sobota, 19 lutego 2011

Stateless - Matilda

Minęły cztery lata od piorunującego debiutu. Była to niewątpliwie długa przerwa, gdyż zespół, który znalazł się pod taką presją, jak oni, musiał ochłonąć, odpocząć, stworzyć coś nowego, a przede wszystkim dobrego. Stateless, bo o nich mowa, po wydaniu swojej pierwszej płyty byli porównywani do takich zespołów, jak Radiohead i Massive Attack, grając właściwie muzykę będącą wypadkową tych wykonawców. Cztery lata przerwy i delikatne roszady w zespole spowodowały, że dostaliśmy album numer 2, który swoim poziomem nie odbiega od debiutanta, stanowi natomiast świetną kontynuację, ewolucję tego, co słyszeliśmy na "Stateless".

"Matilda" jako nowy rozdział w życiu zespołu spisuje się naprawdę przyzwoicie. Od samego wejścia otrzymujemy dużą dawkę świetnie sklejonych sampli Kidkanevil'a i wokalu Chris'a James'a. Otwierające album "Curtain Call" buduje magiczny nastrój delikatnie wyłaniającą się z eteru melodią brzmiącą, jak Archive w swoich najlepszych latach. Singlowe "Ariel" to utwór stawiający przede wszystkim na budowę rytmu, za którą odpowiada turntablista, Kidkanevil. W dużej mierze album jest jego popisem, gdyż jako doświadczony już muzyk i producent potrafi tworzyć świetnie pasujące wstawki dodające uroku do podstawowych kompozycji.

Od początku słuchacza uderza jedno słowo-klucz: zróżnicowanie. Chociaż na całej płycie utwory mają zbliżony i charakterystyczny styl, który zespół zdążył sobie wypracować, to patrząc na nie pojedynczo widzimy, z jaką precyzją zespół wrzuca do jednego worka gigantyczny rozstrzał gatunkowy. Znajdziemy tu nie tylko proste nawiązania do rocka alternatywnego czy trip-hopu. Usłyszymy echa nu-jazz'u, współczesnej muzyki klasycznej, world music spod znaku Beiruta, soul'u i kilku innych. Jednak słuchając albumu "Matilda" rozstrzał ten nie rani uszu, nie krzywi twarzy. Jedynie zastanawia, w jaki sposób udało im się tak zróżnicować to, co słyszymy bez utraty charakterystycznego brzmienia. Świadczy to najlepiej o klasie muzyków tworzących Stateless.

Co najdziwniejsze na tej płycie, jedenaście utworów, na które ów album się składa nie nużą i nie męczą. W moim przypadku zdarza się niezwykle rzadko, żeby płyta podobała mi się od początku do końca. Z reguły potrafię znaleźć coś, na co będę marudził i narzekał. A tu miałem olbrzymi problem, żeby przyczepić się do czegokolwiek. Widocznie fakt, iż zespół odszedł z poprzedniej wytwórni !K7 na rzecz legendarnej Ninja Tune wyszedł im jak najbardziej na dobre. Album to czterdzieści dziewięć minut dojrzałej, rzeczowej, rozbudowanej muzyki, która brzmi naprawdę solidnie. Ponoć jest to jedna z ulubionych grup DJ Shadow. I w sumie się mu nie dziwię, gdyż Stateless stworzyło album, który już teraz będzie jednym z moich ulubionych w 2011 roku.

czwartek, 3 lutego 2011

Chase and Status - No More Idols


Saul  Milton i Will Kennard znani bardziej jako Chase and Status to elektroniczny duet, który w swojej muzyce łączy chętnie elementy dnb czy dubstepu. Po sukcesie swojego debiutanckiego krążka „More Than Alot” ugruntowali swoją pozycję jako jeden z najważniejszych współczesnych wykonawców grający muzykę drum and bass. Nastał rok 2011, a koniec stycznia przyniósł nam godnego następcę pierwszego albumu.

Zespół postawił przy „No More Idols” na współpracę. I to taką szeroko zakrojoną, bo właściwie rzadko na tej płycie znaleźć można utwory, które nie posiadają przy sobie nawiasiku z napisem „featuring”. Takich artystów współpracujących jest na tym albumie dość sporo. Do tego są dość znani. Swoje miejsce na płycie znaleźli np. Plan B, MC Rage (wspierający duet na koncertach swoją zwariowaną konferansjerką), Dizzee Rascal czy White Lies. W dużej mierze te kolaboracje wzbogacają album, gdyż każdy z artystów wprowadza nutkę oryginalności do beat’ów Miltona i Kennarda. Świetnie gra „Heavy” z Dizzee Rascalem, który najwyraźniej polubił zabawy z elektroniką po swoim „Bonkers”. White Lies swoim marazmem i oniryzmem w ciekawy sposób łączą tło utworu z wokalizami. Plan B w „End Credits” śpiewa przepiękną, chwytającą melodię, która przez długi czas nie może wyjść z głowy. A Delilah w utworze „Time” świetnie dokłada swój dance’owy zwiewny wokal bo breakbeatowych przejść i agresywności utworu.

Poza utworami, w których udzielają się różnego rodzaju wykonawcy mamy dwie kompozycje, które nie mają znanych nazwisk przy swoim tytule. Mianowicie są to „Hocus Pocus” i otwierające album „No Problem”. Oba są świetnymi kompozycjami, które niemal przyćmiewają większość utworów z albumu swoim poziomem. Oba posiadają gigantyczny potencjał pod względem budowy perkusyjnych rytmów i ciężkich, tłustych basów. Oba sprawiają, że nogi chcą szaleć i tańczyć. Szkoda, że i tak giną w natłoku nazwisk.

Chase and Status wydało dobry album. Bo to fajna składanka z dużą ilością znanych nazwisk. Dużo miłego, elektronicznego, tanecznego grania. Ciekawa rozbieżność – od dubowych wstawek przez akustyczne dźwięki kończąc na mocnych, gęstych drum n’ bass’owych. Szkoda, że trzeba było czekać tak długo i niektóre utwory nie mają tak wielkiej mocy przyciągania. Ale potupać można, a jakże!

niedziela, 16 stycznia 2011

Arcade Fire - The Suburbs


Nominacje do nagród Grammy, w tym za najlepszy album, do tego pochlebne opinie krytyków z całego świata – tym może pochwalić się powstała w Montrealu grupa zwana Arcade Fire. Trzeci album zatytułowany „The Suburbs” jest na pewno jednym z najważniejszych wydawnictw zeszłego roku. Traf chciał, że trafiłem do niego po całym hype’ie i z czystym umysłem mogłem kontemplować, co też Kanadyjczycy wyskrobali.

Mnie osobiście przedmieścia kojarzą się z takim wolniejszym trybem życia. Miastowy hałas zostawiamy za sobą, jedziemy swoim nowym bmw do swojego piętrowego domku z pięknym oszklonym gankiem. Takie to troszkę przerysowane i kiczowate, ale wina leży po stronie amerykańskich filmów, które często skręcają rzeczywistość. Z płytą Arcade Fire mam dość podobne odczucia. Niby to wszystko tak piękne i cukierkowe, że aż nieprawdziwe. Nie jest to jednak w żaden sposób zarzut. Stwierdzam tylko fakt, że „The Suburbs” jest albumem słodkim i dopieszczonym. Bogatym, jak zamożni mogą być mieszkańcy przedmieść. Jest płytą dość dystyngowaną, ubraną w szerokie spektrum instrumentów, za którymi kryją się tak naprawdę proste melodie, które jednak zawoalowane w bogate dodatki w postaci skrzypiec, akordeonów i innych muzycznych ekwipunków. W końcu siedem osób w zespole plus prawie drugie tyle występujące z grupą na żywo pozwala na tak szerokie kombinacje z brzmieniem. Co do samych utworów nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Zgrabnie łączą się w jedną, logiczną całość. Brzmią, jak wyjątkowo dopracowane i doszlifowane perełki. Na szczególną uwagę zasługuje singlowe „Ready To Start” pokazujące nieco więcej niż lekki zapęd zespołu do barokowego grania. Świetna melodia łączy się z przejmującym tekstem Wina Butlera, dochodzą do tego takie ciekawe elementy, jak dwie perkusje grające jednocześnie, garść elektronicznych przejść, ściana gitar. Mimo to nie jest to agresywne, jest po prostu mocne.

Arcade Fire nagrał świetnego następcę „Neon Bible”, to fakt. Płyta jest różnorodna, eklektyczna w ramach swojego stylu, bardzo dobrze zaaranżowana. Właściwie jest to album, który wiele zespołów chciałoby mieć w swojej kolekcji, bo świetnie obrazuje drogę rozwoju zespołu. Pokazuje on, że idąc konsekwentnie swoją drogą, szlifując swoją wizję przekazu można stworzyć coś naprawdę porządnego. Jest to rzecz, którą trzeba słuchać w absolutnym skupieniu, by w pełni rozmarzyć się nad tym, jakby to było lenić się w niedzielny poranek na słonecznym przedmieściu.

wtorek, 11 stycznia 2011

The Boxer Rebellion - Union


Wiadomo nie od dziś, że muzyka ma na nas wielką moc wpływania. Emocjonalność w przekazie jest jedną z najistotniejszych cech, które nieraz sprowadzają zespół do „być albo nie być”. Bo co, jeśli zespół nie jest wiarygodny? Staje się mało interesujący ergo nie wart przesłuchania/zobaczenia. Choć w tym wypadku jedynie generalizuję, można przyjąć, że jest to jakaś prawda życiowa dotycząca muzyki. Szukamy różnorodności, świetnego brzmienia, kreatywności, eksplozji dźwięków, świetnego głosu i przekonujących wyznań sprawiających, że chcemy więcej.

The Boxer Rebellion wydaje w tym roku nowy album zatytułowany „The Cold Still”, a ja w ramach zimowej powtórki postanowiłem sobie przyswoić na nowo poprzednika z roku 2009. Płytę, która sporo namieszała na rynku muzycznym ówczesnego czasu. „Union” było wydarzeniem dość wyjątkowym. Nagrano go na własną rękę za pomocą stworzonej przez zespół wytwórni Absentee Recordings, wylądował w Billboard Top 100 będąc albumem wydanym tylko w cyfrowej postaci, serwis iTunes US okrzyknął go alternatywnym albumem roku. Ale nie stało się to tylko dlatego, że wyszli naprzeciw standardowej formie płyt i byli tak niezależni, że sprzedany został bez materialnego opakowania. Przecież taki Radiohead wydał płytę za darmo zadając wytwórniom gigantyczny cios. Nie, tu chodziło o coś więcej. O muzykę.

Może tytuł „alternatywny” brzmi tutaj zbyt dziwnie w stosunku do tego, co otrzymujemy na płycie, lecz w jakimś stopniu oddaje zamierzenie określenia The Boxer Rebellion. „Union” jest albumem różnorodnym, ale niezbyt agresywnym. Mieszają się tutaj spokojne, balladowe utwory z trochę mocniejszymi akcentami ciężkich, przesterowanych gitar, lecz jedyne, co przenika do warstwy podświadomości słuchacza to spokój. Spokój duszy. Nie ma tutaj akcentów uderzających do bólu, niszczących, uszkadzających. Wszystkie jedenaście kompozycji zawartych na albumie to spójne, acz rozstrzelone stylistycznie małe dzieło, które zachwyca po przesłuchaniu. „The Gospel of Goro Odachi” uderza piękną warstwą spokojnych klawiszy połączonych z elektronicznym beat’em i miłą dla ucha polifonią. Singlowe „Evacuate” natomiast jest świetnym przykładem współgrania ze sobą gitar w zespole. Utwór niezbyt prosty, lecz dobrze przemawiający, głównie za pomocą efektownej i szczerej linii wokalnej Nathana Nicholsona.

Nie znajdziemy tutaj kopiących tyłek riffów, nie będzie ogólnej rozwałki. Będzie natomiast świetnie skomponowany, zgrabnie połączony ze sobą album autorstwa czterech dżentelmenów rozstrzelonych po świecie (Amerykanin, Australijczyk, dwóch Anglików), których połączyła wspólna pasja do muzyki. I to słychać na każdej nucie „Union”. Aż nie mogę doczekać się na kolejny rozdział tej niezwykłej opowieści.

sobota, 8 stycznia 2011

Good Charlotte - Cardiology


Muzyka mainstreamowa ma to do siebie, że często chodzi o to, aby jak najwięcej sprzedać. Znaleźć sposób na słuchacza, aby przyciągnąć go do konkretnego wykonawcy. Głównie odbywa się to za sprawą radiowego singla. Chwytliwego numeru, który naiwnym pozwoli na zakup płyty w nadziei, że reszta będzie przynajmniej tak samo dobra. Gorzej, jeśli singiel jest słaby i godnie reprezentuje poziom całego albumu.

Tak jest w przypadku Good Charlotte. Amerykańscy pop-punkowcy przy każdej swojej płycie często opierali się na dobrych, radiowych numerach, które służyły dobrze jako przyjemne tło do naszych codziennych czynności nie niosąc za sobą jakiegokolwiek wyższego przekazu. Nieraz problemem było nawet spamiętanie melodii, nie mówiąc o tekście. Zeszłoroczne wydawnictwo „Cardiology” sprawiło mi podobne trudności. Różnicą jest jednak to, że tutaj nawet single mnie denerwują.

Bracia Madden i spółka na piątym albumie postawili na kreatywność. Przynajmniej takie było zamierzenie. Niektóre z utworów wybijają się na pierwszy plan, głównie za sprawą melodii. Są to proste, pop-punkowe riffy, które nie wnoszą absolutnie nic oprócz jednego, że piekielnie dobrze się ich słucha. „Let The Music Play” ze swoim refrenem w stylu Foo Fighters, „Counting the Days” idealnie nadające się do teledysku promującego kolejny film o nastolatkach z USA i ich gigantycznych problemach, „Alive” z quasi-ambitnym, motywem naładowanym jakąś dawką patosu, którzy rzucał mi na myśl Sunrise Avenue czy inne zespoły tego pokroju. Gorzej jednak z singlem promującym album – „Like It’s Her Birthday”. Utwór tak miałki i męczący znalazł się chyba przypadkiem za pomocą wyliczanki jako singiel. W moim mniemaniu są to trzy minuty męczącego refrenu, miernej zwrotki połączonych w niezgrabny i nieprzyjemny dla ucha sposób.

Pianino, skrzypce, elektronika  - choć takich dodatków przewija się trochę na płycie, giną one w szumie przesterowanych gitar i prostych, skandowanych linijkach wokalu Joela Madden. Nie jest to muzyka najwyższych lotów, tylko przeciętny album zapychający dziurę w eterze pomiędzy odkurzaniem, a gotowaniem niedzielnego obiadu. Good Charlotte swoim „Cardiology” pokazali, że dalej tworzą prostą i skoczną muzykę do potańczenia, poskakania, a następnie zapomnienia.

piątek, 31 grudnia 2010

Apparat Organ Quartet - Pólýfónía

Co powstanie, jeżeli znajdziemy kilku mężczyzn, których łączy wspólna pasja do tworzenia muzyki? Odpowiedź jest prosta - kolektyw, grupa, zespół. Ale co, jeśli ci mężczyźni uwielbiają nietypowe instrumenty, a mianowicie stare syntezatory, kiepskiej jakości klawikordy, niemal zabawkowe sprzęty sprzed kilkudziesięciu lat? Odpowiedzią na to pytanie jest Apparat Organ Quartet.

Grupę tę założył Islandczyk, Jóhann Jóhansson w roku 2002, kiedy to wraz z kilkoma sympatykami starych instrumentów założyli elektroniczny kolektyw, który łączy 8-bitowe granie z rockową energią wydając album zwany po prostu "Apparat Organ Quartet", który natychmiastowo przysporzył dość dużą bazę fanów, nie tylko na Islandii. Jednak na godnego następcę przyszło nam czekać 8 lat, gdyż dopiero w tym roku został wydany drugi album grupy zatytułowany "Pólýfónía".

I co właściwie otrzymujemy po tak długim czasie oczekiwania? Płytę złożoną, ale za to w pewien sposób zadowalającą słuchacza już od pierwszych minut, gdyż dostajemy dokładnie to, czego oczekiwaliśmy. "Pólýfónía"  jest rozwinięciem stylu, który znamy już z czasów debiutu. Złożone melodie zbudowane z kilku warstw klawiszowych będących całym instrumentarium. Są przesterowane, niskie basy, kilka rodzajów klawiszy midi, synthy, swego rodzaju lead synthy i wiele innych, które przerobione na potrzeby zespołu wybrzmiewają pełną paletą barw i dźwięków. Do tego dokładamy żywą perkusję, która nadaje rytmikę i dynamikę całej melodii.

Chociaż zasada tworzenia utworów jest mniej więcej podobna, tj. "użyć dużej ilości klawiszy, okrasić to basem pochodzącym z klawiszy, dodać perkusję i tadam - utwór gotowy", to za tak prostym stwierdzeniem kryje się rozbudowana machina. Duża w tym zasługa umiejętności muzyków do rozległego rozdmuchiwania prostych melodii i zanurzania ich w otoczce licznych rodzajów klawiszy, które rozszerzają przestrzeń kompozycji, wypełniają ją i sprawiają, że atakują nas zewsząd. Plusem jest też prostota podstawowych motywów, radosnego zlepku kilku dźwięków niesamowicie wchodzących w ucho, jak dzieje się to np. w otwierającym album "Babbage".

Rock jest także ważnym elementem napędzającym całą "Pólýfóníę" głównie za sprawą mocnej i energetycznej perkusji, jak ma to miejsce w "Cargo Frakt". Utwór ten ujawnia także kolejny, ważny instrument. Głos. A właściwie wokaliza, w dodatku na efektach. Nie ma tutaj tekstów jako takich, zresztą same teksty śpiewane w języku ojczystym i tak nie są rozumiane przez inne kraje, jak np. dzieje się to w przypadku Casiokids, który pomimo śpiewania po norwesku i tak robi karierę  w Wielkiej Brytanii. Apparat Organ Quartet stawia na proste hasła lub zwyczajne podśpiewywanie, które stawia przede wszystkim na  melodykę świetnie wpasowującą się w instrumentarium.

Jóhannson i spółka po ośmiu latach absencji powrócili z dobrym, świetnie dopracowanym albumem, który w mojej subiektywnej skali uplasował się dość wysoko. Islandczycy albumem "Pólýfónía" utwierdzili mnie w przekonaniu, że Skandynawia ma jeden z najdziwniejszych ośrodków Europy pod względem wyobraźni, zróżnicowania instrumentów, a przede wszystkim kompozycji. Takiej radosnej i cudownej muzyki dawno nie słyszałem. Cóż, w końcu na Islandii jest dość chłodno, więc trzeba robić dobrą minę do złej gry. A Apparat Organ Quartet uśmiecha się pokazując wszystko, co najlepsze.

P.S. Szczęśliwego nowego roku czy co tam sobie chcecie wymarzyć!

wtorek, 28 grudnia 2010

My Chemical Romance - Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys


My Chemical Romance przeciętnemu słuchaczowi kojarzy się głównie za pomocą terminu „emo”. Jednak krzywdą byłoby umieszczanie ich jedynie w tym nurcie, ponieważ ich muzyka była od początku czymś więcej niż ścieżką dźwiękową dla aktów samookaleczeń amerykańskich nastolatek, którym dobrze w czarnym. Umiejętność tworzenia chwytliwych numerów zespół posiadał już od wydania w 2002 swojego albumu „I Brought You My Bullets, You Brought Me Your Love”, kiedy to scena New Jersey (zwana także „murder scene” ze względu na rozbudowaną scenę emo/hardcore), a także rynek całego USA zaczął podążać za konkretną modą, jaką wytworzył zespół. Chociaż w tym wszystkim przewija się echo nurtu „Emo”, to nie można zaprzeczyć, iż My Chemical Romance już od początku starało się wyjść poza ramy nakładane im przez dziennikarzy, starając się zaskoczyć przy każdej kolejnej płycie. Zmieniały się nie tylko kolory włosów i fryzury wokalisty grupy  Gerarda Way, ale także pewien koncept na przekazanie swojej energii. Właściwie słowo „koncept” jest tutaj najbardziej trafne, ponieważ już od 2005 roku zespół zaczął kierować swoją muzykę w sposób nieco bardziej ambitny. Album „The Black Parade” było opisem przeżyć człowieka walczącego z chorobą, umierającego i wspominającego swoje życie. Tym razem My Chemical Romance idzie o krok dalej i postanawia wymyślić fikcyjną rzeczywistość, fikcyjne czasy, próbując samemu wpisać się w ramy, które sami sobie ustalili.


„Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys” jest kolejnym albumem z konceptem opowiadającym historię grupy zwanej Killjoys (stanowiącej fikcyjne alter ego członków MCR) będącej wyrzutkami żyjącymi w szalonym społeczeństwie przyszłości w mieście Battery City. Utwory na płycie zaś są przedstawieniem życia Killjoys, ich ideologii, życia, walki. Opisem wydarzeń, z którymi grupa się zmaga. 

Muzyka, którą zaprezentowało My Chemical Romance roku 2010 jest trochę bardziej surową zabawą z formą, niż działo się to na poprzednich dokonaniach grupy. Więcej w tym wszystkim prostego,  mocnego, rockowego uderzenia opartego w pewnym stopniu na klasycznych harmoniach. Nadaje to jednak olbrzymiego tempa, które właściwie nie zwalnia, tylko utrzymuje tę płytę na wysokim, dynamicznym trybie działania stając się czasem niemal westernową, ale wartką pożywką dla historii Killjoys. Jednak nie można tu mówić o tym, że muzyka zrobiła się infantylna. Użyto tutaj mniej półśrodków, zapychaczy, które rozszerzały w sposób sztuczny przestrzeń dźwięku. Muzyka stała się bardziej skondensowana, a tym samym efektywniejsza. Zahaczyć tutaj mogę o pojęcie „punk”, ponieważ kompozycje mają w sobie duży pokład dzikości i młodej, jędrnej energii uderzającej radośnie z gitar. „Na Na Na  (Na Na Na Na Na Na Na Na Na)”, czyli pierwszy singiel, w świetny sposób demonstruje,  na czym  polega nowa ścieżka, którą obrał sobie zespół. Dużo skocznej i gęstej perkusji połączonej z klasycznymi riffami, studyjnymi smaczkami w postaci przeróżnej maści sampli i rewolucyjnymi, quasi-wolnościowymi tekstami. Nie oznacza to jednak, że wszystkie utwory brzmią tak samo. Każdy z nich wybija się czymś wyjątkowym, czego na ogół nie było na kawałku poprzednim. „Planetary (GO)” za pomocą wypluwanych tekstowych fraz i akcentowanego basu nadaje brzmienie w stylu rockowego Black Eyed Peas. „S/C/A/R/E/C/R/O/W”  to piosenka z dużą nutą optymizmu uderzającego z dźwięków nadająca myślenie o tym, jaki ten świat piękny i cudowny, a „Destroya” z tekstem pt. „nie wierzę w nic”, śpiewem pokroju Limp Bizkit i agresywnej melodii buduje mroczny, ale intensywny nastrój.

My Chemical Romance nie stworzyło krążka idealnego, a z pewnością nie nazwałbym go „rockowym albumem 2010 roku”, jak zdarzyło się to pewnemu dziennikarzowi magazynu Rock Sound, nie mniej jednak muszę przyznać, że droga, którą przebył zespół powoli zaczyna się dla nich opłacać. Chociaż muzycznie nie stworzyli arcydzieła, tekstowo nieraz przypominali mi najnowsze dokonanie Green Day, a pierwsze wrażenia po przesłuchaniu albumu zostawili na zasadzie „ni ziębi, ni grzeje”, to po przetrawieniu i skupieniu się nieco bardziej na poszczególnych aspektach dochodzę do wniosku, że ładnie panowie grają. Chociaż nie wiem, czy dalej można się  wstydzić chwaląc się znajomym  mówiąc „słucham MCR”. Decyzja po przesłuchaniu należy do was.