niedziela, 16 stycznia 2011

Arcade Fire - The Suburbs


Nominacje do nagród Grammy, w tym za najlepszy album, do tego pochlebne opinie krytyków z całego świata – tym może pochwalić się powstała w Montrealu grupa zwana Arcade Fire. Trzeci album zatytułowany „The Suburbs” jest na pewno jednym z najważniejszych wydawnictw zeszłego roku. Traf chciał, że trafiłem do niego po całym hype’ie i z czystym umysłem mogłem kontemplować, co też Kanadyjczycy wyskrobali.

Mnie osobiście przedmieścia kojarzą się z takim wolniejszym trybem życia. Miastowy hałas zostawiamy za sobą, jedziemy swoim nowym bmw do swojego piętrowego domku z pięknym oszklonym gankiem. Takie to troszkę przerysowane i kiczowate, ale wina leży po stronie amerykańskich filmów, które często skręcają rzeczywistość. Z płytą Arcade Fire mam dość podobne odczucia. Niby to wszystko tak piękne i cukierkowe, że aż nieprawdziwe. Nie jest to jednak w żaden sposób zarzut. Stwierdzam tylko fakt, że „The Suburbs” jest albumem słodkim i dopieszczonym. Bogatym, jak zamożni mogą być mieszkańcy przedmieść. Jest płytą dość dystyngowaną, ubraną w szerokie spektrum instrumentów, za którymi kryją się tak naprawdę proste melodie, które jednak zawoalowane w bogate dodatki w postaci skrzypiec, akordeonów i innych muzycznych ekwipunków. W końcu siedem osób w zespole plus prawie drugie tyle występujące z grupą na żywo pozwala na tak szerokie kombinacje z brzmieniem. Co do samych utworów nie mam zbyt wiele do zarzucenia. Zgrabnie łączą się w jedną, logiczną całość. Brzmią, jak wyjątkowo dopracowane i doszlifowane perełki. Na szczególną uwagę zasługuje singlowe „Ready To Start” pokazujące nieco więcej niż lekki zapęd zespołu do barokowego grania. Świetna melodia łączy się z przejmującym tekstem Wina Butlera, dochodzą do tego takie ciekawe elementy, jak dwie perkusje grające jednocześnie, garść elektronicznych przejść, ściana gitar. Mimo to nie jest to agresywne, jest po prostu mocne.

Arcade Fire nagrał świetnego następcę „Neon Bible”, to fakt. Płyta jest różnorodna, eklektyczna w ramach swojego stylu, bardzo dobrze zaaranżowana. Właściwie jest to album, który wiele zespołów chciałoby mieć w swojej kolekcji, bo świetnie obrazuje drogę rozwoju zespołu. Pokazuje on, że idąc konsekwentnie swoją drogą, szlifując swoją wizję przekazu można stworzyć coś naprawdę porządnego. Jest to rzecz, którą trzeba słuchać w absolutnym skupieniu, by w pełni rozmarzyć się nad tym, jakby to było lenić się w niedzielny poranek na słonecznym przedmieściu.

wtorek, 11 stycznia 2011

The Boxer Rebellion - Union


Wiadomo nie od dziś, że muzyka ma na nas wielką moc wpływania. Emocjonalność w przekazie jest jedną z najistotniejszych cech, które nieraz sprowadzają zespół do „być albo nie być”. Bo co, jeśli zespół nie jest wiarygodny? Staje się mało interesujący ergo nie wart przesłuchania/zobaczenia. Choć w tym wypadku jedynie generalizuję, można przyjąć, że jest to jakaś prawda życiowa dotycząca muzyki. Szukamy różnorodności, świetnego brzmienia, kreatywności, eksplozji dźwięków, świetnego głosu i przekonujących wyznań sprawiających, że chcemy więcej.

The Boxer Rebellion wydaje w tym roku nowy album zatytułowany „The Cold Still”, a ja w ramach zimowej powtórki postanowiłem sobie przyswoić na nowo poprzednika z roku 2009. Płytę, która sporo namieszała na rynku muzycznym ówczesnego czasu. „Union” było wydarzeniem dość wyjątkowym. Nagrano go na własną rękę za pomocą stworzonej przez zespół wytwórni Absentee Recordings, wylądował w Billboard Top 100 będąc albumem wydanym tylko w cyfrowej postaci, serwis iTunes US okrzyknął go alternatywnym albumem roku. Ale nie stało się to tylko dlatego, że wyszli naprzeciw standardowej formie płyt i byli tak niezależni, że sprzedany został bez materialnego opakowania. Przecież taki Radiohead wydał płytę za darmo zadając wytwórniom gigantyczny cios. Nie, tu chodziło o coś więcej. O muzykę.

Może tytuł „alternatywny” brzmi tutaj zbyt dziwnie w stosunku do tego, co otrzymujemy na płycie, lecz w jakimś stopniu oddaje zamierzenie określenia The Boxer Rebellion. „Union” jest albumem różnorodnym, ale niezbyt agresywnym. Mieszają się tutaj spokojne, balladowe utwory z trochę mocniejszymi akcentami ciężkich, przesterowanych gitar, lecz jedyne, co przenika do warstwy podświadomości słuchacza to spokój. Spokój duszy. Nie ma tutaj akcentów uderzających do bólu, niszczących, uszkadzających. Wszystkie jedenaście kompozycji zawartych na albumie to spójne, acz rozstrzelone stylistycznie małe dzieło, które zachwyca po przesłuchaniu. „The Gospel of Goro Odachi” uderza piękną warstwą spokojnych klawiszy połączonych z elektronicznym beat’em i miłą dla ucha polifonią. Singlowe „Evacuate” natomiast jest świetnym przykładem współgrania ze sobą gitar w zespole. Utwór niezbyt prosty, lecz dobrze przemawiający, głównie za pomocą efektownej i szczerej linii wokalnej Nathana Nicholsona.

Nie znajdziemy tutaj kopiących tyłek riffów, nie będzie ogólnej rozwałki. Będzie natomiast świetnie skomponowany, zgrabnie połączony ze sobą album autorstwa czterech dżentelmenów rozstrzelonych po świecie (Amerykanin, Australijczyk, dwóch Anglików), których połączyła wspólna pasja do muzyki. I to słychać na każdej nucie „Union”. Aż nie mogę doczekać się na kolejny rozdział tej niezwykłej opowieści.

sobota, 8 stycznia 2011

Good Charlotte - Cardiology


Muzyka mainstreamowa ma to do siebie, że często chodzi o to, aby jak najwięcej sprzedać. Znaleźć sposób na słuchacza, aby przyciągnąć go do konkretnego wykonawcy. Głównie odbywa się to za sprawą radiowego singla. Chwytliwego numeru, który naiwnym pozwoli na zakup płyty w nadziei, że reszta będzie przynajmniej tak samo dobra. Gorzej, jeśli singiel jest słaby i godnie reprezentuje poziom całego albumu.

Tak jest w przypadku Good Charlotte. Amerykańscy pop-punkowcy przy każdej swojej płycie często opierali się na dobrych, radiowych numerach, które służyły dobrze jako przyjemne tło do naszych codziennych czynności nie niosąc za sobą jakiegokolwiek wyższego przekazu. Nieraz problemem było nawet spamiętanie melodii, nie mówiąc o tekście. Zeszłoroczne wydawnictwo „Cardiology” sprawiło mi podobne trudności. Różnicą jest jednak to, że tutaj nawet single mnie denerwują.

Bracia Madden i spółka na piątym albumie postawili na kreatywność. Przynajmniej takie było zamierzenie. Niektóre z utworów wybijają się na pierwszy plan, głównie za sprawą melodii. Są to proste, pop-punkowe riffy, które nie wnoszą absolutnie nic oprócz jednego, że piekielnie dobrze się ich słucha. „Let The Music Play” ze swoim refrenem w stylu Foo Fighters, „Counting the Days” idealnie nadające się do teledysku promującego kolejny film o nastolatkach z USA i ich gigantycznych problemach, „Alive” z quasi-ambitnym, motywem naładowanym jakąś dawką patosu, którzy rzucał mi na myśl Sunrise Avenue czy inne zespoły tego pokroju. Gorzej jednak z singlem promującym album – „Like It’s Her Birthday”. Utwór tak miałki i męczący znalazł się chyba przypadkiem za pomocą wyliczanki jako singiel. W moim mniemaniu są to trzy minuty męczącego refrenu, miernej zwrotki połączonych w niezgrabny i nieprzyjemny dla ucha sposób.

Pianino, skrzypce, elektronika  - choć takich dodatków przewija się trochę na płycie, giną one w szumie przesterowanych gitar i prostych, skandowanych linijkach wokalu Joela Madden. Nie jest to muzyka najwyższych lotów, tylko przeciętny album zapychający dziurę w eterze pomiędzy odkurzaniem, a gotowaniem niedzielnego obiadu. Good Charlotte swoim „Cardiology” pokazali, że dalej tworzą prostą i skoczną muzykę do potańczenia, poskakania, a następnie zapomnienia.