poniedziałek, 11 marca 2013

Serialówka-przegubówka #1 4-10.03

Ruszam z nową inicjatywą (w sumie cały ten blog jest jakiś stary-nowy), a mianowicie serialowa tygodniówka tego, co leci obecnie na antenie. Będzie dzisiaj biednawo, bo w USA panuje teraz krótka przerwa i większość seriali nie będzie jeszcze puszczana przez najbliższy tydzień, dwa. Stąd też lista dzisiaj będzie całkiem krótka.


Californication (e08)
Jezu, dlaczego? Ten serial powoli zaczyna schodzić na psy. Naprawdę myślałem, że mimo wszystko jest coś do uratowania. A teraz mamy tylko piękne buźki i odgrzewane kotlety. Jedyne, co ratuje teraz serial to postaci poboczne. Tim Minchin jako Atticus Fetch odwala chyba najlepszą robotę w sezonie 6. Californication. Jest zabawny, jest wręcz nierealnie stereotypowy, co pięknie zgrzyta w relacjach z Bukowskim / Moody'm. Fajne motywy się skończyły, Manson już był w sezonie, nie mam pojęcia, co Showtime zamierza odegrać, żeby kilka nadchodzących odcinków nie okazało się totalną klapą.



The Walking Dead (e12)
Chyba jeden z najlepszych odcinków trzeciego sezonu, który można potraktować jako swoisty spin-off i oczywisty odpoczynek od konfliktu Rick Grimes vs, Gubernator, który w pewnym momencie zaczął już właściwie męczyć. Fajnie, że przybliżono troche postać Michonne, która w komiksie pełni cholernie ważną rolę. Teraz nie jest tylko mrukliwą, szaloną murzynką z kataną, ale potrafi nawet zajechać żarcikiem dla przełamania atmosfery i próbuje dostać się pod łaskę serialowego protagonisty. Krótki spoiler: warto przypomnieć sobie pierwsze odcinki z 1. sezonu, bo historia zatacza krąg.



The Americans (e06)
Goniłem jak oszalały, by zdążyć z oglądaniem tego serialu na bieżąco. FX uczynił kawał świetnej roboty wrzucając w tak trudnym okresie nowy projekt, który nie dość, że jest dobrze zagrany, to trzyma jeszcze jako taką popularność. Najnowszy epizod chyba był przełomem w sposobie myślenia głównych bohaterów, bo znaleźli się bliżej krawędzi niż kiedykolwiek. Gra pozorów powoli przestaje wystarczać, czuć było oddech zbliżających się kłopotów. Wgniotło w fotel.

The Following (e07)
Po tak nieudanym epizodzie szóstym, w którym scenarzyści wykazali się inwencją twórczą godną kina klasy B, nareszcie mamy powrót do formy. Odcinek trzymał w napięciu, nastąpił kolejny gamechanger, który lekko odświeży formułę wyjętą z początku serialu i zapewne teraz dopiero zacznie się prawdziwa jazda. Pomimo sztywnej gry aktorskiej połowy obsady, przynajmniej sama fabuła wychodzi obronną ręką. Następne osiem odcinków nareszcie będzie warte obejrzenia.



The Big Bang Theory (e18)
Kolejny dowód na to, dlaczego jest to serial, który przekroczył magiczną barierę 20 milionów widzów. Twórcy postanowili powrócić choć częściowo do czasów, kiedy główni bohaterowie nie dość, że nie mieli żon i dziewczyn, to jeszcze nie potrafili na dobrą sprawę rozmawiać z kobietami. Wyszło onieśmielenie, które sprawia, że chcemy się tylko nad nimi litować. Scena w bibliotece genialna. Kogo ja oszukuję? Odcinek genialny.

Może kolejny tydzień nieco zmieni.

sobota, 9 marca 2013

Najlepsze przyśpiewki ever.



Tony Wright, jeden z głównych silników And So I Watch You From Afar odszedł po nagraniu pełnego sukcesów "Gangs"? Co teraz? Kulawy skład zespołu postanowił mimo wszystko pruć dalej jak motorówka w Vice City. Nie miałem możliwości sprawdzenia na żywo grupy jeszcze w oryginalnym kwartecie, ale Niall Kennedy wydawał mi się dobrym muzykiem live. Więc tym bardziej ciekawiło mnie, jak dołączenie nowego członka do ASIWYFA wpłynie na nowe brzmienie.

Zmiany słyszalne są już od samego wejścia - teraz głównie gitary Rory'ego Friersa wybijają się naprzód. Dwoi się on i troi stosując przeróżne triki, żeby omamić słuchacza. Wieczne użycie harmonizerów i octaverów napakowanych delikatnym delay'em rozciągają przestrzeń dźwięku i sprawiają, że jest się wręcz osaczony ilością dźwięków. Oczywiście nie jest to dla nich zabieg nowy, od debiutanckiego selt-titled albumu pitch shiftery nie były im obce ("Set Guitars To Kill" miodzio!). Także tutaj od początku wiadomo, co się święci. "Eunoia" z repetywnym riffem brzmi jak intro do jakiegoś młodzieżowego serialu o grupce superbohaterów, która swoją kontynuację ma w "Big Things Do Remarkable" - ten sam riff, ten sam patent, ale perkusja gra tak, jakby miał się kończyć świat, szczególnie w ostatnich trzydziestu sekundach zapieprza tak, jakby gonili za nią Jeźdzcy Apokalipsy, którzy spóźnili się o ciut więcej niż studencki kwadrans.

Tak właściwie jest z całą płytą, utwory często łączą się ze sobą delikatnymi, pseudo-ambientowymi fragmentami, delay'owymi odłamkami jeszcze walającymi się po zakończonym chaosie, by płynnie przejść do kolejnego hymnu. Taką ciągłość można potraktować jako swoisty konceptualizm, ale po prostu wydaje mi się, że to jeszcze te post-rockowe pozostałości z poprzednich albumów do tworzenia monumentalnych kompozycji, które po prostu teraz podzielone są na mniejsze fragmenty na trackliście (ten sam motyw odnaleźć można chociażby w dwuczęściowej końcówce na albumie "Gangs").

Trzecia płyta - jakaś świeżość musi się przydać. O tę Irlandczycy dbają aż w nadmiarze. Oprócz standardowego instrumentarium słyszymy kawałki, gdzie pojawiają się trąbki, skrzypce, flety, ale także tak abstrakcyjne jak steel pan, melodica czy... wokal! ASIWYFA chyba konkretnie chce się odciąć od image'u post-rockowców, w łatkę których próbowano ich wcisnąć od samego początku działalności. Zawsze to były zaśpiewy godne kibicowskich hymnów. Partie z "Don't Waste Time Doing Things You Hate" czy "7 Billion People all Alive at Once" są do zapamiętania na długo, a na "All Hail Bright Futures" zespół poszedł  o krok dalej. Są to w dalszym ciągu dość proste zaśpiewy: "The sun/the sun/is in our eyes" w "Big Things Do Remarkable", "We know/we know/ that that's not the way" z "The Stay Golden" albo trochę bardziej złożone zwrotki w "Rats on Rock". Z drugiej strony jednak wracają do sylab, spontanicznych krzyków - krzyczą litery słowa "ambulance" w kawałku o tym samym tytule, czy bawią się w samplowanie a capella w "Ka Ba Ta Bo Da Ka". Czuć ciągle w tym tę pierwotną radość, zabawę z formą, ale wyczuwa się powoli kombinowanie zahaczające o muzyczne hochsztaplerstwo, lekki powiew fałszu. Próbę zamaskowania oczywistej straty kogoś, kto rozpoczął ten zespół, napędzał go, dawał energię.

Pomimo momentalnej ociężałości i zbytniego wysiłku na stworzenie math-rockowej bomby, And So I Watch You From Afar wydali kolejną płytę, która rozkręci z pewnością publiczność na koncertach, bo to jest główna siła tego zespołu. Stąd te ciężkie riffy, morderczo prędka perkusja, ale przede wszystkim niesamowita energia, która wybija z głośników szybciej niż mentosy z colą.

Do You Know This TV Show? #1 Utopia

Myślisz, że w telewizji nic się nie dzieje, a twój dysk twardy już zdycha, gdy musisz ściągać kolejny, kiepski epizod How I Met Your Mother? Szukaj alternatyw. Chociażby na innym kontynencie!



Channel 4 to brytyjski kanał, który od lat raczy nas serialami w dużej mierze skierowanymi do młodych, gniewnych dzieciaków, które chcą zobaczyć trochę swojej rzeczywistości. Stąd zapewne olbrzymi pęd do sukcesu Skins'ów (pierwsze dwa sezony 4eva), The Inbetweeners, których przygody po kilku sezonach zakończyły się pełnometrażowym filmem atakującym całą Europę szczeniackim humorem. Amerykanie najwyraźniej cenią sobie takie produkcje, o czym świadczą bardziej udane seriale na licencji ("Shameless"), również takie, które trafiły do wielkiego kosza z chłamem ("Skins US"). Są też takie, które na transfery się nie nadają, taka jest Utopia.

Niby temat wszechkontroli jest teraz modny - w końcu wszędzie widzimy różne slogany, którymi rzucają się gimnazjaliści (ludzie wychodzący na ulice przeciw ACTA, co to było!), ale na dobrą sprawę nikt inteligentny nie zrobiłby aksamitnej rewolucji używając papieru ściernego, więc z pewnością wszystko działoby się w wielkiej niewiedzy. Utopia koncentruje się właśnie wokół tego tematu, tylko scenarzystom zabawa w wielkich konspiratorów wyszła o wiele lepiej niż nieraz nieudolne próby ugryzienia tematu w Stanach (chociażby fatalny "Zero Hour", który słusznie został anulowany po trzech odcinkach).



Fabuła Utopii koncentruje się wokół niewielkiej grupki ludzi interesującej się tajemniczym komiksem "Utopia: Manuskrypt". Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie odkryli drugiej części, którą zainteresowana jest także tajna organizacja znana pod nazwą "Sieć", której macki sięgają właściwie wszędzie. Naprawdę chciałbym powiedzieć więcej, ale jakikolwiek spoiler zepsuje całkowicie to, co nadejdzie później. A dzieje się sporo.

Model sześciu odcinków w zupełności wystarczył do tego, żeby przyciągnąć mnie, a później wywrócić na drugą stronę, bo serial, pomimo tak krótkiego metrażu (chociaż to jest standard brytyjski), naszpikowany jest ciągłymi gamechangerami, które pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie. Fabularnie jest to malutki majstersztyk. Właściwie nie udało się znaleźć jakichś większych mankamentów - historia jest sprawnie napisana, płynnie przechodzi między poszczególnymi wątkami konsekwentnie zbliżając się do wielkiego finału. Dialogi też są całkiem niezłe, czasami odcinki wydawały się mocno przegadane, ale nie zmienia to faktu, że interakcje między głównymi bohaterami od samego początku były wyśmienite.



Aktorsko? Nie narzekam. Producenci chyba znaleźli najbardziej neutralną etnicznie grupę, która gada najdziwniejszymi akcentami, jakie można w UK znaleźć, brakuje chyba tylko Azjaty do pełnej poprawności politycznej. Ale my nie o tym. Nie ma tu bardzo rozpoznawalnych twarzy nie licząc kilku wyjątków -
Nathan Stewart-Jarrett był gwiazdą brytyjskiego serialu "Misfits", Addel Akhtar grał ekstremistę w świetnym "Four Lions", a Alexandra Roach ostatnio zaliczyła mniejszą rolę w "Annie Kareninie". Poza tym, aktorzy w ogóle nieznani lub znani tylko za niektóre role w serialach pokazali się tutaj z jak najlepszej strony. 

Ostatni, bodaj na to, największy plus. Niesamowity montaż i udźwiękowienie sprawiają, że serial ogląda się zupełnie inaczej, niż można się tego spodziewać. Dzięki świetnej post-produkcji i odpowiedniemu nałożeniu filtrów wielkie nasycenie kolorów, przede wszystkim kolor żółty - idealnie kontrastują się z mrokiem historii. Często nietypowe ujęcia z różnych perspektyw, przemieszane ze statycznym obrazem potęgują jeszcze uczucie odosobnienia i zaszczucia. Do tego oprawa muzyczna zasługuje na poklask. Prosta, często nawet prostacka - ale nie mogła pasować lepiej. Dzięki temu historię chłonie się jak gąbkę, a uwaga widza to chyba najważniejsza rzecz, jaką serial powinien dostać.

Jeśli macie kilka godzin zbytku i jarają was takie pokręcone rzeczy - warto obejrzeć. Dobrze napisane dialogi, wartka akcja, ciekawa historia. A jak obejrzycie i szczęka wam opadnie - polecam wejść na oficjalną stronę o serialu, gdzie twórcy zadbali o dodatkowe smaczki odnośnie serialu i tego, jak świat z Utopii może wyglądać już teraz. Więcej dziwnych seriali już niedługo.

niedziela, 3 marca 2013

PHOENIX Z POPIOŁÓW





Jaram się jak mała nastolatka na widok Biebera (swoją drogą, wybrałbym się do Łodzi, gdybym miał dostać bilet, przecież muzycznie ma zastęp producentów i kilka bangerów. poza tym to byłoby jedno z najdziwniejszych wspomnień mojego życia!) z wycieku nowego Phoenix. Wychodzę z jednego, prostego założenia. Chcesz słuchać muzyki, musisz ściągać muzykę. Jasne, są teraz przeglądarki, które nareszcie dotarły do kraju 100 lat za Murzynami (świetne Spotify, ciut irytujący Deezer, WiMP z fajną, krajową bazą), ale i tak nie wszystko jest do znalezienia w tamtych serwisach. Stąd mój brak skrupułów, jak wyskoczył magiczny download na “Bankrupt!”.

Francuzi chyba mają jakąś totalną banię na punkcie swojego grańska, jakby jeszcze nie wyrośli z nowej fali i dalej brną jak Srebrni kalifornijscy surferzy w te same schematy. Zajebiste, co prawda, ale te same. Choć słychać jakieś wstawki chcące pokazać, że przecież to nie jest reminiscencja french popowej estetyki, ciągle to siedzi w tym klimacie. Nie pomogły wschodnie skale w “Entertainment”, nie pomogły liczne wokalizy, eksperymenty z brzmieniem synthów, dalej jest to samo. Nie zmienia to jednak faktu, że dla kilku stylowych fragmentów “Bankrupt!” warto przesłuchać. Troszkę sinusoidalnie, ale na pewno z przytupem, więc warto będzie sprawdzić nowy materiał na festiwalach (może Opener, zanim ZIółkowski prześpi okazję?)

Może to i lepiej, że Brancowitz rozdzielił swe tory od Bangaltera i de Homem-Christo, przynajmniej ci ostatni stworzyli swój zajebisty Daft Punk, a on stworzył zajebisty Phoenix.Jak dla mnie win-win.


Co się dzieje? Wracam?


Uznałem, że za dużo posuchy było w ostatnim czasie. Rzecz jasna, trochę nastukałem tekstów dla Uwolnij Muzykę, trochę zainteresowałem się social media. Nawet miałem konto na tumblrze!
Ale nie ma to jak stary, zajebisty dobry blogging bez zbyt dużej ilości wkładek i innych syfów.
Będę starał się trzymać krótko, bez zbędnego rozwodzenia się nad wszystkim. To zostawiam portalom, które mogą sobie na to pozwolić.
Będę szukał, opisywał, pluł i gryzł, chwalił i wielbił. I chyba nie skończę tylko na muzyce.

Wasz Wybawca
J.

NA WEJŚCIE CHURCHES. A GDZIE DZWONY KOŚCIELNE?


sobota, 19 lutego 2011

Stateless - Matilda

Minęły cztery lata od piorunującego debiutu. Była to niewątpliwie długa przerwa, gdyż zespół, który znalazł się pod taką presją, jak oni, musiał ochłonąć, odpocząć, stworzyć coś nowego, a przede wszystkim dobrego. Stateless, bo o nich mowa, po wydaniu swojej pierwszej płyty byli porównywani do takich zespołów, jak Radiohead i Massive Attack, grając właściwie muzykę będącą wypadkową tych wykonawców. Cztery lata przerwy i delikatne roszady w zespole spowodowały, że dostaliśmy album numer 2, który swoim poziomem nie odbiega od debiutanta, stanowi natomiast świetną kontynuację, ewolucję tego, co słyszeliśmy na "Stateless".

"Matilda" jako nowy rozdział w życiu zespołu spisuje się naprawdę przyzwoicie. Od samego wejścia otrzymujemy dużą dawkę świetnie sklejonych sampli Kidkanevil'a i wokalu Chris'a James'a. Otwierające album "Curtain Call" buduje magiczny nastrój delikatnie wyłaniającą się z eteru melodią brzmiącą, jak Archive w swoich najlepszych latach. Singlowe "Ariel" to utwór stawiający przede wszystkim na budowę rytmu, za którą odpowiada turntablista, Kidkanevil. W dużej mierze album jest jego popisem, gdyż jako doświadczony już muzyk i producent potrafi tworzyć świetnie pasujące wstawki dodające uroku do podstawowych kompozycji.

Od początku słuchacza uderza jedno słowo-klucz: zróżnicowanie. Chociaż na całej płycie utwory mają zbliżony i charakterystyczny styl, który zespół zdążył sobie wypracować, to patrząc na nie pojedynczo widzimy, z jaką precyzją zespół wrzuca do jednego worka gigantyczny rozstrzał gatunkowy. Znajdziemy tu nie tylko proste nawiązania do rocka alternatywnego czy trip-hopu. Usłyszymy echa nu-jazz'u, współczesnej muzyki klasycznej, world music spod znaku Beiruta, soul'u i kilku innych. Jednak słuchając albumu "Matilda" rozstrzał ten nie rani uszu, nie krzywi twarzy. Jedynie zastanawia, w jaki sposób udało im się tak zróżnicować to, co słyszymy bez utraty charakterystycznego brzmienia. Świadczy to najlepiej o klasie muzyków tworzących Stateless.

Co najdziwniejsze na tej płycie, jedenaście utworów, na które ów album się składa nie nużą i nie męczą. W moim przypadku zdarza się niezwykle rzadko, żeby płyta podobała mi się od początku do końca. Z reguły potrafię znaleźć coś, na co będę marudził i narzekał. A tu miałem olbrzymi problem, żeby przyczepić się do czegokolwiek. Widocznie fakt, iż zespół odszedł z poprzedniej wytwórni !K7 na rzecz legendarnej Ninja Tune wyszedł im jak najbardziej na dobre. Album to czterdzieści dziewięć minut dojrzałej, rzeczowej, rozbudowanej muzyki, która brzmi naprawdę solidnie. Ponoć jest to jedna z ulubionych grup DJ Shadow. I w sumie się mu nie dziwię, gdyż Stateless stworzyło album, który już teraz będzie jednym z moich ulubionych w 2011 roku.

czwartek, 3 lutego 2011

Chase and Status - No More Idols


Saul  Milton i Will Kennard znani bardziej jako Chase and Status to elektroniczny duet, który w swojej muzyce łączy chętnie elementy dnb czy dubstepu. Po sukcesie swojego debiutanckiego krążka „More Than Alot” ugruntowali swoją pozycję jako jeden z najważniejszych współczesnych wykonawców grający muzykę drum and bass. Nastał rok 2011, a koniec stycznia przyniósł nam godnego następcę pierwszego albumu.

Zespół postawił przy „No More Idols” na współpracę. I to taką szeroko zakrojoną, bo właściwie rzadko na tej płycie znaleźć można utwory, które nie posiadają przy sobie nawiasiku z napisem „featuring”. Takich artystów współpracujących jest na tym albumie dość sporo. Do tego są dość znani. Swoje miejsce na płycie znaleźli np. Plan B, MC Rage (wspierający duet na koncertach swoją zwariowaną konferansjerką), Dizzee Rascal czy White Lies. W dużej mierze te kolaboracje wzbogacają album, gdyż każdy z artystów wprowadza nutkę oryginalności do beat’ów Miltona i Kennarda. Świetnie gra „Heavy” z Dizzee Rascalem, który najwyraźniej polubił zabawy z elektroniką po swoim „Bonkers”. White Lies swoim marazmem i oniryzmem w ciekawy sposób łączą tło utworu z wokalizami. Plan B w „End Credits” śpiewa przepiękną, chwytającą melodię, która przez długi czas nie może wyjść z głowy. A Delilah w utworze „Time” świetnie dokłada swój dance’owy zwiewny wokal bo breakbeatowych przejść i agresywności utworu.

Poza utworami, w których udzielają się różnego rodzaju wykonawcy mamy dwie kompozycje, które nie mają znanych nazwisk przy swoim tytule. Mianowicie są to „Hocus Pocus” i otwierające album „No Problem”. Oba są świetnymi kompozycjami, które niemal przyćmiewają większość utworów z albumu swoim poziomem. Oba posiadają gigantyczny potencjał pod względem budowy perkusyjnych rytmów i ciężkich, tłustych basów. Oba sprawiają, że nogi chcą szaleć i tańczyć. Szkoda, że i tak giną w natłoku nazwisk.

Chase and Status wydało dobry album. Bo to fajna składanka z dużą ilością znanych nazwisk. Dużo miłego, elektronicznego, tanecznego grania. Ciekawa rozbieżność – od dubowych wstawek przez akustyczne dźwięki kończąc na mocnych, gęstych drum n’ bass’owych. Szkoda, że trzeba było czekać tak długo i niektóre utwory nie mają tak wielkiej mocy przyciągania. Ale potupać można, a jakże!