środa, 22 września 2010

Coma - Excess


Coma to zespół, który różnie jest odbierany przez wszelakie osobistości. Przez jednych uwielbiany za to, że mają „pałera”, grają ostro, a teksty Roguckiego to czysty geniusz i nowy Mickiewicz. Dla innych Coma to najzwyczajniej w świecie zerżnięty patent gitarowy, gdzie ciągle grają to samo i tak samo, a wspomniany Rogucki, to nikt inny, jak tylko zakompleksiony grafoman. Myślę, że nienawiść oprócz samej muzyki jest też spowodowana tym, iż Coma gra w każdym mieście mniej więcej z częstotliwością trzech razy do roku i zaczyna ludzi nudzić tak, jak Kult. Dlatego starają się modyfikować trochę swój repertuar. Koncerty symfoniczne, zbliżają się trasa akustyczna – to zwiększa choć trochę różnorodność ich muzyki. Poza tym, jak każdy rasowy zespół z Polski robią wszystko, aby wybić się trochę dalej niż granice swojego własnego kraju. Przez to najbardziej płyta, której zespół zawdzięcza najszersze spektrum widzów, „Hipertrofia”, trafiła pod językową obróbkę i powstał europejski produkt zwany „Excess”.

Warstwy muzycznej za bardzo nie ma jak oceniać, a to ze względu, że użyto bez wątpienia ścieżek z polskiej wersji płyty. Nie słychać zmian w porównaniu z „Hipertrofią” poza kilkoma wyjątkami, jak wstęp do „Poisonous Plants”, gdzie dodali trochę szumów podchodzących pod przerywniki, którymi Coma raczyła nas na ostatnim albumie.
W wypadku „Excess” uwagę trzeba zwrócić na teksty, bo one są główną zmianą. Po angielsku wszystko brzmi lepiej, więc nieskładne fragmenty nie rażą tak bardzo. Zrezygnowano także ze sposobu dosłownego tłumaczenia i czasem teksty w pewnym stopniu odchodzą od oryginału. Tak więc „Zero Osiem Wojna” stało się „Struggle”, a treść, choć podobna, bo sens mniej więcej podobny, potrafi znacznie się odróżnić.

Angielski refren:
If you don't use your lazy brain every day,
It leaves the struggle and it's dying away,
Once I was told that it'll be this way:
"In toil you'll struggle all your days till the end"

Polski refren:
Wyobraźnia, gdy przymiera głodem
Zaprzestaje prowadzenia wojen
A jak powiedział wieczny prezydent
W niezmiennej wojnie pomnażajcie treść

Z drugiej strony polskie teksty brzmiały, jak bardziej dopasowane do całości utworu, a angielskie odpowiedniki wydają się trochę niedorobione i nawet tak rytmicznie niezgrane, jak w „Confusion” („Zamęt”), gdzie polska końcówka idealnie podchodzi pod melodię, zaś angielska wersja brzmi, jakby Rogucki ledwo zdążał z wyśpiewywaniem fraz. Dodatkowo sam Rogucki na całości albumu brzmi czasem bardzo niewyraźnie. Do tego stopnia, że często zastanawiam się, co właściwie zaśpiewał i w jakim języku to było.

Dodatkiem, którego na „Hipetrofii” nie było to trzy premierowe utwory: „F.T.P. (Fuck The Police)” i „F.T.M.O. (Feel The Music’s Over)” – dwa utwory stworzone na potrzeby filmu „Skrzydlate Świnie”, gdzie Piotr Rogucki gra jedną z ważniejszych ról. Pierwszy to zwyczajna nawalanka ostrym riffem i, wbrew pozorom, zwyczajnym tekstem o miłości. Drugi zaś to wyraźne wpływy ostatniej płyty, gdyż utwór bardziej stonowany, podchodzący pod najnowsze brzmienie Comy za sprawą specjalnie ustawionych gitar i spokojnie rozwijającego się środka. Trzecim kawałkiem jest niespodziewanie „T.B.T.R. (Turn Back The River)” – jeden ze starszych utworów łódzkiego kwintetu powstały jeszcze jeszcze przed czasem debiutu, więc brzmi on jak klasyczny utwór Comy, ale z nowymi elementami, jak lekkie polifonie, które dodają niesamowitego uroku.

Reasumując, Coma z „Excess” może spróbować wyjść trochę dalej niż Polska. W końcu tego można życzyć każdemu zespołowi, który robi dobrą karierę w naszym kraju. Właściwie jaki rockman nie marzy o tym, by nie pójść krok dalej? Zacząć poznawać nowe miejsca, a nie te same kluby, te same twarze, to samo miejsce? Płyta trzyma naprawdę dobry poziom, więc czemu nie spróbować? Przynajmniej ta grupa nienawidząca zespół będzie miała powody do radości, jeśli rzadziej trafiać będą do naszych rodzimych klubów niż te trzy razy na rok. Życzę więc Comie jak najlepiej!

wtorek, 21 września 2010

Brodka - Granda


Na początku swojej kariery Monika Brodka była ugrzecznioną dziewczyną, która lubiła tworzyć rzewne piosenki obijając się o pop czy soul. Tak było na obu albumach, jakimi były „Album” i „Moje Piosenki”. Nastąpiła medialna i muzyczna absencja, dziewczyna zastanowiła się nad tym, czego tak naprawdę oczekuje od siebie jako artystki. Bogatsza o nowe doświadczenia postanowiła zaskoczyć wszystkich – tak powstała „Granda”.

Uderzając w elektroniczno-folkowe terytoria Brodka trafiła w samo sedno, odświeżając trochę pojęcie o muzyce pop. Instrumentów jest tu mnogo. Mamy nie tylko klasyczne gitary, basy i perkusje. Usłyszymy m.in. partie skrzypiec, altówki, dudy, a wszystko dodatkowo okraszone różnymi programowanymi beatami, efektami, klawiszami midi i innymi darami Pani Elektroniki. Przez to wszystko płyta brzmi wyjątkowo świeżo i potężnie.

Muzyka na albumie to gigantyczny rozstrzał pomiędzy różnymi gatunkami muzycznymi, jakich mnogo jest na „Grandzie”. „Syberia” to ukłon w stronę akustycznych ballad w stylu country, „K.O.” atakuje nas rozbudowanymi skrzypcami kojarzącymi z bondowskim, pseudo-szelmowskim klimatem, „Bez tytułu” pobrzmiewa echem gitar pokroju Radiohead, zaś singlowe „W pięciu smakach” to szalone połączenie folkowych motywów z nieziemską perkusją i elektronicznymi wstawkami wprawiających całość w kosmiczny ruch – przy tym utworze nie da się wysiedzieć na spokojnie w miejscu.

Rozwój Brodki nie ogranicza się jedynie do muzyki. Wokalnie słychać również wyraźną zmianę, gdyż Monika zaczyna rozumieć, że głos jest także instrumentem. Dostosowuje swój wokal do różnych konwencji. Potrafi pośpiewać niczym mała dziewczynka („Szysza”), by nagle zaskoczyć niskim i seksownym wokalem („Saute”), co zwiększa tylko wrażenia odbiorcze albumu. 

Podobnie sprawa ma się do tekstów. Brodka ostrożnie stąpa po lirycznej linie i napisała jedynie część warstwy słownej w „Grandzie”. Pozostałe są autorstwem Radka Łukasiewicza z zespołu Pustki, znalazł się także jeden („Saute”) napisany przez Jacka „Budynia” Szymkiewicza – główny filar alternatywnego Pogodno. Tekstowe eksperymenty i wywijasy nieraz zahaczające o lekką grafomanię to ważny i ciągle pulsujący element „Grandy”. Nadmieńmy chociaż „Kropki Kreski”: To początek, wschód słońc/I drżenie w kącikach ust/Wielkie oczy ma strach/Palcem pogrożę mu. Teksty wzruszające i zabawne w połączeniu z melodią czynią cuda.

Teraz Monika Brodka ma 23 lata, zwyciężając „Idola” miała niespełna 18. Logicznym więc jest jej rozwój na tle wokalno-twórczym. Przez to wszystko „Granda”  jest czymś nowym i świeżym – kolejnym krokiem na jej drodze rozwoju. W internetowym chaosie czytałem miliard opinii pt. „kopia Nosowskiej, kopia Peszek”, ale myślę, że wynika to z tego powodu, że Nosowska jest jakimś guru polskich, ambitnych wokalistek, więc Brodka wydając „Grandę” – płytę ambitną, grozi jej pozycji. A ja jestem ciekaw, co będzie dalej, bo będąc w wieku staro-studenckim ma się jeszcze wiele czasu, by podszkolić swój kunszt i pokazać pełen potencjał, a „Granda” jest najlepszym dowodem na to, że Brodka do powiedzenia ma wiele, zaś pop może być ambitny, nieprzewidywalny. I takich utworów, jak wieńczące album „Excipit” życzę każdej wokalistce.

poniedziałek, 20 września 2010

Fokus Festiwal! - relacja

Pomysł festiwalu zacierającego granice i zacieśniającego więzi dwóch narodów to szlachetna idea, którą powinno się jak najbardziej promować. Fokus Festiwal odbywający się w niemieckim Görlitz połączonym z polskim Zgorzelcem tylko za pomocą jednego mostu, gdzie swobodnie można podróżować z miasta do miasta już od lat 90′tych, czyli zanim w ogóle myślano o “państwach bez barier”. I muzyka jako przekaźnik uniwersalny wzbogaciła współpracę o kolejny, istotny czynnik.

Chociaż nie mogłem być na festiwalu od rana, to jednak po rozległym wypytywaniu “ej, jak było na rynku rano?” dowiedziałem się, że od sobotniego południa Görlitz tętniło życiem, gdyż na każdym kroku można było spotkać artystów wszelakiego rodzaju, chociaż nacisk położony był przede wszystkim na street art. Pełno grafficiarzy, breakdance’owców, deskorolkarzy i innych animowało życie publiczności zgromadzonej (ponoć) tłumnie.

Ja jednak wybrałem się na Fokus w trochę innym celu – mianowicie posłuchać trochę muzyki, więc wieczorem zjawiłem się w miejscowym klubie Nostromo i doznałem lekkiego szoku. Teren przed samym wejściem wyglądał jak mały, niemiecki jarmark. Na dzień dobry można było spotkać dmuchane zamki, pseudo-plażę z malutką sceną czy budkę z jedzeniem dla wegan. Pysznie.
Po przyjemnej, anglojęzycznej (nie mogłem znaleźć tłumacza, który krzątał się po całym festiwalu) konwersacji z organizatorami udałem się na ową plażę, gdyż tam rozgrywało się ciekawe wydarzenie, jakim był występ artysty imieniem Iskra. Czynił on rzeczy niebywałe, które były związane z ogniem – połykał, obracał i żonglował.

Następnie udałem się do klubu Nostromo. Cóż, nazwa zobowiązuje – było to niesamowicie industrialne, nieco kosmiczne miejsce i rzeczywiście kojarzyło się ze statkiem z “Obcego”. Krótki rekonesans i wszystko jasne. Mamy scenę “What You Want”, gdzie DJe tworzą muzykę z podkładów i zapodają pomysły rzucone przez ludzi. Jest scena klubowa, czyli club/house/techno. Szału nie było, tyłka nie urwało.  Do tego dochodzi jeszcze Chillout Zone, czyli słabo oświetlony pokój z białymi kanapami, gdzie przy delikatnych dźwiękach sączących się z głośników można było odpocząć od całego zgiełku. Jednak moje nogi kierowały się przede wszystkim na scenę live, gdzie zjawić się miały trzy powody, dla których zebrałem się do Görlitz.

Cool Kids of Death od lat swoim brudnym, garażowym i buntowniczym brzmieniem buduje sobie markę na naszym rynku, ale jak udowodnili na “Afreparty”, odchodzą powoli od tej normy. Zespół oparł swój koncert na utworach z ostatniego albumu, gdzie mocno przebijała się elektronika i klawisze. Nie zabrakło jednak starszego materiału, jak “Cool Kids of Death”, “Armia Zbawienia” czy “Butelki z Benzyną i Kamienie”. Pomimo niewielkiej frekwencji bawili się znakomicie. Szaleli i skakali na scenie, Krzysiek Ostrowski nieustannie machał zawadiacko mikrofonem. Było głośno i garażowo, czyli tak jak powinno być. Tylko zaostrzyli mi apetyt na nową płytę.

Drugim zespołem na scenie live był polski Napszykłat. Chociaż nigdy wcześniej nie miałem styczności z ich muzyką, od razu poczułem wyjątkową więź. Niesamowite połączenie hip-hopu z noise’ową mocą i nieraz jazzową improwizacją muzyczną spowodowały, że był to wspaniały i przejmujący występ pełen niespodzianek. Tego samego powiedzieć nie mogę o koncercie niemieckiego Jahcoozi. Koncert zebrał co prawda największą frekwencję, gdyż wypełniła się praktycznie cała sala, głównie stroną niemiecką, ale sam występ nie był dla mnie czymś powalającym. Zespół miał kilka błyskotliwych pomysłów, jak częstowanie wódką ze sceny, a sama muzyka czasem dawała oznaki oryginalności, gdzie oprócz zwyczajnych dubowych i dość sennych kawałków pojawiały się elementy muzyki d’n'b, reggae, a nawet ostre i punkowe refreny. Wystarczyło to do tego, abym został do końca, ale wyżej niż “w porządku” nie potrafię tego ocenić.

Po zakończeniu koncertów spędziłem jeszcze kilka godzin kołatając się między strefami trafiając na usypiający chillout w wykonaniu Swantje i techno/house spod znaku Monkey Maffia, który specjalnie do mnie nie trafił. Brzmiał dość nieswojo i brakowało uderzenia, które wzmocniłoby cały set, jednak brzmiało dobrze jako przerywnik na kilka minut. Na scenie live pozostał jedynie DJ Mashpit, który serwował różnorakie przeboje nowoczesnej muzyki rockowej z naciskiem na post-punkowe (nudne) kompozycje, ale usłyszeć także można było takie zespoły, jak Muse czy Delphic.

Gdy na niemieckim niebie powoli zbliżał się wschód słońca, postanowiłem opuścić imprezę. Siedząc zaś na obmierzłej stacji Zgorzelec Miasto czekając na pierwszy możliwy pociąg doszedłem do wniosku, że taka impreza, jak Fokus to nie taki zły pomysł. Świetnie sprawdza się na arenie lokalnej, zbliża do siebie młodzież z obu stron granicy i pokazuje, że użycie tak wspaniałego środka, jakim niewątpliwie jest muzyka może połączyć nas razem w jednym, szaleńczym tańcu. Oby takich imprez jak najwięcej, bo warto!

sobota, 18 września 2010

Linkin Park - A Thousand Suns


Zbliża się koniec dekady, która była chyba najmniej spójna. Pojawiło się kilka etapów – chwilowej mody, którą podążali liczni wykonawcy. Mieliśmy dogorywający nu-metal, potem zjawiło się emo oraz indie, z początku nieśmiale, jednak z czasem przybrało na sile i cały świat zwariował na punkcie takich wykonawców, jak Arctic Monkeys czy My Chemical Romance.  Teraz zaś mamy okres zwany przez złośliwych czasem elektro. Każdy zespół próbuje swoich sił z komputerami i elektronicznymi beatami nadając swojej muzyce bardziej bądź mniej taneczne brzmienie. Wielu poległo, kilku wybroniło się obronną ręką. Do grona w tym roku dołączył Linkin Park.

Wcześniej jedni z ważniejszych wykonawców muzyki nu-metal, szczególnie za sprawą albumów „Hybrid Theory” i „Meteora”. W roku 2006 postawili na ugrzecznienie w postaci „zwykłego” rocka i wydali „Minutes to Midnight”. Elektroniki Hahna nie było tam właściwie w ogóle, ale doszły solówki, balladki i takie tam. Teraz mam 2010, a zespół popadł trochę ze skrajności w skrajność i wydał „A Thousand Suns”.

Płyta z pewnością będzie gigantycznym szokiem dla większości fanów, gdyż charakterystyczne elementy, za które ceniło się ten zespół, niemal zniknęły. Nie ma już ostrego, rockowego pazuru, wszystko zastąpiono za pomocą dźwięków midi , taką papką z komputera. Chociaż początkowe „The  Requiem”  i „The Radiance”, czyli intro podzielone na dwa utwory daje z początku wrażenie tego, że będzie to coś potężnego. Nakręcałem się na to, że usłyszę uderzenie, jakiś powrót do Meteory, aż tu nagle pojawia się „Burning In The Skies”, czyli około-popowa, spokojna pioseneczka, gdzie prym wiodą klawisze i różne elektroniczne tła. Nawet perkusja brzmi, jak zaprogramowana na średniej klasy automacie, a gitara pojawiająca się na kilka sekund nadaje tylko cień świeżości. I tak jest właściwie z całym albumem, bo co chwilę człowiek oczekuje uderzenia. Nawet jeśli nie rockowego, to chociaż takiego elektronicznego, bo często dźwięki zbierają się do wybuchu, który ostatecznie nie następuje. 

Z drugiej strony, jeśli nie patrzeć na to, co Linkin Park robił wcześniej, płytę można uznać za nawet ciekawą w pewnych aspektach. Różnorakie eksperymenty, które zespół przedsięwziął, zdają się czasem opłacać. Jest tu trochę około hip-hopowej maniery („Wrectches and Kings”, „When They Come For Me”), industrialowego kopa (“Blackout”), gdzie nawet Chester potrafi się wydrzeć, jak robił to na pierwszych albumach. Co do singlowego „The Catalyst” mogę powiedzieć tyle, że oddaje on idealnie klimat „A Thousand Suns”. I moim zdaniem to chyba najlepszy utwór na całej płycie – chwytliwy, skoczny (i remix Polaka, który wygrał ich konkurs na najlepszą przeróbkę utworu, też nie jest taki zły, muszę przyznać). Chociaż brakuje mu wykończenia, to i tak jest porządnym pomysłem, sygnalizatorem zmian.

I właśnie te zmiany powodują, że nowy album Linkin Park mogę potraktować dwojako. Z jednej strony otrzymuję coś, czego się nie spodziewałem ze strony zespołu. Dużo elektroniki, sporo ciekawych eksperymentów, które sprawdzają się w pewnej mierze. Druga strona medalu to jednak niedociągnięte wykonanie i braki w dopracowaniu, co powoduje, iż niektórych utworów nawet nie chce się słuchać. Nie jest aż tak źle, ale mogło być lepiej. Wtedy ta niespodzianka w postaci zmiany stylu na pewno byłaby łatwiejsza do przełknięcia, a tym sposobem może się odwrócić wielu. A szkoda.

wtorek, 14 września 2010

Muse - The Resistance


Dzisiaj jest 14 września – minął dokładnie rok od momentu, gdy światło dzienne ujrzał piąty album Muse, czyli „The Resistance”. Na ogół nie obchodzę rocznic płyt, bo wychodzę z założenia, że żaden longplay nie jest na tyle ważny, by pamiętać o jego dziennej dacie wydania. Ale ostatni album panów z Teignmouth widocznie mocno zagnieździł mi się w głowie, skoro pamiętałem o takiej pierdole. Poza tym to miłe przypomnieć sobie album i porównać wrażenia  „na świeżo” z tymi, jakie ma się po roku od wydania.

„The Resistance” jest dla Muse albumem przełomowym, to trzeba przyznać. Po raz pierwszy bez producenta, a więc wolna wola i swawola. Po sukcesie poprzedniej płyty, „Black Holes And Revelations” zespół trochę puścił wodze swej fantazji i postanowił wykazać swój pełny potencjał bez żadnych limitów. Wynik tego eksperymentu jest do dzisiaj kwestią wyjątkowo sporną. Z początku uważałem tę płytę za niesamowicie nieudaną i słabą, jak na nich, teraz podchodzę z trochę większą pokorą do ich najnowszego dokonania.

Album od początku uderzał mnie swoim gigantycznym ładunkiem patosu, który w pewnych momentach wręcz przytłaczał. Idealnie sprawdza się to na wielkich stadionowych koncertach, które zespół grał w tym roku, jednak na samym albumie brzmi to dość komicznie. Liczne nawiązania do Orwellowskiego „Roku 1984” w warstwie lirycznej tylko pogłębia to wrażenie.

Chociaż sam pomysł jest jak najbardziej godny zauważenia, to jednak samo wykonanie tak z początku bardzo przeszkadza. Muse na poprzednich albumach bawiło się różnymi konwencjami tekstu, jednak zawsze było to na wysokim poziomie i warstwa literacka była czymś istotnym. Na „The Resistance” wielkie słowa zastąpiono wytartymi frazesami, jak „rise up and take the power back/it’s time that fat cats had a heart attack” I wypłukano je z wysokiej formy. Chociaż czasem można napotkać ciekawe perełki, jak tekst w „MK Ultra” – „the wavelength gentry grows/coercive notions re-evolve/and the universe is trapped inside a tear”, jednak to rzadkość na nowym albumie. A szkoda.

Po roku czasu zacząłem bardziej doceniać za to instrumentarium, które wcześniej wydawało mi się wręcz infantylne i nie-Muse’owe, jednak z biegiem czasu wszystko naturalnie się przyjęło. Warstwa instrumentalna jest rzeczywiście mocno dopracowana i dopięta na ostatni guzik, czego dowodem jest  na przykład rozpisanie partii smyczkowych na „United States of Eurasia” czy trylogii „Exogenesis”, którą to Matt Bellamy sam stworzył przez kilka lat swojego życia. Sporo dała mi na pewno możliwość konfrontacji albumowych nagrań z tymi wykonywanymi na żywo, które zaiste tworzą nową jakość nowego Muse dzięki swojej sprawdzalności podczas koncertów. Dzięki temu przekonałem się do niektórych utworów i teraz takie „Resistance” jest jednym z faworytów do posłuchania w wersji live.

Nie wszystko na tym albumie mi się podoba. Część utworów to zapchajdziury albumowe, które omijam szerokim łukiem, jak „Guiding Light” brzmiące niczym połączenie Queen i U2 czy „I Belong To You” uderzające mnie brzmieniem Maroon 5, które nagle przeistacza się w klasyczną arię z „Samsona i Dalili”, by wrócić do oryginalnego początku, tym razem z klarnetem. Pomysł dobry i podziwiam umiejętność połączenia tak skrajnych dźwięków, ale niestety nie trafia to do mnie. Na dodatek można też wspomnieć o tym, że cały album jest zlepkiem rzeczy, które gdzieś usłyszeliśmy. Czasem to tylko inspiracja, czasem żywa zrzynka, ale nie zmienia to faktu, że nieraz brakuje nam oryginalności, którą tak cenię u Muse.

„The Resistance” jest albumem słabym. Chyba najsłabszym w całej karierze zespołu, ale nie zmienia to faktu, że trzyma on pewien poziom. Wyważony, stonowany, utrzymany w pewnej konwencji. Ale nadejdą zmiany. Zespół na szczęście powoli zaczyna się ogarniać, chcą wrócić do mniejszych, bardziej intymnych nagrań. W końcu zaszli już na granicę absurdu muzycznego, dobrze jest teraz wrócić. Jedno jest pewne, nie jedno jeszcze o nich usłyszymy. I bardzo dobrze.

sobota, 11 września 2010

Reverox - The Unexpected


Tak to jest, jak recenzent się nudzi i za bardzo nie wie, na co ma się zdecydować w pisaniu. Los chciał, bym przejrzał moją małą biblioteczkę i znalazł coś, na co miałem ochotę od dawna. Rzeczą tą okazał się być Reverox ze swoim albumem „The Unexpected”.

Dwa lata temu, gdy zespół święcił swoje triumfy wygrywając konkurs młodych zespołów w Jarocinie czy udostępniając swój utwór, „Fire In Your Ears” jako nutę reklamującą ówczesną edycję Heineken Open’er Festivalu, nie spodziewałem się, że ślad po nich zaginie. Bo to właśnie za sprawą powyższego utworu zainteresowałem się nimi bardziej na poważnie.

„The Unexpected” jako debiutancki album zespołu pokazywał ich w bardzo dobrym świetle. Reverox miał pomysł na siebie. Czerpiąc pełnymi garściami z brytyjskiego indie czy lekkiej odmiany pop punka wyrobił sobie markę i intrygujący styl, przez co chciało ich się słuchać.

Jest to album składający się w dużej mierze z utworów, które miałyby szansę zajmować wysokie lokaty na rodzimych listach przebojów. Nadmieńmy chociażby „Ultimately Mad” z dobrze współpracującymi gitarami, które świetnie zgrywają się z resztą instrumentów, szczególnie podczas trwania żywiołowego refrenu. Albo „Hide You” z dysonansowym basem i jazgotliwymi gitarami dochodząc do „Fire In Your Ears” czyli największego hitu zespołu – energetycznego, mocnego, świeżego podejścia do muzyki rockowej. Tak na młodzieżowo, ale daje to miarodajne rezultaty
.
Pomimo całej swojej świetności jest też kilka minusów. Przede wszystkim czasem brakuje porządnego uderzenia w postaci mocniejszej perkusji, która wzmocniłaby cały potencjał danego utworu. Inną kwestią jest język angielski – teksty bywają źle śpiewane czy akcentowane, przez co zaciera się całe dobre wrażenie.

Z drugiej strony barwa głosu wokalisty, Michała Laskowskiego, jest dość ciekawa ze względu na lekko zniekształcone brzmienie, jak gdyby śpiewał z zatkanym nosem, jednak dodające uroku na swój pokrętny sposób. In plus można też zaznaczyć fakt, że album wydany został za własne fundusze za pieniądze zarobione na reklamie Open’era, więc zespół miał pełną niezależność w tworzeniu, czego efekty słychać na albumie.

„The Unexpected” to jeden z porządniejszych polskich albumów indie w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie silą się na bycie gwiazdami, grają po prostu swoje.  Aż szkoda, że na razie ślad po muzykach zaginął i nie słychać nic nowego, bo naprawdę ciekaw jestem, jak potoczyłaby się ich kariera w ciągu tych dwóch lat. 

Chociaż życie jest pełne niespodzianek. Może Reverox nas zaskoczy, kto wie?