje ulotne wrażenie podróży w czasie do radosnych lat 60-tych i 70-tych. Vintage jest zresztą ich broszką, bo uwielbiają grać na starych instrumentach, z których można to wycisnąć specyficzne dla starych epok dźwięki wchodzące doskonale do głowy.

Płyta posiada jednak szereg wad, których pozytywy nie zakrywają. Po pierwsze: część utworów brzmi zapychająco, tj. niesamowicie męczy i odbiera ochotę do dalszego słuchania albumu. Przykładem może być „Follow The Leader”, które pomimo swojego krótkiego czasu trwania, jakim są dwie minuty, robi ze słuchacza papkę, która skutecznie odbiera chęć do kolejnej partii „Lisbon”. Po drugie: warstwa tekstow. Ja nigdy specjalnie nie przepadałem za tym, co śpiewa Hamilton Leithauser, bo to wszystko jest takie smutne i melancholijne. Choć lekko pesymistyczny styl nie jest czymś złym, to w The Walkmen jest trochę irytujące, gdyż próby wpasowania się w muzykę, jaką zespół gra są trochę nieudane, jak w singlu „Stranded” (do przesłuchania tutaj) chociażby: There's broken glass all around my feet/Laid my plan so carelessly/What's the story/With my old friends/Drunk and lonely.
Do samego stylu śpiewania Leithausera nic nie mam, gdyż uważam, że jego maniera człowieka skrzywdzonego i doświadczonego przez życie jest nawet urocza i dobrze pasuje do klimatu zespołu.

The Walkmen ze swoim „Lisbon” nie zaskoczył. Moje zdanie na temat tej grupy dalej pozostanie podobne, bo nowym albumem nie udowodnili mi, że warto zmienić zdania na ich temat. Posiadając blisko trzydzieści nagranych utworów i wybierając te jedenaście na nowy album pokazali mi, że ich forma się nie zmieniła i dalej brną w swój styl. Pitchfork ocenił album jako jeden z najważniejszych tego roku. Ja niestety do takich opinii nie byłbym skłonny i postawiłbym „przeciętny”. Co najwyżej.

niedziela, 3 października 2010

Kings Of Leon - Come Around Sundown


W muzyce zauważa się nieraz tendencje do wyszukiwania zespołów, które brzmią znajomo, jednak wyróżniają się pod jakimś względem. Różnice wynikają często z tego, że żyje się w innym klimacie, na innej półkuli, w zupełnie innym środowisku. Stąd też pojawiają się ciekawe pomysły z całego świata, które często trafiają o wiele dalej niż swoje lokalne podwórko. Najlepiej jednak, kiedy taki oto zespół nagle podbija cały kontynent, bo tak było w przypadku Kings of Leon. W swojej Ameryce ledwo rozpoznawalni, w Europie zaś są to niemalże bogowie rocka. A szaleństwo spowodowane poprzednim albumem grupy „ Only By The Night” było gigantycznym szokiem, bo takie zwykłe rodzeństwo z Tennessee z dość przeciętną, moim zdaniem, płytą wyskoczyło tak daleko. Teraz tego szaleństwa ciąg dalszy ma spowodować najnowszy krążek, „Come Around Sundown”.

Panowie Followill poszli za przykładem przepisu na sukces z lat poprzednich: stworzenie genialnego i chwytliwego singla, który zawładnie stacjami radiowymi, a im otworzy drzwi do sal koncertowych całego kontynentu i statusów platynowych płyt, gdzie się da. Singlem takim jest „Radioactive”(do posłuchania tutaj), które pokazuje nowe i odświeżone Kings of Leon w pełnej krasie. Trochę to cliche, ale idealnie spełnia swoją rolę, bo utwór przyciąga swoją melodyką, a czarnoskóry chórek i głos Caleba łącznie daje kisiel w gaciach zagorzałych fanów zespołu. Chociaż moim zdaniem „Radioactive” jest mniej chwytliwe aniżeli takie „Use Somebody”, ale co kto lubi.

W przypadku reszty albumu sprawa ma się podobnie. Stylistyka grupy uległa trochę zmianie i z ckliwych, troszkę pop-rockowych melodyjek zespół zaczął bawić się bardziej w kierunkach blues i southern rocka. Wszystko to jest całkiem dobre, bo zespół powinien wręcz eksperymentować, ale tutaj wyszło z różnym rezultatem. Są utwory, które wręcz powalają swoją mocą jak piękne gitarowo „Pyro” czy pełne klimatu i zaciętości lat 70-tych „Mary”. Z drugiej jednak strony dostajemy także próby stworzenia czegoś wyjątkowego, co tylko (niestety) kończy się na próbach jak wieńczące album „Pickup Truck” i „Back Down South”, które jest niczym innym, jak typowym kawałkiem country, jakich wiele. To, że taki utwór gra Kings Of Leon nie ma żadnego wpływu na lepsze przyjęcie takiej stylistyki.
Dodatkowo zespół raczy nas rzeczami, które znamy z poprzednich płyt. Mamy więc opener w postaci „The End” z typowym, rozciągniętym refrenem i jęczącymi gitarami, które włączają tryb „patos +miliard” i „The Face” brzmiące jak odrzut z poprzedniej płyty. W dodatku taki słaby odrzut.

Kings of Leon kombinuje, jak tu się utrzymać na topie europejskiej listy zespołów. Na razie idzie im całkiem nieźle i spodziewam się, że w najbliższym czasie pojawi się kolejne boom, z którego zespół chętnie skorzysta. Płyta, którą wydali, jest przyzwoita, bo zawiera sporo ciekawych elementów, które brzmią naprawdę ciekawie, jednak pozostałość to jedynie przeciętność w całej okazałości. Ale czy aby na pewno można było spodziewać się czegoś więcej?

czwartek, 30 września 2010

These Ghosts - You Are Not Lost, You Are Here


Na pewno zdarzyło się w muzycznej karierze każdego z nas, że jako słuchacz w pewnym momencie nie chcemy słuchać masówki, zaś bardzo nas ciągnie do muzyki, której nikt nie zna, a którą będzie się można pochwalić mówiąc „dobry stuff, man” i pokazując ją wszystkim swoim znajomym. Brytyjski These Ghosts jest właśnie takim zespołem, bo posiadając niecałe pięć tysięcy odtworzeń na serwisie last.fm można określić tę grupę jako underground’ową i mało znaną. 

Album „You Are Not Lost, You Are Here” to debiut grupy z Suffolk i jest on dość spójnym kompozycyjnie i muzycznie produktem. Zespół lubi krążyć wokół stylistyki balladowo-rockowej dodając czasem różnego rodzaju pianina czy skrzypce, czy nawet delikatnie przebijające się elektroniczne wstawki dodające uroku i radości słuchania. I pomimo słowa „ballada”, które nieraz napawa mnie obrzydzeniem, tutaj daje mi poczucie komfortu słuchania i zagłębienia się w muzykę. Dźwięki wydobywające się z instrumentów raczej delikatnie mierzwią moje włosy i łaskoczą bębenki, a nie powodują wykrzywianie się mojej twarzy z powodu utartych i powtarzających się w kółko pomysłów na tego typu numery. Jest więc „A Fear Of Flying”, które swoimi partiami smyczkowymi narzuca mi myślenie o zespołach pokroju The Frames, tylko mniej pretensjonalnych. Na uwagę zasługuje też kończące płytę „The Escape” z wolną i pulsującą stopą budującą narastające napięcie. Wszystko trzyma się ambientowej konwencji lekkich wybuchów, które czasem się pojawiają, by potem znów zrzucić całą energię. Następnie sinusoidalnie wracają znów na wysoki poziom. A wszystko to kończy się mglistą otoczką znikającą delikatnie w eterze.

Oprócz samych ballad mamy też utwory działające trochę żywiej na umysł i ciało, jak singlowa „Luna” (do posłuchania tutaj) z uderzająca głośną gitarą zahaczającą gdzieś o post-rockowe terytoria, pulsującym, trochę funkowym basem, a wszystko okraszone dużą dawką gęstej perkusji. Hit murowany, gdyby trafił na szersze wody. I choć wokalista, Calum Duncan, śpiewa jak połączenie Thom’a Yorke’a z Radiohead z Jonasem Bjerre z Mew, to i tak efekt brzmi dość zaskakująco przyjemnie, gdyż ta barwa nie gryzie, a wyraźne wpływy w/w wokalistów dodają tylko smaczku całości.

W przypadku These Ghosts brak rozpoznawalności działa na niekorzyść, bo muzyka, którą tworzą jest dość oryginalna, a jednocześnie zawiera w sobie pierwiastek komercji i zespół mógłby zrobić karierę na Wyspach jako „grupa dla inteligentnych” czy „ambitne i dojrzałe połączenie różnych gatunków muzycznych w jeden wspaniały, cudowny i niesamowity album, którego trzeba posłuchać”. To nic, że zalatują Radiohead. Jak zżynać, to od najlepszych.

środa, 29 września 2010

WaxDolls - High Speed Killer Ride


Elektro przeżywa aktualnie swój renesans, albo to po prostu ja się obudziłem i zacząłem zagłębiać się poważniej w te rejony. W każdym razie muzyczna granda na klubowych deskach występuje nie tylko za sprawą mainstreamowych wykonawców, którzy ściągają zawsze wierną i zawsze szalejącą publikę – niezależnie, jak by było, ale także, a właściwie przede wszystkim poprzez wszystkie undergroundowe, nikomu nie znane kolektywy. I właśnie taką grupę chcę opisać, gdyż jako podstawa systemu elektro musi być mocna, solidna i robić wspaniałą rozwałkę na koncertach. WaxDolls spełnia wszystkie te warunki.

Płyta „High Speed Killer Ride”, bo o niej mowa będzie w dzisiejszym tekście to dość intensywna i energetyczna składanka potężnych dźwięków, które uderzają prosto w bębenki. Duet z Gent określa się jako electro-punk i można uznać to nawet za trafny gatunek, bo jest sporo elektro, które uderza w kilku fazach.

Faza 1: wstęp
Pierwsze przesłuchanie. Tutaj mamy do czynienia ze wspaniałym przemieszaniem organów od mocnego uderzenia basu, który w każdym kawałku bije, aż miło.

Faza 2: więcej mocy!
Oprócz samych basów zaczynamy zauważać coraz więcej przestrzennych i nawet rozbudowanych partii klawiszy, które łączą się w ciekawe i chwytliwe kompozycje. Chopin to nie będzie, ale kto się tego spodziewał w takiej muzyce?!

Faza 3: łokurwa.
To jest moment, kiedy zdajesz sobie sprawę, że ciało jest w konwulsjach w wyniku  przeciążenia dźwięków dobitnie atakujących Twoje uszy i za pomocą sygnałów elektrycznych docierających do Twojego mózgu. Muzyka żyje w Tobie, a Ty w niej. Wtedy elektro jest Twoim życiem, a ty zaraz kupujesz pierwszy możliwy bilet na Pukkelpop czy I Love Techno! Lecisz i oglądasz więcej takich grup, które powalają niesamowitym brzmieniem, gigantycznym uderzeniem, a przede wszystkim wspaniałą i czystą energią, która do Ciebie dociera.

WaxDolls nagrywając ten album zrobiła kawał świetnej roboty. Dużo elektro, trochę punka (przede wszystkim w aspekcie perkusyjnym) – wszystko łączy się w 40 minut wspaniałej muzyki, od której ciężko się oderwać. I więcej nie trzeba mówić. To trzeba przeżyć.

poniedziałek, 27 września 2010

Filmowa Przelotka 3

Od ostatniej "Przelotki" trochę mi się nazbierało. Nie napisałem też o wszystkim, żeby zwyczajnie nie zanudzić. Druga część za jakiś czas (za jakieś 4-5 filmów).
Wprowadziłem też dla was, leniuchów, aktywne linki do trailerów, gdyby kogoś zainteresował jakiś tytuł!

Fala – po niemiecku o totalitaryzmie. Historia oparta na faktach, w której to pewien nauczyciel w ramach projektu poświęconego różnym rodzajom władzy postanawia wprowadzić w pewnej klasie eksperyment polegający na stworzeniu totalitarnego tworu na okres tygodnia szkolnego. Jednak sytuacja wymaga mu się troszkę spod kontroli, a tytułowa „Fala” zaczyna żyć własnym życiem.
Trzyma w napięciu.
7/10

Obiecaj Mi! – mała, serbska wieś, a w niej dziadzio-wynalazca i jego niesforny, nastoletni wnuczek. W pewnym momencie dziadzio zauważa, że powoli umiera, bo jest stary i swojemu wnukowi każe ruszyć na miasto i zdobyć trzy rzeczy: ikonę, pamiątkę i żonę.
Dodajmy do tego fakt, że reżyserem był Emir Kusturica i więcej pisać nie trzeba.
To trzeba zobaczyć!
8/10

Constantine – Keanu Reeves jako John Constantine – genialny i bezczelny egzorcysta, który czuje w kościach, że zbliża się koniec świata, bo 1) powoli umiera z powodu raka płuc, 2) demony pojawiają się w naszym świecie, czego na ogół nie robią. Jatka, dobre teksty i jedna z lepszych ról „smutnego Keanu”.
7/10.

Superbad – dwójka przyjaciół postanawia zaszaleć na koniec roku i chcą na bibę! Muszą kupić alkohol na fałszywy dowód i po drodze dzieją się liczne, dantejskie sceny. W sumie fabuła zakrawa na poziom American Pie, jednak mimo to film ogląda się niesamowicie, szczególnie za sprawą trzech głównych aktórów: Jonah Hil, Michael Cera i Christopher Mintz-Plasse. Choć „fuck” liczymy na setki, to i tak jest to rozrywka, która wcale nie jest tak głupia, jak się z początku wydaje.
6/10.
(przy okazji Michael’a Cera czekam na to! - Scott Pilgrim vs. The World)

 

Coś – klasyk Johna Carpentera z 1982 roku. Na Grenlandii lądują kosmici i trafiają na amerykańską stację badawczą, bo jakżeby inaczej? W każdym razie film jest naprawdę popaprany, chociaż w tym szaleństwie jest metoda i aż chce się oglądać chodzące głowy i natychmiastowe rozkłady ciał. Powinien stać na półce obok Obcego!
9/10.


Obywatel Kane – amerykański film wszech czasów według jakichś tam komisji. W sumie mogę się zgodzić, bo wyprzedza swoją epokę (nagrany w latach 1940-1941) o kilkadziesiąt lat. Historia opowiada o magnacie prasowym zwanym Charles Foster Kane, który w chwili swojej śmierci wypowiada jakże tajemniczą kwestię „Różyczka”. Pewien zapalony dziennikarz postanawia sprawę wyjaśnić, więc rusza na poszukiwanie osób, z którymi Kane miał styczność za życia. Te opowiadają mu różne epizody z jego błyskotliwego życia. Reżyser Orson Welles (znany też z legendarnej audycji radiowej Wojna Światów) oparł historię na prawdziwej postaci magnata prasowego, z którym później przyszło prowadzić mu wojnę, do tego wplatał wątki autobiograficzne i stworzył niesamowitą postać Kane’a, którą zresztą sam zagrał. Takie filmy ogląda się naprawdę rzadko, a Obywatel Kane to klasyk, którego nie można przegapić.
10/10!
(Oprócz samego filmu polecam także dokument „Battle over Citizen Kane” wyjaśniający cały kontekst powstawania historii Kane’a!)



Salt – piękna Angelina Jolie jako rosyjski szpieg, który uaktywnia się po latach przebywania w USA w jednym celu – zabić prezydenta i rozpocząć tym samym gigantyczny konflikt między dwoma największymi mocarstwami świata. Choć obraz czasem powalał swoją nierealnością i niedociągnięciami, to jednak świetnie oglądało się film jako niezobowiązującą rozrywkę. A Jolie montująca rakietę ze stołu i kilku środków chemicznych to absolutny hit!
I Olbrychski gra rosyjską szychę, dobrze!
6/10.

 

Wszystkie Boże Dzieci Tańczą – film na kanwie opowiadania japońskiego pisarza, Haruki Murakami’ego. Historia chłopaka imieniem Kengo, który szuka siebie samego w gęstwinie przemyśleń i świat mu za bardzo w tym nie pomaga. Żyje w USA ze swoją chorobliwie religijną matką, która zainfekowała jego myślenie, przez co główny bohater wpada w „kompleks syna Boga” i zaczyna poszukiwania odpowiedzi na pytania nurtujące jego jestestwo.
Całkiem nieźle oddana natura stylu Murakami’ego. Trochę papierowe postaci, które jednak swoimi przemyśleniami i psychodelicznym zachowaniem doprowadzają do odpowiedzi, które stawiane są przez cały obraz.
7/10.


Avatar (wersja rozszerzona) – choć sam film jest wszystkim znany, bo historia Pocahontas przeniesiona na kosmiczny grunt to gigantyczny sukces James’a Camerona, to sama wersja rozszerzona nie ma właściwie żadnej różnicy z oryginałem.
8 minut dodatkowych scen, takich jak golenie czy 10-sekundowy seks Na’vi, by naciągnąć widza na kolejne 20 zł – nieładnie.
Samego filmu oceniać nie będę, ale za rozszerzenie daję 2/10, bo golenie było fajne.

 

The Hurt Locker – gigantyczna niespodzianka na rozdaniu Oskarów, gdyż reżyserka, Kathryn Bigelow, zabiera pewniakowi w postaci „Avatara” James’a  Cameron’a (notabene, jej były mąż) statuetkę za reżyserię i za najlepszy film. Historia sapera robiącego w Iraku nie jest wielce porywająca i jakoś nie zasługuje na sześć Oskarów, ale i tak jest to dość dobry film. Chociaż rozumiem motywację Akademii – patriotyzm ponad wszystko.
7/10.

 

0_1_0 – polski film o problemach współczesnych ludzi. Siedem luźno połączonych ze sobą historii pokazujących problemy, z jakimi boryka się społeczeństwo: sadomasochistyczne zapędy, samobójcze próby, poczucia winy wszelkiej maści, zmiany płci. Trochę to wszystko przerysowane, co nie zmienia faktu, że film Piotra Łazarkiewicza to coś, co można przełknąć i nawet się nie zakrztusić.
5,5/10.

 

Święty Interes – dwóch braci – „Popiełuszko” i „Jan Paweł II” (Woronowicz i Adamczyk) dostaje spadek po swoim zmarłym ojcu – samochód. A okazuje się, że czyni cuda, bo wcześniej ponoć należał do papieża-Polaka.
Historia trochę przerysowana, czasem po prostu nudna, jednak pięknie pokazuje obraz polskiej wsi.
4/10.