niedziela, 3 marca 2013

PHOENIX Z POPIOŁÓW





Jaram się jak mała nastolatka na widok Biebera (swoją drogą, wybrałbym się do Łodzi, gdybym miał dostać bilet, przecież muzycznie ma zastęp producentów i kilka bangerów. poza tym to byłoby jedno z najdziwniejszych wspomnień mojego życia!) z wycieku nowego Phoenix. Wychodzę z jednego, prostego założenia. Chcesz słuchać muzyki, musisz ściągać muzykę. Jasne, są teraz przeglądarki, które nareszcie dotarły do kraju 100 lat za Murzynami (świetne Spotify, ciut irytujący Deezer, WiMP z fajną, krajową bazą), ale i tak nie wszystko jest do znalezienia w tamtych serwisach. Stąd mój brak skrupułów, jak wyskoczył magiczny download na “Bankrupt!”.

Francuzi chyba mają jakąś totalną banię na punkcie swojego grańska, jakby jeszcze nie wyrośli z nowej fali i dalej brną jak Srebrni kalifornijscy surferzy w te same schematy. Zajebiste, co prawda, ale te same. Choć słychać jakieś wstawki chcące pokazać, że przecież to nie jest reminiscencja french popowej estetyki, ciągle to siedzi w tym klimacie. Nie pomogły wschodnie skale w “Entertainment”, nie pomogły liczne wokalizy, eksperymenty z brzmieniem synthów, dalej jest to samo. Nie zmienia to jednak faktu, że dla kilku stylowych fragmentów “Bankrupt!” warto przesłuchać. Troszkę sinusoidalnie, ale na pewno z przytupem, więc warto będzie sprawdzić nowy materiał na festiwalach (może Opener, zanim ZIółkowski prześpi okazję?)

Może to i lepiej, że Brancowitz rozdzielił swe tory od Bangaltera i de Homem-Christo, przynajmniej ci ostatni stworzyli swój zajebisty Daft Punk, a on stworzył zajebisty Phoenix.Jak dla mnie win-win.


Co się dzieje? Wracam?


Uznałem, że za dużo posuchy było w ostatnim czasie. Rzecz jasna, trochę nastukałem tekstów dla Uwolnij Muzykę, trochę zainteresowałem się social media. Nawet miałem konto na tumblrze!
Ale nie ma to jak stary, zajebisty dobry blogging bez zbyt dużej ilości wkładek i innych syfów.
Będę starał się trzymać krótko, bez zbędnego rozwodzenia się nad wszystkim. To zostawiam portalom, które mogą sobie na to pozwolić.
Będę szukał, opisywał, pluł i gryzł, chwalił i wielbił. I chyba nie skończę tylko na muzyce.

Wasz Wybawca
J.

NA WEJŚCIE CHURCHES. A GDZIE DZWONY KOŚCIELNE?


sobota, 19 lutego 2011

Stateless - Matilda

Minęły cztery lata od piorunującego debiutu. Była to niewątpliwie długa przerwa, gdyż zespół, który znalazł się pod taką presją, jak oni, musiał ochłonąć, odpocząć, stworzyć coś nowego, a przede wszystkim dobrego. Stateless, bo o nich mowa, po wydaniu swojej pierwszej płyty byli porównywani do takich zespołów, jak Radiohead i Massive Attack, grając właściwie muzykę będącą wypadkową tych wykonawców. Cztery lata przerwy i delikatne roszady w zespole spowodowały, że dostaliśmy album numer 2, który swoim poziomem nie odbiega od debiutanta, stanowi natomiast świetną kontynuację, ewolucję tego, co słyszeliśmy na "Stateless".

"Matilda" jako nowy rozdział w życiu zespołu spisuje się naprawdę przyzwoicie. Od samego wejścia otrzymujemy dużą dawkę świetnie sklejonych sampli Kidkanevil'a i wokalu Chris'a James'a. Otwierające album "Curtain Call" buduje magiczny nastrój delikatnie wyłaniającą się z eteru melodią brzmiącą, jak Archive w swoich najlepszych latach. Singlowe "Ariel" to utwór stawiający przede wszystkim na budowę rytmu, za którą odpowiada turntablista, Kidkanevil. W dużej mierze album jest jego popisem, gdyż jako doświadczony już muzyk i producent potrafi tworzyć świetnie pasujące wstawki dodające uroku do podstawowych kompozycji.

Od początku słuchacza uderza jedno słowo-klucz: zróżnicowanie. Chociaż na całej płycie utwory mają zbliżony i charakterystyczny styl, który zespół zdążył sobie wypracować, to patrząc na nie pojedynczo widzimy, z jaką precyzją zespół wrzuca do jednego worka gigantyczny rozstrzał gatunkowy. Znajdziemy tu nie tylko proste nawiązania do rocka alternatywnego czy trip-hopu. Usłyszymy echa nu-jazz'u, współczesnej muzyki klasycznej, world music spod znaku Beiruta, soul'u i kilku innych. Jednak słuchając albumu "Matilda" rozstrzał ten nie rani uszu, nie krzywi twarzy. Jedynie zastanawia, w jaki sposób udało im się tak zróżnicować to, co słyszymy bez utraty charakterystycznego brzmienia. Świadczy to najlepiej o klasie muzyków tworzących Stateless.

Co najdziwniejsze na tej płycie, jedenaście utworów, na które ów album się składa nie nużą i nie męczą. W moim przypadku zdarza się niezwykle rzadko, żeby płyta podobała mi się od początku do końca. Z reguły potrafię znaleźć coś, na co będę marudził i narzekał. A tu miałem olbrzymi problem, żeby przyczepić się do czegokolwiek. Widocznie fakt, iż zespół odszedł z poprzedniej wytwórni !K7 na rzecz legendarnej Ninja Tune wyszedł im jak najbardziej na dobre. Album to czterdzieści dziewięć minut dojrzałej, rzeczowej, rozbudowanej muzyki, która brzmi naprawdę solidnie. Ponoć jest to jedna z ulubionych grup DJ Shadow. I w sumie się mu nie dziwię, gdyż Stateless stworzyło album, który już teraz będzie jednym z moich ulubionych w 2011 roku.

czwartek, 3 lutego 2011

Chase and Status - No More Idols


Saul  Milton i Will Kennard znani bardziej jako Chase and Status to elektroniczny duet, który w swojej muzyce łączy chętnie elementy dnb czy dubstepu. Po sukcesie swojego debiutanckiego krążka „More Than Alot” ugruntowali swoją pozycję jako jeden z najważniejszych współczesnych wykonawców grający muzykę drum and bass. Nastał rok 2011, a koniec stycznia przyniósł nam godnego następcę pierwszego albumu.

Zespół postawił przy „No More Idols” na współpracę. I to taką szeroko zakrojoną, bo właściwie rzadko na tej płycie znaleźć można utwory, które nie posiadają przy sobie nawiasiku z napisem „featuring”. Takich artystów współpracujących jest na tym albumie dość sporo. Do tego są dość znani. Swoje miejsce na płycie znaleźli np. Plan B, MC Rage (wspierający duet na koncertach swoją zwariowaną konferansjerką), Dizzee Rascal czy White Lies. W dużej mierze te kolaboracje wzbogacają album, gdyż każdy z artystów wprowadza nutkę oryginalności do beat’ów Miltona i Kennarda. Świetnie gra „Heavy” z Dizzee Rascalem, który najwyraźniej polubił zabawy z elektroniką po swoim „Bonkers”. White Lies swoim marazmem i oniryzmem w ciekawy sposób łączą tło utworu z wokalizami. Plan B w „End Credits” śpiewa przepiękną, chwytającą melodię, która przez długi czas nie może wyjść z głowy. A Delilah w utworze „Time” świetnie dokłada swój dance’owy zwiewny wokal bo breakbeatowych przejść i agresywności utworu.

Poza utworami, w których udzielają się różnego rodzaju wykonawcy mamy dwie kompozycje, które nie mają znanych nazwisk przy swoim tytule. Mianowicie są to „Hocus Pocus” i otwierające album „No Problem”. Oba są świetnymi kompozycjami, które niemal przyćmiewają większość utworów z albumu swoim poziomem. Oba posiadają gigantyczny potencjał pod względem budowy perkusyjnych rytmów i ciężkich, tłustych basów. Oba sprawiają, że nogi chcą szaleć i tańczyć. Szkoda, że i tak giną w natłoku nazwisk.

Chase and Status wydało dobry album. Bo to fajna składanka z dużą ilością znanych nazwisk. Dużo miłego, elektronicznego, tanecznego grania. Ciekawa rozbieżność – od dubowych wstawek przez akustyczne dźwięki kończąc na mocnych, gęstych drum n’ bass’owych. Szkoda, że trzeba było czekać tak długo i niektóre utwory nie mają tak wielkiej mocy przyciągania. Ale potupać można, a jakże!

niedziela, 16 stycznia 2011

Arcade Fire - The Suburbs


Nominacje do nagród Grammy, w tym za najlepszy album, do tego pochlebne opinie krytyków z całego świata – tym może pochwalić się powstała w Montrealu grupa zwana Arcade Fire. Trzeci album zatytułowany „The Suburbs” jest na pewno jednym z najważniejszych wydawnictw zeszłego roku. Traf chciał, że trafiłem do niego po całym hype’ie i z czystym umysłem mogłem kontemplować, co też Kanadyjczycy wyskrobali.

Mnie osobiście przedmieścia kojarzą się z takim wolniejszym trybem życia. Miastowy hałas zostawiamy za sobą, jedziemy swoim nowym bmw do swojego piętrowego domku z pięknym oszklonym gankiem. Takie to troszkę przerysowane i kiczowate, ale wina leży po stronie amerykańskich filmów, które często skręcają rzeczywistość. Z płytą Arcade Fire mam dość podobne odczucia. Niby to wszystko tak piękne i cukierkowe, że aż nieprawdziwe. Nie jest to jednak w żaden sposób zarzut. Stwierdzam tylko fakt, że „The Suburbs” jest albumem słodkim i dopieszczonym. Bogatym, jak zamożni mogą być mieszkańcy przedmieść. Jest płytą dość dystyngowaną, ubraną w szerokie spektrum instrumentów, za którymi kryją się tak naprawdę proste melodie, które jednak zawoalowane w bogate dodatki w postaci skrzypiec, akordeonów i innych muzycznych ekwipunków. W końcu siedem osób w zespole plus prawie drugie tyle występujące z grupą na żywo pozwala na tak szerokie kombinacje z brzmieniem. Co do samych utworów nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Zgrabnie łączą się w jedną, logiczną całość. Brzmią, jak wyjątkowo dopracowane i doszlifowane perełki. Na szczególną uwagę zasługuje singlowe „Ready To Start” pokazujące nieco więcej niż lekki zapęd zespołu do barokowego grania. Świetna melodia łączy się z przejmującym tekstem Wina Butlera, dochodzą do tego takie ciekawe elementy, jak dwie perkusje grające jednocześnie, garść elektronicznych przejść, ściana gitar. Mimo to nie jest to agresywne, jest po prostu mocne.

Arcade Fire nagrał świetnego następcę „Neon Bible”, to fakt. Płyta jest różnorodna, eklektyczna w ramach swojego stylu, bardzo dobrze zaaranżowana. Właściwie jest to album, który wiele zespołów chciałoby mieć w swojej kolekcji, bo świetnie obrazuje drogę rozwoju zespołu. Pokazuje on, że idąc konsekwentnie swoją drogą, szlifując swoją wizję przekazu można stworzyć coś naprawdę porządnego. Jest to rzecz, którą trzeba słuchać w absolutnym skupieniu, by w pełni rozmarzyć się nad tym, jakby to było lenić się w niedzielny poranek na słonecznym przedmieściu.

wtorek, 11 stycznia 2011

The Boxer Rebellion - Union


Wiadomo nie od dziś, że muzyka ma na nas wielką moc wpływania. Emocjonalność w przekazie jest jedną z najistotniejszych cech, które nieraz sprowadzają zespół do „być albo nie być”. Bo co, jeśli zespół nie jest wiarygodny? Staje się mało interesujący ergo nie wart przesłuchania/zobaczenia. Choć w tym wypadku jedynie generalizuję, można przyjąć, że jest to jakaś prawda życiowa dotycząca muzyki. Szukamy różnorodności, świetnego brzmienia, kreatywności, eksplozji dźwięków, świetnego głosu i przekonujących wyznań sprawiających, że chcemy więcej.

The Boxer Rebellion wydaje w tym roku nowy album zatytułowany „The Cold Still”, a ja w ramach zimowej powtórki postanowiłem sobie przyswoić na nowo poprzednika z roku 2009. Płytę, która sporo namieszała na rynku muzycznym ówczesnego czasu. „Union” było wydarzeniem dość wyjątkowym. Nagrano go na własną rękę za pomocą stworzonej przez zespół wytwórni Absentee Recordings, wylądował w Billboard Top 100 będąc albumem wydanym tylko w cyfrowej postaci, serwis iTunes US okrzyknął go alternatywnym albumem roku. Ale nie stało się to tylko dlatego, że wyszli naprzeciw standardowej formie płyt i byli tak niezależni, że sprzedany został bez materialnego opakowania. Przecież taki Radiohead wydał płytę za darmo zadając wytwórniom gigantyczny cios. Nie, tu chodziło o coś więcej. O muzykę.

Może tytuł „alternatywny” brzmi tutaj zbyt dziwnie w stosunku do tego, co otrzymujemy na płycie, lecz w jakimś stopniu oddaje zamierzenie określenia The Boxer Rebellion. „Union” jest albumem różnorodnym, ale niezbyt agresywnym. Mieszają się tutaj spokojne, balladowe utwory z trochę mocniejszymi akcentami ciężkich, przesterowanych gitar, lecz jedyne, co przenika do warstwy podświadomości słuchacza to spokój. Spokój duszy. Nie ma tutaj akcentów uderzających do bólu, niszczących, uszkadzających. Wszystkie jedenaście kompozycji zawartych na albumie to spójne, acz rozstrzelone stylistycznie małe dzieło, które zachwyca po przesłuchaniu. „The Gospel of Goro Odachi” uderza piękną warstwą spokojnych klawiszy połączonych z elektronicznym beat’em i miłą dla ucha polifonią. Singlowe „Evacuate” natomiast jest świetnym przykładem współgrania ze sobą gitar w zespole. Utwór niezbyt prosty, lecz dobrze przemawiający, głównie za pomocą efektownej i szczerej linii wokalnej Nathana Nicholsona.

Nie znajdziemy tutaj kopiących tyłek riffów, nie będzie ogólnej rozwałki. Będzie natomiast świetnie skomponowany, zgrabnie połączony ze sobą album autorstwa czterech dżentelmenów rozstrzelonych po świecie (Amerykanin, Australijczyk, dwóch Anglików), których połączyła wspólna pasja do muzyki. I to słychać na każdej nucie „Union”. Aż nie mogę doczekać się na kolejny rozdział tej niezwykłej opowieści.

sobota, 8 stycznia 2011

Good Charlotte - Cardiology


Muzyka mainstreamowa ma to do siebie, że często chodzi o to, aby jak najwięcej sprzedać. Znaleźć sposób na słuchacza, aby przyciągnąć go do konkretnego wykonawcy. Głównie odbywa się to za sprawą radiowego singla. Chwytliwego numeru, który naiwnym pozwoli na zakup płyty w nadziei, że reszta będzie przynajmniej tak samo dobra. Gorzej, jeśli singiel jest słaby i godnie reprezentuje poziom całego albumu.

Tak jest w przypadku Good Charlotte. Amerykańscy pop-punkowcy przy każdej swojej płycie często opierali się na dobrych, radiowych numerach, które służyły dobrze jako przyjemne tło do naszych codziennych czynności nie niosąc za sobą jakiegokolwiek wyższego przekazu. Nieraz problemem było nawet spamiętanie melodii, nie mówiąc o tekście. Zeszłoroczne wydawnictwo „Cardiology” sprawiło mi podobne trudności. Różnicą jest jednak to, że tutaj nawet single mnie denerwują.

Bracia Madden i spółka na piątym albumie postawili na kreatywność. Przynajmniej takie było zamierzenie. Niektóre z utworów wybijają się na pierwszy plan, głównie za sprawą melodii. Są to proste, pop-punkowe riffy, które nie wnoszą absolutnie nic oprócz jednego, że piekielnie dobrze się ich słucha. „Let The Music Play” ze swoim refrenem w stylu Foo Fighters, „Counting the Days” idealnie nadające się do teledysku promującego kolejny film o nastolatkach z USA i ich gigantycznych problemach, „Alive” z quasi-ambitnym, motywem naładowanym jakąś dawką patosu, którzy rzucał mi na myśl Sunrise Avenue czy inne zespoły tego pokroju. Gorzej jednak z singlem promującym album – „Like It’s Her Birthday”. Utwór tak miałki i męczący znalazł się chyba przypadkiem za pomocą wyliczanki jako singiel. W moim mniemaniu są to trzy minuty męczącego refrenu, miernej zwrotki połączonych w niezgrabny i nieprzyjemny dla ucha sposób.

Pianino, skrzypce, elektronika  - choć takich dodatków przewija się trochę na płycie, giną one w szumie przesterowanych gitar i prostych, skandowanych linijkach wokalu Joela Madden. Nie jest to muzyka najwyższych lotów, tylko przeciętny album zapychający dziurę w eterze pomiędzy odkurzaniem, a gotowaniem niedzielnego obiadu. Good Charlotte swoim „Cardiology” pokazali, że dalej tworzą prostą i skoczną muzykę do potańczenia, poskakania, a następnie zapomnienia.