Minęły cztery lata od piorunującego debiutu. Była to niewątpliwie długa przerwa, gdyż zespół, który znalazł się pod taką presją, jak oni, musiał ochłonąć, odpocząć, stworzyć coś nowego, a przede wszystkim dobrego. Stateless, bo o nich mowa, po wydaniu swojej pierwszej płyty byli porównywani do takich zespołów, jak Radiohead i Massive Attack, grając właściwie muzykę będącą wypadkową tych wykonawców. Cztery lata przerwy i delikatne roszady w zespole spowodowały, że dostaliśmy album numer 2, który swoim poziomem nie odbiega od debiutanta, stanowi natomiast świetną kontynuację, ewolucję tego, co słyszeliśmy na "Stateless".
"Matilda" jako nowy rozdział w życiu zespołu spisuje się naprawdę przyzwoicie. Od samego wejścia otrzymujemy dużą dawkę świetnie sklejonych sampli Kidkanevil'a i wokalu Chris'a James'a. Otwierające album "Curtain Call" buduje magiczny nastrój delikatnie wyłaniającą się z eteru melodią brzmiącą, jak Archive w swoich najlepszych latach. Singlowe "Ariel" to utwór stawiający przede wszystkim na budowę rytmu, za którą odpowiada turntablista, Kidkanevil. W dużej mierze album jest jego popisem, gdyż jako doświadczony już muzyk i producent potrafi tworzyć świetnie pasujące wstawki dodające uroku do podstawowych kompozycji.
Od początku słuchacza uderza jedno słowo-klucz: zróżnicowanie. Chociaż na całej płycie utwory mają zbliżony i charakterystyczny styl, który zespół zdążył sobie wypracować, to patrząc na nie pojedynczo widzimy, z jaką precyzją zespół wrzuca do jednego worka gigantyczny rozstrzał gatunkowy. Znajdziemy tu nie tylko proste nawiązania do rocka alternatywnego czy trip-hopu. Usłyszymy echa nu-jazz'u, współczesnej muzyki klasycznej, world music spod znaku Beiruta, soul'u i kilku innych. Jednak słuchając albumu "Matilda" rozstrzał ten nie rani uszu, nie krzywi twarzy. Jedynie zastanawia, w jaki sposób udało im się tak zróżnicować to, co słyszymy bez utraty charakterystycznego brzmienia. Świadczy to najlepiej o klasie muzyków tworzących Stateless.
Co najdziwniejsze na tej płycie, jedenaście utworów, na które ów album się składa nie nużą i nie męczą. W moim przypadku zdarza się niezwykle rzadko, żeby płyta podobała mi się od początku do końca. Z reguły potrafię znaleźć coś, na co będę marudził i narzekał. A tu miałem olbrzymi problem, żeby przyczepić się do czegokolwiek. Widocznie fakt, iż zespół odszedł z poprzedniej wytwórni !K7 na rzecz legendarnej Ninja Tune wyszedł im jak najbardziej na dobre. Album to czterdzieści dziewięć minut dojrzałej, rzeczowej, rozbudowanej muzyki, która brzmi naprawdę solidnie. Ponoć jest to jedna z ulubionych grup DJ Shadow. I w sumie się mu nie dziwię, gdyż Stateless stworzyło album, który już teraz będzie jednym z moich ulubionych w 2011 roku.
"Matilda" jako nowy rozdział w życiu zespołu spisuje się naprawdę przyzwoicie. Od samego wejścia otrzymujemy dużą dawkę świetnie sklejonych sampli Kidkanevil'a i wokalu Chris'a James'a. Otwierające album "Curtain Call" buduje magiczny nastrój delikatnie wyłaniającą się z eteru melodią brzmiącą, jak Archive w swoich najlepszych latach. Singlowe "Ariel" to utwór stawiający przede wszystkim na budowę rytmu, za którą odpowiada turntablista, Kidkanevil. W dużej mierze album jest jego popisem, gdyż jako doświadczony już muzyk i producent potrafi tworzyć świetnie pasujące wstawki dodające uroku do podstawowych kompozycji.
Od początku słuchacza uderza jedno słowo-klucz: zróżnicowanie. Chociaż na całej płycie utwory mają zbliżony i charakterystyczny styl, który zespół zdążył sobie wypracować, to patrząc na nie pojedynczo widzimy, z jaką precyzją zespół wrzuca do jednego worka gigantyczny rozstrzał gatunkowy. Znajdziemy tu nie tylko proste nawiązania do rocka alternatywnego czy trip-hopu. Usłyszymy echa nu-jazz'u, współczesnej muzyki klasycznej, world music spod znaku Beiruta, soul'u i kilku innych. Jednak słuchając albumu "Matilda" rozstrzał ten nie rani uszu, nie krzywi twarzy. Jedynie zastanawia, w jaki sposób udało im się tak zróżnicować to, co słyszymy bez utraty charakterystycznego brzmienia. Świadczy to najlepiej o klasie muzyków tworzących Stateless.
Co najdziwniejsze na tej płycie, jedenaście utworów, na które ów album się składa nie nużą i nie męczą. W moim przypadku zdarza się niezwykle rzadko, żeby płyta podobała mi się od początku do końca. Z reguły potrafię znaleźć coś, na co będę marudził i narzekał. A tu miałem olbrzymi problem, żeby przyczepić się do czegokolwiek. Widocznie fakt, iż zespół odszedł z poprzedniej wytwórni !K7 na rzecz legendarnej Ninja Tune wyszedł im jak najbardziej na dobre. Album to czterdzieści dziewięć minut dojrzałej, rzeczowej, rozbudowanej muzyki, która brzmi naprawdę solidnie. Ponoć jest to jedna z ulubionych grup DJ Shadow. I w sumie się mu nie dziwię, gdyż Stateless stworzyło album, który już teraz będzie jednym z moich ulubionych w 2011 roku.