wtorek, 16 listopada 2010

Pure Reason Revolution - Hammer and Anvil


Elektronika w rocku nie jest niczym niezwykłym. Szczególnie, że każdy zespół, który w miarę stać, kupuje sobie przynajmniej syntezator i stara się dorzucać trochę dodatkowych dźwięków, by sprawić słuchaczowi wielką radość z różnorodności instrumentalnej, którą rzekomo wprowadzają. Muszę przyznać, że teraz to klawisze i beaty przeżywają swój renesans. Świadczyć o tym mogą wszystkie elektro-punkowe kapele wybijające się znikąd. Śmiem nawet nazwać takie grupy, jak Crystal Castles czy Bloody Beetroots Death Crew 77 mianem „punku XXI wieku”, bo poziom szaleństwa, jaki przeżywa się na takich koncertach sięga zenitu. Teraz gitary to przeżytek, a jak już są to z jakimś nieodłącznym combobreaker-beatem, który zmiecie wszystkich z powierzchni ziemi. A wtedy 6-strunowiec dostaje kopa, włącza jakiś wyrąbany w kosmos przester i uderza dźwiękiem łączącym się z owym beatem i dostajemy syto po twarzy, bo czegoś takiego właśnie chcemy. Uderzenia w muzyce.

Grupa Pure Reason Revolution od powstania trochę mieszała w progresywnym półświatku, bo pierwsza płytą, jaką zaserwowali, była pełna krwiożerczych i rozpaćkanych kompozycji układający się w kalejdoskop emocji zgrabnie spięty za pomocą miłych dla ucha melodii negliżujących od środka. Ach, jakież było zaskoczenie, gdy rok 2009 dał mi drugi album grupy. Po pierwsze tytuł: Amor Vincit Omnia. „Miłość zwycięża wszystko” w martwym języku dało trochę patosu już na same wejście, ale cóż, takie mieli prawo. Dura lex, sed lex. Dołóżmy jeszcze trochę popapraną okładkę złożoną w figurę z ludzkich ciał. A wnętrze płyty cóż ukazuje? Diametralną zmianę brzmienia, gdzie gitar prawie nie ma. Doszły klasyczne, lekkie perkusje, dużo szumów, teł, ale przede wszystkim nowe i dojrzałe kompozycje, które zaskoczyły w naprawdę urokliwy sposób.

Teraz mamy 2010 i cóż się stało? Pure Reason Revolution pijane sukcesem i pozytywnymi recenzjami poprzednika stworzyło album numer 3. Do tego posłuchała jojczenia starych fanów i wyjadaczy jęczących gdzieś, że „The Dark Third to było cudo, qwa!” i dorzuciła trochę z debiutanckiego brzmienia tworząc kosmiczną wypadkową w postaci „Hammer and Anvil”.

Powiem tak: gdybym był panem Kowalskim, który zna oba poprzednie albumy na wylot, ale wcześniej nie wiedział nic nt. nowo powstałej płyty, byłbym zdziwiony. Za to, gdybym spotkał innych Kowalskich znających wszystkie trzy albumy i powiedzieliby „słuchaj mnie, Kowalski. Hammer and Anvil to taki mix poprzednich płyt. Wiesz, jakbyś wrzucił dźwięki do miksera i włączył tryb turbo”, to bez słuchania wiedziałbym, czego się spodziewać. 

Bo właśnie „Hammer and Anvil” to kompilacja proporcjonalnych do siebie dźwięków. Mamy pseudo-kosmiczną elektronikę, pełno klawiszy, beatów, do tego kompozycje w stylu „The Dark Third” łączące się w dziwny, ale zaskakująco dobry sposób. „Black Mourning” brzmi iście, jak odrzut z „Amor Vincit Omnia”. Pełen polifonii wokalnych, klawiszy kojarzących się wybitnie z „Deus Ex Machina”. Są też kawałki zbliżające się na swój sposób do debiutu, jak „Open Insurrection”, czyli 7 minut około-progresywnego grania z przeładowanymi efektami gitarami rozkręcającymi się w wirującym, naddźwiękowym tańcu, które w końcu uderzają niczym ostre i mocne kawałki z początków działalności. Jest też sporo nowinek. „Blitzkrieg” to brytyjskie Justice wymieszane z przeróbkami pokroju nowego Pendulum. Otwierające album „Fight Fire”  to zaś taki kawałek świetnie nadający się do Matrixa. Elektroniczna kanonada uderzająca trochę w nutę industrialnej i ciężkiej atmosfery toczącej się ciężko po utworze, gdzie prym wiedzie szaleńczy głos boskiej Chloe Alper.

Nie jest to płyta świetna, nie jest też na pewno lepsza od poprzedników. Mimo wszystko warto się zapoznać, by trochę się pobujać, trochę poszaleć, zastanowić się. Choć Pure Reason Revolution skończyło się na Kill’ Em All, to i tak można sprawdzić, jak miło dogorywają i ciągle eksperymentują. Kto wie, może następna płyta skończy się zmartwychwstaniem?

sobota, 13 listopada 2010

TIDES FROM NEBULA W FIRLEJU

Listopad w pełni, za oknem widać już, jak mokro i nieprzyjemnie. Jak robi się ciemno o 16-tej. Czeka się tylko na moment, gdy zza rogu wyskoczy Pani Zima i poprószy swoim chłodnym oddechem późnojesienny świat, by zakryć go puszkiem, zamrożoną wodą, która otaczać nas będzie przez kolejne, chłodne miesiące. Taka pora to idealny czas, by wejść do ciepłego klubu, posłuchać dobrej, mocnej muzyki adekwatnej do warunków pogodowych. Jeden z takich wieczorów dopadł mnie we wrocławskim Firleju, gdzie naprzeciw plusze wyskoczył warszawski czteroosobowy wymiatacz, czyli Tides From Nebula – zwycięzcy Neuro Music czy Knock Out, post-metalowi szarlatani, których muzyka wzrusza i uderza w odpowiednią nutę.

Wieczór jednak zaczął się od występów dwóch support’ów, czyli Obscure Sphinx i NAO. Pierwszy to mieszanka post-metalu z nutą eksperymentów. Animuszu dodawała wokalistka, która swoim obandażowanym ciałem i growlem dorównującym niejednemu długowłosemu panu z rzęsistą brodą i gardłem wyciętym od palenia, zaskakiwała od samego wejścia. Dodajmy do tego kompozycje dość typowe dla gatunku, chociaż ciekawym było stosowanie 8-strunowej gitary, 6-strunowego basu i  dokładając do tego samplery delikatnie przewijające się przez dźwięki instrumentów. Całość tworzyła dość kuriozalny, trochę szamański i wydziwiony obraz, który części publiki podpasował. Mnie jednak mniej.

Drugi support, NAO, to troszkę inna para kaloszy. Choć znów kobieta na wokalu, to tym razem większy nacisk położony był na jego melodykę, a nie samą ekspresję. Interesującym dodatkiem było też używanie Kaoss Pad’a przez wokalistkę, która zapętlała, dodawała echa i flangery dla swojego wysokiego i cukierkowego głosu dając nam ogółem piękny pokaz możliwości strun głosowych. Zespół chętnie zaś manewrował zręcznie między post-rockową ścianą dźwięku, a wolnymi, trochę shoegaze’owymi wstawkami tworząc miły i ciepły klimat przed mającą nadejść główną gwiazdą.

Co do wielkości Tides From Nebula nie mam wątpliwości, gdyż już przy wydaniu debiutanckiej „Aury” pokazali, że na wiele ich stać i jako młodzi i doświadczeni zarazem muzycy mają szansę wypłynąć poza polski post-rockowy grunt, by trafić gdzieś dalej, hen, hen, daleko. Klimatyczne światła, dużo dymu na scenie i jednostajne, ciche buczenie sprzęgających gitar towarzyszyło zespołowi na wejście. Radość, z jaką wrocławska publika przyjęła kwartet była oszałamiająca, szczególnie dla niego samego. Lecz panowie nie pozostali dłużni, gdyż zagrali porywczy i wspaniały koncert pełen świetnej instrumentalnej gry, popisów gitarowych i emocji pojawiających się w każdym ruchu muzyków. Gitary cudem nie wypadały z pasków, pałki ledwo trzymały się rąk, lecz energia, którą Tides From Nebula wykrzesała z siebie była wręcz niezwykła. 

Grupa raczyła nas w dużej mierze materiałem z „Aury”. Piorunujące wrażenie robiło świetne wykonanie „Purr”, „Higgs Boson” czy „When There Were No Connections”. Lecz to nie było wszystko, gdyż zespół od jakiegoś czasu ma gotowy album, który czeka na datę premiery. Jednak udało nam się usłyszeć kilka premierowych utworów z owej płyty. Nie wiadomo na jej temat właściwie nic oprócz jednej, istotnej rzeczy: warto na nią czekać, gdyż to, co zespół zaprezentował na wrocławskim koncercie to nowa, lepsza jakość polskiego post-rocka. Nowe utwory są dojrzalszymi, bardziej dopracowanymi i bogatszymi kompozycjami. Częste zmiany metrum, dodatki w postaci nowych, zaawansowanych technicznie efektów gitarowych, klawiszowe pasaże – wszystko to świadczy o tym, że Tides From Nebula ewoluowało i zaczęło szukać swojej drogi, nowych inspiracji. 

Koncert we Wrocławiu zespół może uznać za niezwykle udany. Świetnie ustawiony pod względem akustycznym (brawo, Firlej!), pełen emocji i wzruszeń. Powiedzieli, że wrócą z nowym albumem na wiosnę. Byle prędko, bo takie katharsis chcę przeżyć raz jeszcze.

(fot. Maria Grudowska)

P.S. Taki dodatek!











niedziela, 7 listopada 2010

Hurts - Happiness


Gatunkowość w muzyce jest sprawą w moim mniemaniu irytującą. Nie dlatego, że nie lubię rozróżniać rzeczy, których słucham. Sprawa bardziej polega na samym fakcie, iż nazewnictwo i szufladkowanie wykonawców jest teraz zjawiskiem nagminnym, które wręcz przechodzi do formy krytycznej. Bo ile można słuchać, że jakiś zespół jest tak trudny do nazwania, że tworzy się dla niego osobny nurt? W pewnym momencie jest już tego zdecydowanie za dużo, bo nagle okazuje się, że zespół X (nie mówię teraz o zespole X, który istnieje) ma siedem różnych nazw i gatunków go określających. Ale właściwie kogo to obchodzi?!

Zespół Hurts ze swoim nazewnictwem ma trochę prościej. Chociaż wydawcy zawile kombinują mówiąc, że inspirują się disco lento pochodzącym z nurtu Italo, bla, bla, bla, to duet z Manchesteru można definitywnie określić mianem synthpopu. A to głównie za sprawą debiutu, jakim jest „Happiness”. Chociaż zespół był nikomu wcześniej nieznany, w swoim angielskim zaciszu komponowali muzykę będąc pod wielkim wpływem melancholii i smutku, gdyż „znowu w życiu im nie wyszło” i utworzyli hit – „Wonderful Life”. Teledysk za 20 funtów, charakterystyczny styl minimalistów-gangsterów z lat 30’tych i pieśń, która rozrosła się na całą Europę atakując ją niczym dobra dżuma. I tu się ujawniły ich inspiracje. Depeche Mode, Duran Duran i pełno innych, światłych wykonawców szalonych lat 80’tych zaowocowało utworzeniem się muzyki, jaką Hurts będzie się chlubił.

Nie powiem, że płyta jest zła, bo nie jest. Sporo utworów ma w sobie duży, singlowy potencjał i mogłyby rozbrzmiewać w stacjach radiowych przez długi, długi czas. Oprócz „Wonderful Life”, który swoją prostotą i surowością, acz niesamowitą chwytliwością pokroju tych zabawnych rzepów, które ma taka roślinka, którą dzieci uwielbiają się rzucać będąc małymi szkrabami są też inne. „Stay” to typowa, popowa melodyjka z chwytliwym chórkiem, prowadzącym pianinem i melodyką wokalu Theo Hutchcraft’a. Nie ma niepotrzebnych elementów, tutaj wszystko jest świetnie wyważone. Takie „Silver Lining” czy „Devotion” z gościnnym udziałem Kylie Minogue to także świetna zabawa i rozrywka. Nie jest to muzyka do intelektualnych chuci, tutaj nie znajdziesz głębokiego przesłania. Może jedynie w tekstach, które prawią o wartościach takich, jak miłość czy poszukiwanie szczęścia. Może to akurat jest tak bardzo przejmujące, bo duet pisał te melodie w czasach, gdy nie mieli za co żyć, więc takie podbudowanie było najpotrzebniejsze, by dalej istnieć.

Hurts to zespół, który szuka sposobu na wskrzeszenie starego i dobrego brzmienia z czasów, które dobrze znamy. Ten skrajny minimalizm, jakim chełpi się zespół sprawia, że są bardziej rzeczywiści. Bardziej w stronę odbiorców. Kiedy widzisz dwóch facetów: jednego z mikrofonem, drugiego z klawiszami i to jest wszystko, co Tobie oferują, kojarzy Ci się to z zespołem weselnym. Tylko tutaj nie usłyszysz „Białego Misia”, tylko wspaniałe, europejskie hity wkradające się do serc. „Happiness” jest płytą wybitnie popową, ale przez tą stylistykę wybitnie zostającą w pamięci.

czwartek, 4 listopada 2010

Get Well Soon - Vexations


Z projektem Konstantina Groppera o nazwie Get Well Soon mam styczność od jakiegoś tygodnia, ale już zdążył on zawładnąć moim sercem swoim wdzięcznym i dźwięcznym brzmieniem właściwie natychmiast. „Vexations” to nowy, tegoroczny album grupy, który swoim sukcesem zaskoczył niejednego, w tym i mnie, bo muzyka, która wychodzi z odtwarzacza nie jest typowym popowym i słodkim brzmieniem, które bez problemu przebija się przez komercyjną barierę.

Konstantin Gropper, czyli mózg, ręka i oko całej operacji o kryptonimie „Get Well Soon” tym razem postarał się, by nad płytą nie pracować samemu, dlatego poprosił do pomocy swój zespół i razem tworzyli w studiu. I trudzili się, gromadzili te dźwięki, i w końcu zamknęli je w godzinnej kompozycji pełnej niespodzianek, o których z chęcią co nieco opowiem. 

Płyta od początku jest zachwycającą mieszanką przeróżnych stylów i gatunków tworząc ciekawe kompromisy muzyczne. Chwytliwe melodie oparte na prostych i podstawowych dźwiękach, które w tajemniczy sposób zyskują niezwykle rozbudowane tło dają w rezultacie utwory-potwory, czyli takie, od których trudno się uwolnić. Mamy tu więc mnogość instrumentów, które w każdym utworze są eksponowane w nowy sposób, choć przede wszystkim pierwsze skrzypce grają skrzypce. No i pianino, które przewija się właściwie przez cały album.

Gatunkowość poszczególnych utworów rozstrzelona jest po całej gamie różnorakich stylów, jakie człowiek stworzył za pomocą nutek i pięciolinii. Dużo w tym wszystkim świeżości i wigoru. Chociaż Gropper ma 27 lat i powinien przeżywać w tym momencie post-studenckie szaleństwo, i nie bać się mierzyć ze światem w jakiś niezwykły sposób, to on wytwarza kompozycje pokroju „That Love”. Niski, przejmujący głos Groppera łączy się tutaj z pianinem będącym szarą eminencją kompozycji. Stojąc trochę z tyłu, lecz ciągnąc całość naprzód. Wszystko tutaj jest wolne, spokojne, melancholijne, a słuchając tego utworu mam dziwne wrażenie gdzieś z tyłu głowy, że zagubiłem gdzieś coś ważnego, czego nie mogę odzyskać i łzy prawie cisną się do oczu z powodu wspaniałości tej emocjonalnej kanonady.
Get Well Soon to nie tylko utwory wolne i ciche, są też rzeczy wyjątkowo radosne i ciekawie brzmiące z licznym akompaniantem całej gromady przeróżnych instrumentów, gdyż Konstantin Gropper nie boi się improwizować i zestawia ze sobą klasyczne i nieklasyczne dźwiękotwórcze przyrządzenia. „Seneca’s Silence” to harfy, marimba, chórki i skrzypce tworzące razem coś nieprawdopodobnie radosnego. Coś kojarzącego się z kiczowatym placem zabaw dla dzieci, gdzie w środku znajduje się gigantyczny basen z kulkami, w którym chcesz się taplać przez wieczność. „5 Steps-7 Words” z początku kojarzyło mi się z wykonawcami takimi, jak Beirut czy Arcade Fire, by potem przeskoczyć w pseudo-filmowe orkiestracje nadające się idealnie do filmów z Jamesem Bondem i jego gadżetami w akcji. 

Lecz muzyka to nie wszystko w tym zespole. Konstantin Gropper jako post-student filozofii chętnie zaglębia się w różne rejony ludzkiej świadomości posiłkując się swoimi ulubionymi twórcami: Nietzsche’m, Kafką i innymi, interesującymi postaciami. Teksty głębokie, choć nie pozbawione ironii mocno uderzają w nutę człowieka zastanawiającego się nad swoim jestestwem, szukającego odpowiedzi na ważne i nurtujące człowieka pytania. Wzruszające, jak tekst „A Voice In The Louvre”: Deep in the swarm/Hold on mother/to the shaky hands/in open waters/save me, father/from the flood. W połączeniu z genialną melodią ciarki gwarantowane.

Get Well Soon to świetny projekt dla ludzi, którzy w muzyce szukają zawsze czegoś więcej, jakiegoś pierwiastka mocy i tajemniczości. Synteza różnych gatunków każdemu powinna przypaść do gustu, bo ich jest tu wręcz w nadmiarze. A wszystko to tworzy niezapomnianą, godzinną podróż przez zakamarki ludzkiego ducha i mocy ukrytej w tych niebanalnych melodiach.


P.S. Jak macie jak, pojedźcie na Ars Cameralis do Chorzowa, grają 22.11 razem z grupą Lambchop.
Polecam, autor.

sobota, 30 października 2010

Union Sound Set - Start / Stop


Union Sound Set przeciętnemu słuchaczowi z Polski znany nie będzie, bo nawet w Wielkiej Brytanii, gdzie rezydują, nie są właściwie znani. Są to debiutanci, którzy grali wcześniej pod szyldem Prego, lecz po roszadach personalnych trzon pozostał i przemianował się na Union Sound Set. Niedawno mieliśmy do czynienia z premierą ich krążka zatytułowanego "Start / Stop", który premierował kilka dni temu.

Natrafiłem na ten zespół przypadkiem przeszukując połacie internetu, który, jak wiadomo, jest wielką dżunglą pełną śmieci. Żeby wyłuskać coś konkretnego, trzeba mocno się pobrudzić w spamach i dziwnych bannerach wyskakujących i atakujących naszą przeglądarkę. Jednak jako nieustraszony poszukiwacz nie bałem się wejść głębiej i okazało się, że można znaleźć ciekawe i interesujące zjawiska. Wtedy to natrafiłem na "Hiding Places", czyli pierwszy singiel grupy reklamujący ich płytę. Był tak dobry, że po jego przesłuchaniu nie mogłem nie pokusić się o odkrycie większej i, jak się okazało, lepszej całości.

Płyta jest miłym zaskoczeniem dla słuchacza, gdyż melodie, jakie się na niej znajdują, są bardzo, ale to bardzo chwytliwe. Brzmią po brytyjsku, ale tutaj właściwie to nie jest przytyk, bo robią coś porządnego. Chociaż gitary używają motywów, które już dało się gdzieś usłyszeć, to i tak tworzą niesamowity koktajl dźwięków, który uderza dziwnie mocno. W sumie nie słychać, że to debiutanci. Są muzycznie samoświadomi i dojrzali, gdyż wszystkie nuty dopracowane są w solidny sposób i tego naprawdę chce się słuchać.

Chociaż wszystkie utwory brzmią dość równo względem siebie, to można wysunąć kilka z nich na pierwszy plan, gdyż tworzą naprawdę powalającą atmosferę, a dźwięki, które są tam wykrzesane to mały majstersztyk. Oprócz singla „Hiding Places” mocną pozycją jest „Trailing” z polifonicznym refrenem i gitarą, która nie robiąc wiele i używając kilku dźwięków świetnie zgrywa się z całością, a dramatyczne pauzy dodają tylko uroku całej kompozycji. Na uwagę zasługuje także finałowe „Waiting Minds”, czyli 7-minutowy epilog „Start/Stop” w pełni pokazujący umiejętności muzyków. Akustyczny i stonowany początek, który z każdą minutą dokłada coraz więcej delikatnego jazgotu i gitar z pokrętłem „reverb” na maksymalnym stopniu, by w końcu dobić słuchacza mocnymi i finałowymi uderzeniami.

Union Sound Set winno pójść gdzieś dalej, wybić się mocniej i trafić do szerszego grona słuchaczy, bo to jedna z lepszych płyt made in UK, jakie słyszałem tego roku. Jeśli tak wygląda debiut, aż boję się pomyśleć, co będzie dalej.

piątek, 29 października 2010

Something Like Elvis i Ed Wood w Firleju


Po OFFie żałowałem, że nie dane mi było zobaczyć kilku zespołów, które w pewnym stopniu mnie zainteresowały. Szczęśliwie dla mnie okazało się, że dwa z nich grają razem na jednym koncercie w moim mieście w jednym z najciekawszych klubów muzycznych tego regionu. Długo się nie zastanawiając, wybrałem się na interesujące wydarzenie związane z dwoma zespołami, jakimi są Ed Wood i Something Like Elvis. 

 Klubowa rozpiska co do minuty przedstawiła moment rozpoczęcia koncertów i, o dziwo, zaczęło się bez żadnego poślizgu. Będąc bardzo uradowany owym zjawiskiem postanowiłem kontemplować muzykę, jaką uraczył mnie duet Ed Wood, czyli poboczny projekt muzyków z bydgoskiego Tin Pan Alley. Muszę przyznać, z początku było mi ogromnie ciężko wykreślić klarowne zdanie na temat tego koncertu. Z pewnością można to określić jako dziwaczne zderzenie dwóch interesujących osobowości, które na kwasie tworzą wszystkie swoje kawałki. Pozornie bez harmonii, utwory przyciągały w jakiś nieopisany sposób i chciało się ich słuchać, co łatwe jednak nie było. Gitara Kuby Ziołka pobrzękiwała wyraźnie jazzująco, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Wychodziła z rytmu, była nieskładna, akordy brzydkie i niedbałe. Dodatkowo włączanie co rusz efektu typu delay i tym samym multiplikowanie gitar powodowało, że przestrzeń ogarnięta chaosem i szumem. Pełnego obrazu dodawała perkusja, której uderzenia były tak mocne, że nieraz obawiałem się, że pałka przebije naciąg albo wyskoczy z ręki (co koniec końców się stało przy ostatnim numerze zespołu). Jednak to jest siła noise’u – emocje. A tych było na koncercie mnóstwo. Bo dźwięków się nie wyciągnie. Koszmar dla technicznego, jak sądzę.

Mimo wszystko Ed Wood zostawił pozytywne piszczenie w uchu i myślę, że ze stwierdzeniem „grać głośniej i więcej” bardzo im do twarzy. Ale nie byli jednak głównym powodem przybycia do wrocławskiego Firleja. Był nim natomiast główny wykonawca. Gwiazda, która wykluła się z powrotem po siedmiu latach absencji. Trzy świetne albumy, nieprzeciętny styl. Spodziewałem się wielkiego kopa i go dostałem, gdy przed naszymi oczami ukazał się zabójczy kwintet, Something Like Elvis.

Zespół od początku dawał z siebie wiele energii, szczególnie za pomocą ostrych i mocnych dźwięków z pierwszego albumu, gdzie dane nam było usłyszeć chociażby takie szlagiery, jak „Red River” czy „Holy Wars”. Zdarzały się również chwile spokojniejsze, gdzie można było kontemplować dźwięki i rozkoszować się nimi („Phantom”, „Morning in Melbourne”). Całość koncertu przeplatana była konferansjerką Kuby Kapsy i Artura Maćkowiaka, która, choć nieraz zabawna, bywała przydługa i klimat, brzydko mówiąc, siadał. Chociaż muszę przyznać, dyskusje z pierwszym rzędem, a szczególnie z trzema pijanymi „dżentelmenami”, którzy cały czas raczyli nas różnymi głupotami były bezbłędne! 

Muzycznie nie mam nic zespołowi do zarzucenia, bo set lista była bardzo zróżnicowana i mocniejsze akcenty dość dobrze przeplatały się z tymi wolniejszymi, przez co nie było wrażenia nudy. Dodatkowo popisy instrumentalne, szczególnie te wykonywane na gitarze przez Sławka Szudrowicza, rozbijały na łopatki bogactwem umiejętności sprawnego wykorzystywania efektów. Wokalnie Kuba Kapsa dawał radę. I nawet dał się wyprosić na wyśpiewanie utworu „Leticia” a capella. Bez rewelacji, ale przecież tu nie o wokal w tej muzyce chodzi.

Reasumując, wieczór spędzony w Firleju był bajeczny, bo Something Like Elvis pokazało, iż na wiele ich jeszcze stać. Mam nadzieję, że jak zespół się połączył, to już się nie rozłączy, tylko stworzy coś nowego i rozbrajającego. I jak zagrają jeszcze jakiś koncert, ja tam będę. Panowie, macie mnie!