Jaram się jak mała nastolatka na widok Biebera (swoją drogą, wybrałbym się do Łodzi, gdybym miał dostać bilet, przecież muzycznie ma zastęp producentów i kilka bangerów. poza tym to byłoby jedno z najdziwniejszych wspomnień mojego życia!) z wycieku nowego Phoenix. Wychodzę z jednego, prostego założenia. Chcesz słuchać muzyki, musisz ściągać muzykę. Jasne, są teraz przeglądarki, które nareszcie dotarły do kraju 100 lat za Murzynami (świetne Spotify, ciut irytujący Deezer, WiMP z fajną, krajową bazą), ale i tak nie wszystko jest do znalezienia w tamtych serwisach. Stąd mój brak skrupułów, jak wyskoczył magiczny download na “Bankrupt!”.
Francuzi chyba mają jakąś totalną banię na punkcie swojego grańska, jakby jeszcze nie wyrośli z nowej fali i dalej brną jakSrebrnikalifornijscy surferzy w te same schematy. Zajebiste, co prawda, ale te same. Choć słychać jakieś wstawki chcące pokazać, że przecież to nie jest reminiscencja french popowej estetyki, ciągle to siedzi w tym klimacie. Nie pomogły wschodnie skale w “Entertainment”, nie pomogły liczne wokalizy, eksperymenty z brzmieniem synthów, dalej jest to samo. Nie zmienia to jednak faktu, że dla kilku stylowych fragmentów “Bankrupt!” warto przesłuchać. Troszkę sinusoidalnie, ale na pewno z przytupem, więc warto będzie sprawdzić nowy materiał na festiwalach (może Opener, zanim ZIółkowski prześpi okazję?)
Może to i lepiej, że Brancowitz rozdzielił swe tory od Bangaltera i de Homem-Christo, przynajmniej ci ostatni stworzyli swój zajebisty Daft Punk, a on stworzył zajebisty Phoenix.Jak dla mnie win-win.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Te, pogadajmy!